Reklama

Co robimy dla potrzebujących wsparcia?

24/12/2008 19:56
Od 5 listopada w Siemiatyczach działa punkt konsultacyjny dla osób uzależnionych od środków psychoaktywnych. Po ponad miesiącu działalności są pierwsze efekty, ale też i świadomość tego, że taka działalność w Siemiatyczach dla niektórych jest wyjątkowo niepożądana. Są próby straszenia tych, którzy chcą nieść pomocy uzależnionym.
          O działalności punktu rozmawiamy z pracującymi w nim osobami. Sława Szwed i ks. Marcin Kuśmirek mają za sobą wieloletnie doświadczenie w pracy z ludźmi uzależnionymi, zarówno w tego typu punktach, jak i w ośrodkach leczenia.
          - Czy są już jakieś efekty tych konsultacji?
          - Punkt konsultacyjny dla osób uzależnionych od środków psychoaktywnych i dla ich rodzin, znajomych, przyjaciół prowadzi stowarzyszenie Katolicka Inicjatywa Antynarkotyczna Trzy Kolory Nadzieja. W samym listopadzie zgłosiło się 21 osób z problemem narkotykowym, w każdym przypadku chodziło o heroinę zażywaną dożylnie. Z tych osób 4 już zostały umieszczone w ośrodkach terapeutycznych w Polsce. Z pozostałymi prowadzona jest praca, polegająca na motywacji ich do leczenia. Wśród tych osób są także nieletni, dlatego w tym wypadku wchodzi w grę praca z rodzicami. Rodzice bywają czasami bardzo mocno nieświadomi problemu. Kiedy sobie już problem uświadomią, myślą, że da się go na pstryknięcie palcem rozwiązać. Współpracujemy z ośrodkami terapeutycznymi w całej Polsce, te kontakty wypracowane zostały przez lata. Z dnia na dzień jesteśmy w stanie ustalić potrzebne dane, załatwić wszelkie warunki, niezbędne do tego, by człowieka w takim ośrodku umieścić. Pod warunkiem, że chce i że jest czysty, czyli nie jest pod działaniem narkotyków. Jeśli jest pod wpływem, współpracujemy też z oddziałami detoksykacyjnymi, z bardzo dużym kompleksem psychiatrycznym, gdzie można człowieka poddać diagnozie, czy aby narkotyki nie wyrządziły mu krzywdy w postaci choroby psychicznej.
          Dilerzy boją się o utratę zysków?
          Walka z tym „żywiołem” to naprawdę nie lada wysiłek, problemem jest tylko to, że nie wszyscy rozumieją ten trud i jego potrzebę. Po pierwszych kilku spotkaniach, prowadzący je już mają wrażenie, że są obserwowani, śledzeni, „odprowadzani” z Siemiatycz.
          - Po prostu odbieramy klientów. Te osoby, które pojechały w listopadzie do ośrodków, to był „pierwszy kaliber”. To nie pojechali gówniarze, którzy od roku sobie coś tam popalają. Pojechali ludzie, którzy mając duże długi, chodzili bezkarnie po ulicy. To ludzie, dla których nie jest problemem mieć dług w Siemiatyczach, a narkoman narkomana za działkę potrafi, jeśli nie zabić, to na pewno mocno skrzywdzić.
          - Czy siemiatycki problem narkotykowy jest specyficzny, inny?
          - Sprawa narkotykowa w Siemiatyczach ma swoje specyficzne źródła. Jednym z głównych są niekompletne rodziny - tatusiowie albo mamusie, których nigdy nie było. Dzieci miały w swoim życiu wszystko, bo nie było tatusia na Boże Narodzenie, ale było 500 euro w prezencie. Dziecko w wieku 12 lat już miało wszystko, na co dorosły człowiek musi pracować. Teraz ma lat 18 i już nie ma rzeczy dla niego nowych, nie ma się czym zaspokoić, więc się zaspokaja narkotykami. I to nie narkotykami tego najlżejszego kalibru. Nasze wrażenie po pracy w Siemiatyczach jest takie, że tu „obciachem” jest palić trawkę czy brać amfetaminę. Spośród tych, z którymi rozmawialiśmy, nikt nie brał niczego innego, wszyscy od razu heroinę.
          Kilka z tych osób, o których mówimy, to byli ludzie, którzy mają duże zatargi z prawem, ludzie zdemoralizowani i do tego na nieszczęście mający wsparcie w postaci braku właściwego reagowania w rodzinach i swoich środowiskach. Spotkaliśmy się z sytuacją, że pan dyrektor jednej ze szkół, w sposób w ogóle nieterapeutyczny i na pewno niewychowawczy skomentował nasze działanie, bo śmieliśmy powiedzieć komuś, kto kradnie, że jest złodziejem. I to jest bardzo dobry nawóz do rozwoju wszystkich tych nieprawidłowości. Taki ktoś myśli, aha, skoro szkoła mnie chroni, to ja mogę robić, co chcę. Sądy nie zrobią mi nic, bo jestem nieletni, policja nie zrobi mi nic, bo mnie znają, matka nie zrobi nic, bo jest niewydolna. Pan dyrektor mnie ochronił. Jeszcze wsiądę sobie z 5 kolesiami do samochodu, to może tych, którzy mi prawdę powiedzieli wystraszę i zamkną ten punkt. Spotykamy się tutaj z takimi sytuacjami.
          - Ale przychodzą też tacy, którzy naprawdę oczekują pomocy.
          - Tak, to są ci, którzy przychodzą z przemyślaną decyzją, nie przychodzą dyskutować, wykłócać się, tylko przychodzą z konkretną decyzją, że chcą być umieszczeni w ośrodku i oczekują pomocy w tej sprawie.
          - Warunki lokalowe punktu pozostawiają chyba trochę do życzenia?
          - Warunki są takie, że spełniają to minimum krytyczne, są drzwi, jest okno, jest światło, biurko, krzesła i woda. I my się cieszymy z tego, co mamy. Potrzebne byłoby pomieszczenie drugie, w którym ci ludzie mogliby czekać. Była ostatnio taka sytuacja, że przyszło kilka osób jednocześnie i musieli czekać, a był mróz. Naturalna selekcja zrobiła swoje i wystali tylko najwytrwalsi. To jest początek i jesteśmy zadowoleni z tego, co mamy. Wdzięczni jesteśmy księdzu Błażejakowi za pomoc w zorganizowaniu tego. Wielkich przychylności, poza ks. Jarkiem, ze strony tych, którzy w Siemiatyczach coś mogą, nie mamy.
          - Myślę, że punkt jest traktowany trochę jako konkurencja, bowiem w mieście jest już jedna instytucja zajmująca się podobnymi problemami.
          - Nie wiem dlaczego patrzy się na nas, jak na jakąś konkurencję. Przecież nie o to tu chodzi. Trzeba być bardzo naiwnym, żeby myśleć, że ktoś będzie chodził tylko w jedno miejsce. Mamy doświadczenie z innych miejsc pracy, choćby w Węgrowie, gdzie takich punktów jest kilka i wszystkie mają co robić. Ci ludzie potrzebują, szukają różnych możliwości. Na jedną z takich osób wystarczy spojrzeć, porozmawiać i ona już zdaje sobie sprawę, że musi jechać do ośrodka i leczyć się. Ale dokładnie takie samo spojrzenie na inną osobę, która jest chora jednocześnie, może doprowadzić do tragedii. Jeśli taka osoba wyjdzie z punktu A z przekonaniem, że ma to wszystko gdzieś, bo krzywo tu nią spojrzeli i byli zbyt konkretni, a nie będzie miała możliwości trafienia do punktu B, to na pewno nie pójdzie już nigdzie.
          Byłem niedawno na pogrzebie pewnego chłopaka. Chory człowiek, choroba go zabiła, nad tym możemy ubolewać. Ale żeby w XXI wieku, tak jak mówili rodzice, nie było miejsca, gdzie mogliby pójść, choćby porozmawiać, bo pomocy już nie oczekiwali? Żeby w XXI wieku nie na wiosce, tylko w mieście i to nie w byle jakim mieście, tylko w mieście, gdzie jest kupa pieniędzy przywiezionych z Belgii, w mieście, w którym się wydaje np. kilkadziesiąt tysięcy złotych na wyścig kolarski, po którym nawet smród nie został, żeby nie było punktu B czy C, to jest skandal, wielkimi literami pisany.
          Dlatego my nie jesteśmy tu po to, by rywalizować czy konkurować. Jesteśmy bardziej jako wsparcie, jako źródło nowych możliwości, uzupełnienie, nowa szansa. Przecież liczy się tu człowiek, a nie to, który punkt wysłał go na leczenie.

          Taki punkt to światło nadziei na przeżycie dla wielu młodych osób. Może warto zastanowić się nad tym, jak wesprzeć pracę tych ludzi. Czy lokalni liderzy, nie tylko polityczni, ale i kościelni, nie mogliby postarać się o lepszą lokalizację tego punktu? By przychodzący po pomoc nie stali na mrozie w oczekiwaniu na swoją kolejkę i nie obawiali się tego, że za chwilę ktoś ich zobaczy i wyśmieje? Zanim może jednak ktoś pomyśli o tym, pani Sława Szwed i ks. Marcin Kuśmirek czekają na wszystkich, którzy potrzebują wsparcia, choćby w postaci wysłuchania, w środy (17.00-20.00) i piątki (16.00-20.00) w budynku za siemiatyckim LO, na ul. Kościuszki (obok siedziby NFZ). Tel. kontaktowy: 514 063 680.

          Ewa Magdalena Iwaniak, Tygodnik Głos Siemiatycz
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama