Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury w Białymstoku organizuje spotkania z trąbką w roli głównej. W ramach tychże lekcji, muzyk Andrzej Pietraszko jeździ po ośrodkach kultury, gra i ciekawie opowiada. Takie wyjazdowe koncerty zaplanowano na lato i jesień. Andrzej Pietraszko gościł w „Hładyszce”, czyli domu kultury w Kleszczelach. Ponownie przyjedzie jesienią.
Cel spotkań muzycznych jest taki, żeby zachęcić młodych ludzi do grania, do muzyki?
- Przybliżyć muzykę, którą kocham, której praktycznie poświęciłem swoje życie. Zachęcić, przybliżyć i pokazać, że miejscowość, z której się pochodzi nie jest żadną barierą, żeby do czegoś w życiu dojść. Czasami patrzą na mnie młodzi ludzie ze zdziwieniem, gdy mówię o tym, że w mojej miejscowości mieszka może 800 osób. Jeżdżę tam, moim rodzice tam jeszcze mieszkają, odwiedzam ich.
- Co to za miejscowość?
- Pochodzę z Siemiatycz Stacji. Przez Kleszczele przejeżdżałem wiele lat, pociągiem. Ale nigdy bym nie przypuszczał, że kiedykolwiek w swoim życiu przyjadę i będę mógł grać, czyli robić to, co lubię. Urodziłem się i wychowałem na Stacji kolejowej Siemiatycze. Swoje życie związałem z Białymstokiem. Skończyłem podstawową szkołę muzyczną, średnią szkołę muzyczną, studia na Akademii Muzycznej w Warszawie.
Jednak wyjechał pan z Siemiatycz Stacji…
- Koniecznie chciałem stamtąd wyjechać, żeby zostać pilotem wojskowym, ale niestety było tylko 125 miejsc, a ja byłem 674. Więc co mi zostało? Zacząłem się uczyć w „Elektryku” w Białymstoku, a na obiady chodziłem do internatu Szkoły Muzycznej. Patrzyłem na tę młodzież, myślałem „tacy zwariowani, tacy weseli, instrumenty grają, czy ja się odnajdę? Może to życie jest stworzone dla mnie?”.
I zaczął się pan uczyć w szkole muzycznej…
- Poszedłem na egzaminy, miałem wtedy niespełna 16 lat. Zdałem. Ale grałem na akordeonie, jako samouk. Powiedzieli mi „ty nieźle grasz na tym akordeonie, ale jesteś za stary, żeby się uczyć w szkole muzycznej”. Dla mnie była to obraza. 16 lat i jestem już za stary na instrument. Powiedzieli, że to doskonały wiek na instrument dęty i zaproponowali mi trąbkę i puzon. Nie miałem bladego pojęcia, jak wygląda puzon. Trąbkę widziałem – małe takie, zgrabne, więc wybrałem trąbkę. Od tego wszystko się zaczęło. 8 lat pracowałem w Orkiestrze Symfonicznej w Białymstoku. Grałem, ale to były małe pieniądze. Niemożliwe, żeby kupić instrument, który mam teraz, dlatego poszedłem własną drogą. Zacząłem grać koncerty solowe, miałem własną agencję artystyczną. To pozwoliło mi uwierzyć we własne siły, realizować swoje plany, marzenia, itd. Od pewnego czasu jestem związany z Wojewódzkim Ośrodkiem Animacji Kultury w Białymstoku. Doszedłem do wniosku, że jak będę związany z taką placówką, to będę miał opłacony ZUS, składki emerytalne. Nadal koncertuję, gram, robię robotę przyjemną dla ucha, a to co robię w sobotę, niedzielę, to jest moje życie prywatne.
Wiele lat grał pan muzykę rozrywkową.
- Byłem właścicielem czterech zespołów, m.in. Big Bandu. To był mój prywatny Big Band, który opłacałem, kupowałem nuty, kupiłem perkusję dla perkusisty, żeby nie musiał wozić swoich instrumentów. To wszystko kupiłem za własne pieniądze. Ale cały czas ciągnie mnie do muzyki klasycznej. Była taka sytuacja, że w Operze i Filharmonii powstał Big Band, więc uznałem, że prowadzenia Big Bandu nie ma racji bytu. Tamci byli muzykami na etatach, a ja fizycznie nie dam rady. Myślę, co tu dalej robić?
I wrócił pan do muzyki klasycznej…
- Żeby wrócić do klasyki po muzyce rozrywkowej trzeba ponownie zacząć się uczyć. To są zupełnie inne światy. Dla przeciętnego słuchacza jest trębacz, weźmie trąbkę i zagra. Natomiast artykulacja, sposób zadęcia, sposób prowadzenia dźwięku muzyki barokowej, klasycznej, to są takie niuanse, na które już tylko wyrafinowane ucho może zwrócić uwagę. Gdybyście posłuchali przez jakiś czas muzyki klasycznej w wykonaniu trąbkowym, następnie muzyki rozrywkowej, gwarantuję, że zaczęlibyście rozróżniać. To musi być czysty, klarowny dźwięk, nie ma prawa być piachu. Dźwięk musi być w stu procentach.
Jeżeli gra się rozrywkę, musisz przycisnąć ustnik mocniej, żeby świstać bardzo wysokie dźwięki.
- Natomiast do klasyki, do baroku, musi być zupełnie co innego. Tu musisz być wypoczęty, a dźwięk musi być bardzo klarowny, czytelny. Żeby wrócić do stylu gatunku muzyki, który naprawdę pokochałem, poszedłem na studia jeszcze raz. Mam 52 lata, jestem najstarszym studentem Akademii Muzycznej w Gdańsku, wydziału instrumentalnego, studia dzienne. Rok studiowałem zaocznie, trochę mnie to przepchało po kieszeni, kosztowało 28 tysięcy. Czesne ponad 9 tys. zł za semestr, do tego trzeba dodać przejazdy, zakwaterowanie, wyżywienie. 28 tysięcy, tyle kosztował mnie rok. Jeden z kolegów zaproponował zdawanie na studia dzienne. Udało się. Teraz czeka mnie rok dyplomowy. Tak to wygląda, żeby wrócić do klasyki, poświęcenie jest ogromne. Moja żona nie ma pożytku ze mnie, bo nie ma mnie w domu.
Gra pan na pięknej trąbce…
- Kiedyś sporo nagrywałem, za minutę nagrania płacili 250 zł, więc mogłem sobie to kupić. O tym instrumencie marzyłem, ale jako szeregowy muzyk nie kupiłbym takiej trąbki. W tym roku były tylko dwa instrumenty do sprzedaży. Jeden był w Japonii, drugi w Niemczech. Jest to najwyższy model, jaki Yamaha wyprodukowała, równowartość samochodu. Druga trąbka, trąbka pikolo, to drugi samochód. Pokażę, jak brzmi.
Super! A elektronika?
- Jeżeli ktoś uważa, że elektronika jest tym czynnikiem, który pomaga muzykowi, to nie ze mną. Mogę zagrać jeden dźwięk, komputer przeanalizuje i stworzy koncert od początku do końca. Artykulacja, prowadzenie linii melodycznej, wszystko. Jest to możliwe, ale dla mnie żadna wykładnia. Dla mnie artyści to ci, którzy wychodzą na scenę i grają. Wchodzi do studia, nagrywa płytę z marszu, tzw. setkę, bez przeróbek, tak jak czuje wewnętrznie, to dopiero jest artysta.
Trąbka jest nie tylko w muzyce klasycznej, ale również w muzyce rozrywkowej.
- Miałem swoje cztery grupy koncertowe. Z pierwszą odniosłem największe sukcesy, w 1996 r. założyłem zespół muzyki tyrolsko – bawarskiej, skórzane portki. Nasza muzyka tak przypadła do gustu, że w przeciągu pierwszego półrocza, zagraliśmy 120 koncertów. To granie na żywo – trąbka, klarnet, puzon, gitara i akordeon. Mieliśmy okazję grać na 1000-leciu państwa austriackiego i reprezentowaliśmy Austrię na festiwalach za granicą. Znaleźliśmy się w pierwszej dziesiątce w radiu austriackim folk music. Ja z Siemiatycz, koledzy z Białegostoku. Austriacy byli od nas lepsi ze śpiewu, ale Polak nie głupi, zaczęliśmy śpiewać w dialektach. W naszym kraju, także każdy region ma swoją gwarę. Identycznie jest w Austrii. Jodłuję, śpiewam po niemiecku, ale niemieckiego nie znam.
Gra na trąbce wiąże się ze znacznym wysiłkiem fizycznym
- 1990 r. były robione badania w Akademii Muzycznej w Warszawie, jakie ciśnienie w trębaczu występuje, żeby wydobyć C trzykreślne. Okazało się, że aż 1,5 atmosfery. Gdy uczę dzieci czy dorosłych, od samego początku tłumaczę im, że nie przeskoczysz. Nie ma takiej możliwości, że weźmiesz trąbkę i od razu po prostu zagrasz. To twój organizm, musisz się nauczyć czytać swój organizm.
Czytać, to znaczy…
- Gdy bierzesz instrument do ręki i zaczynasz grać, to wewnętrznie czujesz, czy możesz pójść w górę czy nie. To czuć. Odpowiednio układają się mięśnie twarzy, usta, żeby można było wydobywać wyższe dźwięki. Natomiast jeśli ktoś to zrobi na siłę, ja raz zrobiłem. Grałem jeszcze na starym instrumencie. Zawsze trębacz chce świsnąć bardzo wysoko. Ja poszedłem w górę, ale myślałem, że mi „dekiel” wysadzi. Od ciśnienia. Po chwili nie czułem, że stoję, od pasa w dół straciłem czucie. Bardzo się przeraziłem. To był moment krytyczny. To dało mi dużo do myślenia i doszedłem do wniosku, że nie tędy droga. Teraz ucząc trębaczy, opracowałem ćwiczenia, które spraktykowałem na sobie. Daję im jak w pigułce, a ci ludzie idą jak prowadzeni za rękę. Nie ma żadnych zmian na szyi, nic się złego nie dzieje, a oni bawią się graniem. Ale musiałem taki kierat w życiu przejść, żeby zrozumieć.
Dziękuję za rozmowę.
Krystyna Kościewicz, fot KK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze