Reklama

Białorusini jadą do Polski - Bo kiedyś to był jeden kraj. Żałuję, że już tego nie ma. (Podkast)

- Do 2020 r. musiałem tłumaczyć dużej części ludzi, że jesteśmy inni niż Rosjanie, że ten język różni się od rosyjskiego, a Rosjanie nie rozumieją białoruskiego – mówi Źmicier Kościn, białoruski dziennikarz Polskiego Radia Białystok, od 14 lat mieszkający w Polsce.

     Ponad 50 tys. obywateli Białorusi posiada ważne zezwolenia na pobyt w Polsce. Fala migracji postępuje od sierpnia 2020 r., kiedy Aleksander Łukaszenka sfałszował wyniki wyborów prezydenckich, w których startował już po raz szósty. 

   Z danych udostępnionych przez rzecznika prasowego Urzędu do Spraw Cudzoziemców wynika, że woj. podlaskie, zaraz za mazowieckim, skupia największą ilość osiedlających się w Polsce Białorusinów (9 tys.). Na Mazowszu jest to 19 tys. ludzi. Białoruscy migranci chętnie osiedlają się też w regionach: małopolskim (4,2 tys.), pomorskim (4 tys.) i lubelskim (3,2 tys.).

Reklama

   Białorusini, to druga po Ukraińcach najliczniej reprezentowana grupa cudzoziemców w Polsce. Czy poza opisaniem sytuacji politycznej za wschodnią granicą, jesteśmy w stanie powiedzieć, jacy są Białorusini i co im „w duszy gra”? Czy rozpoznamy białoruskiego obywatela, który przebywa w Polsce kilka, kilkanaście lat i bardzo dobrze włada językiem polskim? Czasem nawet lepiej niż niejeden Polak. Czy na pierwszy rzut oka odróżnimy Białorusina od Ukraińca?

       „A, to ty musi z Białorusi pryjechał!”

Reklama

        Źmicier Kościn to dziennikarz Polskiego Radia Białystok, kierownik Redakcji Programów dla Mniejszości Narodowych. Przyjechał do Polski w 2008 roku razem z żoną i dwójką dzieci. Jak mówi, jest przedstawicielem „starej diaspory białoruskiej”. Nie ma polskiego pochodzenia, nie posługiwał się polskim na tyle dobrze, żeby czuć się swobodnie. Na początku. Dziś posiada dwa obywatelstwa: białoruskie i polskie. 

Na zdjeciu: Marina Leszczewska i Źmicier Kościn

      - Kiedy przyjechałem tutaj, środowiskiem, gdzie mogłem pielęgnować swoją białoruskość była mniejszość białoruska. „Basowiszcza”, „Jesień Bardów”, „Tam Po Majowuj Rosi” zorganizowane przez Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach [Doroteusza przyp. red.] Fionika, Muzeum Białoruskie w Hajnówce, festyny… To było ciekawe. Trochę inne, ponieważ tu, o dziwo, ta białoruskość przetrwała w naturalnej formie. Białorusini są narodem wiejskim. Tak samo, jak Łotysze czy Słowacy. Nie mieliśmy szlachty, która trwała w białoruskości przez cały czas. Szybko przyłączyła się do Wschodu albo do Zachodu, a myśmy musieli zaczynać od kultury wiejskiej. Ta wiejskość na terenie objętym Związkiem Radzieckim została zniszczona kołchozami. Tu ta wiejska kultura przetrwała i przekształciła się w coś innego, ponieważ ze wsi ludzie zaczęli wyjeżdżać do miasteczek. Siemiatycze, Hajnówka, Bielsk Podlaski, Białystok, Sokółka… Tworzyło się coś innego i w tym sensie było to ciekawe, inne. Bardzo chciałem się z tym zintegrować. Dzięki Białostocczyźnie zainteresowałem się zjawiskiem, którym są gwary. Każdy, kto pochodzi z Podlasia, mieszka na Podlasiu wie, że w zależności od miejscowości, te gwary się różnią.

Reklama

     Nigdy nie zapomnę, jak po raz pierwszy pojechałem gdzieś w okolice Hajnówki na materiał. Przyjeżdżam z literackim językiem białoruskim: - „Dobry dzień” i od razu słyszę: -„A, to ty musi z Białorusi pryjechał!”. I dla mnie było to już takie: -„OK. Rozpoznali mnie”.- Od tamtego momentu postanowiłem uczyć się gwar. Teraz kiedy jadę w okolice Bielska Podlaskiego, wiem, że muszę mówić trochę bardziej miękko. Do Sokółki czy Gródka jeszcze inaczej. To też niesamowita rzecz, która mnie tutaj spotkała. Bardzo długo, do 2020 roku żyłem w przekonaniu, że będę opierał swoją białoruskość generalnie na Białostocczyźnie. Na mniejszości białoruskiej, ponieważ to naturalne. Białoruskość w różnych postaciach, czy to powiedzmy etniczna białoruskość, wychodząca z wiejskiej kultury, czy ta wysoka kultura współczesna, to było obecne. 2020 r. wszystko zmienił – mówi Kościn.

     Podlaski skarb

Reklama

     Źmicier aktywnie działa na rzecz mniejszości białoruskiej w Polsce. Współpracuje m.in. z Fundacją Tutaka. Stara się ułatwić kontakt i współpracę między nową falą migrantów a podlaskimi autochtonami. Tak poznał Marinę Leszczewską, założycielkę Fundacji Białoruś 2020, która mieszka w Polsce 7 lat. Zapytałam aktywistkę, jakie były jej wrażenia, kiedy na Podlasiu odkryła organizacje działające na rzecz Białorusi.

     - Moje pierwsze wrażenie, to było: „Łał!”. Usłyszałam piękny białoruski język od swojego, teraz już bardzo dobrego znajomego, a wtedy jeszcze nieznajomego dziennikarza Źmiciera Kościna. Byłam tak zdziwiona, że w Polsce słyszę tak piękną białoruską mowę. Później dzięki niemu i mojej aktywności, znajomości z wieloma innymi osobami, odkryłam ten białoruski skarb. Uświadomiłam sobie, tu na Podlasiu, kim są w ogóle autochtoni i jak dużo aktywności jest związanej z Białorusią. Po 3-4 latach mieszkania w Białymstoku, było to dla mnie duże odkrycie. Później zorganizowałam wydarzenie, na które zaprosiłam organizacje z białoruskiej mniejszości oraz diasporę nowych Białorusinów, którzy tu przyjechali, żeby też doświadczyli tego, jak duża jest tu organizacja aktywności na rzecz Białorusi. Widziałam po ich twarzach, że byli bardzo zdziwieni i zachwyceni. Tym, że okazuje się, że jest tu „kawałek białoruskości” – opowiada Marina Leszczewska i dodaje: - Dla białoruskiej mniejszości ci nowi Białorusini będą jakby świeżym powietrzem, które też może wnieść swoją wartość i dać impuls do życia. A dla Białorusinów, którzy przyjechali mniejszość, to też pomoc w adaptacji i integracji. Gdybym była w Stanach Zjednoczonych albo we Włoszech, myślę, że nie miałabym takiej możliwości, którą mam tu. I oni też. A to znacznie ułatwia życie i poprawia stan psychiczny. Człowiek to istota społeczna. Potrzebujemy swojego otoczenia, grup – mówi Leszczewska.

Reklama

     Pytam Źmiciera jakie różnice widzi między wcześniejszą falą migrantów a obecną. Dziennikarz zwraca uwagę na jedną rzecz: obecni migranci są bardziej świadomi i nie wstydzą się swojej białoruskości. Dawniej starali się jak najszybciej wtopić w otoczenie.

      - Na Podlasiu byliśmy odbierani jako lud, który przyjeżdżał z kraciastymi torbami na zakupy, przywoził ropę, wódkę, papierosy. Generalnie mówił po rosyjsku, na pytanie: - „Jak wam się żyje?” wszyscy mówili: - „A dobrze, Łukaszenka jest dobry”. Do 2020 r. musiałem tłumaczyć dużej części ludzi, że jesteśmy inni niż Rosjanie, że ten język różni się od rosyjskiego, a Rosjanie nie rozumieją białoruskiego – mówi Kościn.

Reklama

     Świadomy Białorusin

      Pan Andrzej, rocznik 78’. Wyemigrował do Polski w 2019 r. Pasjonuje się historią. Jego babcia pracowała w szkole jako woźna. Przynosiła mu książki z biblioteki, które były „niepotrzebne”. Tak poznał słowniki języka białoruskiego. Tak dowiedział się, że język białoruski do II wojny światowej był zupełnie inny, niż obecnie. Do wyjazdu przygotowywał się dwa lata. W Grodnie chodził na lekcje języka polskiego organizowane przez Związek Polaków na Białorusi. Pan Andrzej opowiada mi o słuckim zbrojnym czynie z 1920 r. i o tym, że najbardziej tęskni za miejscami, w których spędził dzieciństwo, za domem babci 30 km od Nieświeża. Po przyjeździe do Polski pracował w siemiatyckim Pronarze, dojeżdżał tam z Bielska Podlaskiego. Obecnie mieszka i pracuje w Warszawie. Nie wyemigrował z Białorusi z powodów ekonomicznych, jako mistrz, inżynier z 15-letnim doświadczeniem zarabiał wystarczająco dużo, aby utrzymać siebie i rodzinę. Ma wyższe wykształcenie. Wyjechał, bo szukał lepszego miejsca do życia, nie podoba mu się też polityka Łukaszenki. Na początku rozmowy zaznacza, że nie chce upubliczniać swojego nazwiska. Czym dla niego jest bycie Białorusinem?

Reklama

      - Wydaje mi się, że język pokazuje, kim jesteś. Jeżeli nie ma języka, to znika rozróżnienie od innych narodowości. Jeżeli zostanie ten wąsaty gość, zniszczy narodowość białoruską i będzie jakaś inna. Popsuta rosyjska albo nie wiadomo co. Nie widzę tam obecnie lepszej przyszłości, bardzo to smutne. Tylko do Polski w ostatnich dwóch latach wyjechało 300 tys. Białorusinów i 340 tys. do innych krajów Unii Europejskiej, czyli 640 tys. ludzi wyjechało z Białorusi. Ze względu na to, że Białoruś liczy 9,5 mln, a z tego tylko 2,5 mln pracuje, to ilu tam zostało zarabiających na podatki i utrzymanie państwa? – wylicza statystyki pan Andrzej i po chwili dodaje - Gdyby zapytała mnie pani, kim jestem, to odpowiedziałbym jak Mickiewicz: „Litwo! Ojczyzno moja!” Bo kiedyś to był jeden kraj. Żałuję, że już tego nie ma. Byłyby zupełnie inne warunki do życia – kończy pan Andrzej.

Na zdjęciu: Julia Sobol - Niedzielna Szkoła Białoruskich Tradycji

Reklama

      Wielkie Księstwo Litewskie i literatura

      - We współczesnych wydaniach Mickiewicza prawie co drugie słowo jest oznaczone i wyjaśnione jako regionalizm. Natomiast we współczesnym języku białoruskim te słowa normalnie występują i funkcjonują. Sporo mamy takich wspólnych postaci, ale do Mickiewicza mam szczególny żal. Gdyby pisał po białorusku, to kto wie? Może zupełnie inaczej tworzyłaby się dalsza historia Białorusi, ponieważ to był czas tworzenia nowych narodowości. Ukraińcy mają swojego Szewczenkę, Polacy mieliby Słowackiego, a my moglibyśmy mieć swojego Mickiewicza, gdyby to wszystko, co napisał, zechciał napisać po białorusku. – mówi dr Natalia Rusiecka, adiunkt w Katedrze Literaturoznawstwa Słowiańskiego na Wydziale UMCS w Lublinie i kontynuuje - Bo do dziś to brzmi paradoksalnie. Urodzony w Białorusi poeta, który napisał po polsku „Litwo! Ojczyzno moja!” Czy zwyczajny człowiek może zrozumieć, że to wszystko o Nowogródku, pierwszej stolicy Wielkiego Księstwa Litewskiego? A etnograficzna Litwa jest dookoła Nowogródka i że język polski, jak dziś rosyjski został narzucony poprzez system edukacji, poglądy polityczne. Poprzez przynależność do polskich elit politycznych. Kilka dziesięcioleci później pojawią się autorzy, którzy wybiorą język białoruski: Boguszewicz, „Ciotka” [Ałaiza Paszkiewicz przyp. red.]. To chyba jednak trochę za późno i talent niższej rangi – mówi dr Rusiecka.

Reklama

Na zdjęciu: Natalia Rusiecka

      O wzajemnym oddziaływaniu obu kultur w literaturze rozmawiam z prof. dr hab. Siergiejem Kowalowem, mieszkającym w Polsce od 30 lat. Jest kierownikiem Katedry Literaturoznawstwa Słowiańskiego na Wydziale Filologicznym w UMCS.

      - Jeżeli mówimy o wpływach, to zależy od okresu. Jeżeli patrzymy na epokę renesansu, to oczywiście Jan Kochanowski wywarł wpływ na poetów XVI, którzy żyli w Wielkim Księstwie Litewskim. Cyprian Bazylik naśladował jego satyrę. Jan Protasowicz czerpał dużo z Kochanowskiego. W wieku XVI nie było chyba wpływów poezji białoruskiej. Była poezja Wielkiego Księstwa Litewskiego. Natomiast w epoce romantyzmu, jak wiadomo częściowo romantyzm polski, Mickiewicz powstał na tradycji literatury europejskiej, polskiej i na folklorze literatury i mitologii również białoruskiej. Na historii Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jeśli zajrzymy do utworów Mickiewicza, to widzimy tam fabułę: „Grażyna”, „Konrad Wallenrod”, „Dziady” – wierzenia białoruskie, obrzędy, filomaci, filareci. Jan Czeczot, Jan Chodźko i inni. Później Jan Barszczewski. W XX w. mocny był wpływ literatury polskiej, np. klasyk literatury białoruskiej Janka Kupała pierwsze utwory napisał w języku polskim. Drugi klasyk literatury białoruskiej, Jakub Kołas napisał pierwsze wiersze w języku rosyjskim. Ulubionymi pisarzami Janki Kupały pisarzami Przybyszewski, Konopnicka, Orzeszkowa. U Kołasa byli to Tołstoj, Niekrasow, Dostojewski. Poezja polska wywarła duży wpływ na poezję białoruską w latach 80., 90. XX w.. Aleh Minkin przetłumaczył i wydał książki Leśmiana, Staffa. Tłumaczył też Miłosza. Później w jego twórczości widzimy wpływ tych wielkich poetów – mówi prof. dr hab. Kowalow.

Reklama

      Wielokulturowo już było

      Doroteusz Fionik, dla większości ludzi kojarzy się z Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach, które założył i prowadzi razem z rodziną. Kiedy pytam go, kim jest: etnografem, historykiem, kustoszem? Mówi po prostu: „gospodarzem”. To przedstawiciel podlaskich Białorusinów, próbuje ocalić od zapomnienia starodawne białoruskie zwyczaje, takie jak dzień św. Jerzego (Juryja).

      Pytam zatem Doroteusza Fionika o wielokulturowość i międzykulturowość pogranicza na „Podlaszu”, (jak mówi specjalista) i jego przedstawicieli. Dlaczego pochodzenie jednego z najsłynniejszych rodów magnackich, jakim byli Radziwiłłowie, nie jest takie oczywiste?

      - Większość ludzi kojarzy, że Radziwiłłowie byli polskim rodem mieszkającym gdzieś na Białorusi czy Litwie. Z ich dworów emanowała polska kultura. To duże uproszczenie i zawężenie pewnych pojęć. W sensie etnicznym byli Litwinami. Przyjęli starobiałoruską kulturę, ponieważ dominowała w Wielkim Księstwie Litewskim. Przyjęli kulturę polską, kiedy Korona związała się ściśle po unii lubelskiej z Wielkim Księstwem Litewskim. Wtedy zaczęli swoją ekspansję z Nieświeża, Birżów na ziemie Korony. Z terenów Białorusi czy Litwy ekspansję ekonomiczną, kulturową i dzięki temu wzbogacili też kulturę polską. To oni obok innych rodów tak naprawdę rządzili Rzeczpospolitą. Trudno mówić, że to był ród polski, albo tylko białoruski, albo tylko litewski, ponieważ skupiała się w nich wielokulturowość – opowiada Doroteusz Fionik

      A gwary na „Podlaszu”? Jak bardzo różnią się do języka białoruskiego za wschodnią granicą?

      - Załóżmy, że ktoś chciałby dowiedzieć się, jakie są gwary Białorusi na terenach przylegających do Polski, ale nie ma wizy czy paszportu i nie może tam pojechać, żeby je usłyszeć. Mówię tak: „Chce Pan posłuchać, jak mówią koło Grodna? To jedziemy pod Sokółkę albo pod Dąbrowę Białostocką. To będą gwary grodzieńskie języka białoruskiego. Chce Pan posłuchać, jak mówią pod Wołkowyskiem czy Świsłoczą? Jedziemy do Gródka. Jeśli ktoś chce dowiedzieć się, jak rozmawiają w koło Berezy czy Stolina? Tak samo jak w okolicach Bielska Podlaskiego. To pokazuje, że nasze Podlasze, to zachodnie przedłużenie i zakończenie wielkiego areału gwar białoruskich, rozciągającego się od Smoleńska i Briańska na wschodzie do Białegostoku i Brańska na zachodzie. A poleskie dialekty, to gwary ruskie o cechach języka starobiałoruskiego - wyjaśnia Fionik.

      Z uwagi na wieloletnią działalność kulturalną, również poza granicami Polski, strażnicy białoruskiej pamięci z Muzeum Małej Ojczyzny w Studziwodach mają wiele kontaktów z Białorusinami, którzy byli aktywni w swoim kraju przed początkiem protestów w 2020 r. Teraz, aby zorganizować wydarzenie kulturalne, nie trzeba sięgać daleko. Wystarczy skontaktować się z kimś np. w Białymstoku. Doroteusz Fionik stwierdza jednak, że wielu nowoprzybyłych do Polski Białorusinów nie ma pojęcia, że na „Podlaszu” istnieje ktoś, kto kultywuje ludowe białoruskie tradycje. Autochtonów traktują raczej jak „miłośników białoruskiej kultury”, a nie jej nosicieli.

      Dyrektor muzeum podkreśla, że integracja kulturowa jest ważnym elementem podejmowanych przez niego i zespół działań. Liczy się każdy człowiek, który uczestniczy w organizowanych przez muzeum wydarzeniach. Jest kameralnie i swojsko. Tak, aby z zaproszonym można było spędzić trochę czasu, porozmawiać.

     Folklor i sowiecka wydmuszka

     „Jak już kończyłam studia, to dla mnie było oczywiste i naturalne, że chcę napisać coś, co będzie dotyczyło mnie i mojego świata. Jakoś doszłam do tego odrodzenia. Nie chciałam pisać o folklorze. Wiedziałam to na pewno, że bardzo interesowała mnie tożsamość, w której mogłabym rozpoznać się bez konieczności zakładania haftowanej koszuli i udawania, że odtwarzamy obrzędy, które już nas nie dotyczą” – powiedziała Aneta Prymak – Oniszk pochodząca z podlaskich Knyszewicz podczas białostockiego panelu dyskusyjnego „Tożsamość Białorusinów Podlasia”. Jest autorką słynnej książki reportażowej „Bieżeństwo 1915. Zapomniani uchodźcy”.

         „Łukaszenkowskie państwo białoruskie robiło wszystko, żeby zapędzić kulturę białoruską do folklorystycznego getta. (…) Historia dawnego państwowego teatru kupałowskiego to również walka z próbą zapędzenia kultury teatru w getto archaicznych tańców i śpiewów, które nikomu nic nie mówią” – powiedział podczas lubelskiego Festiwalu Bliski Wschód Alhierd Bacharewicz, jeden z najpopularniejszych współczesnych pisarzy białoruskich, autor „Psów Europy”.

         O nastawienie Białorusinów, czerpanie lub nie z tradycji ludowych pytam więc moich rozmówców. Dr Natalia Rusiecka wskazuje, że to nie sam folklor jest problemem, a jego płytkość w upaństwowionej wersji. Bo te prawdziwe tradycje Białorusini cenią.

         - Bardzo podobnie wyglądała sytuacja również w Polsce, w latach bodajże 60. Co zrobili? Właściwie wyjałowili folklor. Pozbawili go treści filozoficznych, magicznych, wierzeniowych, światopoglądowych i zostawili skorupkę. To był bardzo płaski obraz, próba zasłony. Natomiast głębi wierzeń ludowych, tradycji nie było i to nie mogło się przyjąć.

         Jest wielka różnica między tym, co stanowi treść narodu białoruskiego i tak samo jest z folklorem. Tak jak są dwie różne Białorusie, tak dwa różne folklory. Bo ten łukaszenkowski ma karykaturę. „Macie Noc Kupały, możecie przyjść, napić się piwa”. Występują pseudozespoły, które nie przekazują tej energii, która jest zawarta w prawdziwych ludowych piosenkach – komentuje dr Rusiecka.

         - Wydaje mi się, że Białorusini muszą przejść tę drogę transformacji wiejskiej kultury w kulturę współczesną. Odcinając się od wiejskiej kultury bardzo łatwo odejść od białoruskości w ogóle. Bo wtedy, zamiast tworzyć coś współczesnego, mając głęboko korzenie, naśladujemy gotowe wzorce. Na pewno amerykańska, polska czy rosyjska kultura są ciekawsze. Można odrzucić nasze koszule, ale słoma z butów nadal wystaje i szkoda mi takich ludzi, którzy wypierają swoje pochodzenie – podsumowuje Źmicier Kościn i dodaje - To jest trochę takie: „Jestem wyższy, ukończyłem, nie wiadomo jakie studia. Wskoczyłem od razu na londyńskie, berlińskie salony, a wy tam zostaliście ze swoimi dudami i lnianymi koszulami”. Bez tych lnianych koszul i dud nie byłoby białoruskiego spojrzenia na świat. Bo jakby taka osoba nie mówiła o tym, że jest już współczesna, nad miarę współczesna, nadal patrzy na świat przez białoruski pryzmat, który jest dość konserwatywny. Uważam, że w tym jest nasza autentyczność, w tym jest nasza ciekawość dla innych, jeżeli nie będziemy porzucać swojego. A w tym świecie, trochę plastikowym, gdzie wszyscy są podobni, będziemy próbować to wplatać w ogólną mozaikę różnorodności – mówi dziennikarz.

         Andrej Chadanowicz to poeta i tłumacz. Pochodzi z rosyjskojęzycznej rodziny, a z wykształcenia jest filologiem, rusycystą. W protestach przeciwko reżimowi Łukaszenki bierze udział od 2006 r. Specjalnie dla protestujących przetłumaczył na język białoruski „Mury” Jacka Kaczmarskiego. Podczas protestów w 2020 r. ludzie śpiewali również „Kupalinkę”. Czy jako twórca, Andrej Chadanowicz inspiruje się białoruskim folklorem?

Na zdjęciu: Andrej Chadanowicz

         - I tak, i nie. Moim zdaniem im gorsze czasy, tym bardziej inspiruje tradycja. Nikomu nie przyszłoby do głowy śpiewać na protestach pokojową piosenkę o dziewczynie, która plecie wianki z róży. A tu nagle babulki, dziewczyny, kobiety śpiewają to naszemu ZOMO. Prototyp „Kupalinki” był w folklorze w różnych wersjach. Chyba Jan Czeczot w połowie XIX w. w Podźwiniu zapisał jedną z jej wersji? W XX w. poeta Michaś Czarot opracował to do swojego dramatu, który był wystawiony w teatrze, z którego wyrósł teatr kupałowski – mówi pisarz i zaznacza, że tradycja jest istotna, ale trzeba patrzeć w przyszłość.

       Przyszłość

        Zdaniem Doroteusza Fionika południowe Podlasie nie jest już wielokulturowe, a międzykulturowe. Pan Andrzej zapytany, czy widzi różnice między Białorusinami a Polakami stwierdził, że, nawet jeśli widział jakieś na początku, teraz niczego nie dostrzega. Wygląda na to, że cechą szczególną podlaskiego pogranicza jest jego płynność. Tu wszystko przelewa się, miesza.

         Jesteśmy jak język literatury – niemal jednorodni. Kiedy zapytałam dr Natalię Rusiecką o wyznaczniki białoruskiej literatury, odpowiedziała, że jest nią wielojęzyczność.

        - Mamy taką sytuację, że literatura na Białorusi rozwija się na dwóch skrzydłach: rosyjskojęzycznym i białoruskojęzycznym, ale jest jeszcze coś pomiędzy. Tak jak w wierszu Cimafiejewej, ta pestka awokado rozpada się na dwie połówki, ale co zrobić, jeśli jest zrośnięta jednym korzeniem? – zastanawia się dr Rusiecka.

       Właśnie, co zrobić, jeśli wszyscy jesteśmy zrośnięci jednym korzeniem?

       Eleni Kryńska, fot. ek (Materiał powstał przy wsparciu nagrody z konkursu realizowanego przez Centrum Edukacji Obywatelskiej, która finansowana jest ze środków Unii Europejskiej.)

Posłuchaj podkastu:

     W podkaście użyto:

     - ścieżki dźwiękowej zespołu Hajda Banda pt. "Oj chodziła dziewczyna" muz: trad./Daria Butskaya; słowa: trad. wykonanie: Daria Butskaya, Nika Jurczuk, Mateusz Dobrowolski, Paweł Iwan, Jakub Zimończyk, Anna Fionik (Żemerwa); zespół Hajda Banda prowadzi zbiórkę funduszy na debiutancki album. Możecie wspomóc ich klikając tutaj: LINK

     - fragmentu spektaklu "Gęsi-ludzie-łabędzie" w reżyserii Aleksandra Harcujeu;

    - pieśni wykonanych przez grupy: "Żemerwa" i "Osoczniki" ze Studziwod oraz "Abra" i "Bierandiejka";

     - fragmentów koncertu "Dzieci Hioba" w wykonaniu Andreja Chadanowicza;

    - w ierszy Julii Cimafiejewej "Autoportret w postaci pestki awokado" i "Listy";

     -; wiersza Janki Kupały "A któż tam idzie?";

     - fragmentu powieści Alhierda Bacharewicza "Psy Europy".

 

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama