XXIII Mistrzostwa Polski w Pływaniu Na Byle Czym „Co ma pływać nie utonie” wygrał zespół San Eskobar z Siemiatycz. Drużyna zdobyła 4 tys. zł. W corocznym ogólnopolskim spływie na rzece Netcie w Augustowie biorą udział ekipy, które swoje pływadła budują samodzielnie. O przygotowaniach i udziale w mistrzostwach rozmawiam z członkiem zwycięskiego zespołu, Marcinem Egierdem.
- Skąd pomysł na wystartowanie w mistrzostwach? Czy wcześniej brali Państwo w nich udział?
- Tak. W tamtym roku narodziła się myśl, żeby pojechać, zrobić coś szalonego. Projekt nazywał się „Strefa Polarna”. Była to platforma, na której stało igloo, były morsy i foczki. Zrobiliśmy to z myślą o publiczności i małych dzieciach, żeby można było wejść, zobaczyć, pobawić się. Spotkaliśmy się z miłą atmosferą. Dostaliśmy wyróżnienie. Poznaliśmy dużo pozytywnie zakręconych ludzi. Pomyśleliśmy, żeby zrobić coś jeszcze w tym roku, ale nie wiedzieliśmy do końca co.
- Ile trwały przygotowania do przepływu?
- Mniej więcej od lutego myśleliśmy, że może coś zrobimy. Pierwszą myślą było wesołe miasteczko, czyli karuzela pod nazwą San Eskobar. Musieliśmy zrobić projekt, wysłaliśmy go. Został zatwierdzony i wiedzieliśmy, że popłyniemy. Zmieniły się przepisy. Rok temu każdy mógł wystartować. W tym roku ludzie z Radia Białystok wybierali projekty, które nagradzali grantami i które brały udział w mistrzostwach.
- Skąd nazwa?
- Bo wiadomo, że nigdzie tego nie ma, w każdym razie nie było na wodzie.
- Jak wyglądała konstrukcja pływadła?
- W tamtym roku mieliśmy 15 europalet, a pod nimi 70 20-litrowych plastikowych kanistrów. Mieliśmy tyle sprzętu na samochodzie, że ze względu na sam gabaryt, gdyby ktoś nas zatrzymał, mógł zdjąć nas z drogi. Pływadło nie tonęło, utrzymywało 9 osób. W tym roku podeszliśmy do tego inaczej, żeby było łatwiej przewieźć i złożyć materiały. Mieliśmy inną platformę, szybciej składaną. Do jej zrobienia wykorzystaliśmy płytę warstwową do stawiania hali. Kiedy mieliśmy platformę, wzięliśmy się za robienie karuzeli. Karuzelę wymyśliłem ja, a Wiesio Gumieniak zajmował się pomysłem od strony technicznej. Podumał jak to zrobić, poszła felga z mojego mercedesa, łożysko ze skody fabii, półośka z poloneza. Ramiona karuzeli były chyba ze starej altanki. Siedzenia zrobiliśmy ze starych konnych kopaczek. Większość konstrukcji to metal. Wszyscy byli pocięci i podrapani. Strat w ludziach nie było, ale każdy się pokaleczył. Było przy tym trochę roboty, ale w większości bawiliśmy się.
- A transport?
- Kolega wziął z firmy samochód z pięciometrową paką, z której wystawały jeszcze 3 metry.
- Gdzie znaleźli Państwo wszystkie elementy?
- Od ludzi, na złomie, trochę u mnie. Każdy coś przyniósł.
- Kto był w zespole?
- Wiesio Gumieniak i jego żona Renata Gumieniak, Kamil Miłkowski i jego narzeczona Monika Kalata, ja i moja żona Teresa, Radek Zajkowski. Chłopy, jak to chłopy… Zajęli się stroną techniczną, a dziewczyny myślały jak to przystroić i pomalować, żeby ładnie wyglądało. Karuzela robiła furorę, szczególnie wieczorem, bo jest podświetlana. Na mistrzostwa przyjeżdżają ekipy z całej Polski. Każdy coś pokazuje, a my chcieliśmy, żeby ludzie mogli z tego skorzystać.
- Jak kierować takim pływadłem?
- Do napędu pływadła służył most od kosiarki z traktora, 2 rowery. I to był cały napęd naszego wehikułu. Trzeci rower napędzał karuzelę. Siedzieliśmy we trzech na rowerach, a dziewczyny kręciły się wkoło nas.
- W tamtym roku zdarzało się zatonięcie pływadła. Czy udział w przepływie jest bezpieczny?
- Każdy wchodzi tam na własną odpowiedzialność. Jest duży ruch statków, tego nie da się zablokować. Po tamtym wypadku organizatorzy podeszli do tego inaczej. W tym roku było bardzo bezpiecznie, nie było sytuacji, gdzie ktoś zatonął, przewrócił się lub nie dopłynął. Co do samej organizacji, to naprawdę wszystko przebiegało fajnie i bez ekscesów.
- Czy mają Państwo pomysł na kolejne mistrzostwa?
- W tej chwili wszyscy jeszcze odpoczywają. Było za dużo emocji i wrażeń. Nikt nie spodziewał się wygranej. Popłynęliśmy na weekend, żeby się pobawić i postawić karuzelę, żeby ludzie z niej skorzystali. Mieliśmy jeszcze watę cukrową. Dzieci ustawiały się kolejkami i do karuzeli, i do waty. W tle leciała muzyka „Fasolek”. Dało to fajny rezultat, ludzie nas chwalili, ale nikt nie spodziewał się wygranej. Przecież tam były 23 drużyny z całej Polski, a wygraliśmy my – z Siemiatycz.
- Ile trwało myślenie nad samym projektem, a ile tworzenie konstrukcji?
- Najwięcej zajęło wcielenie projektu w życie. Było kilka koncepcji jak go wykonać, ale w trakcie prac wiele się zmieniało. O tym, że wystartujemy w przepływie wiedzieliśmy od końca maja, a do połowy lipca wypróbowaliśmy już wehikuł.
- Co zamierzają Państwo zrobić z wygraną?
- Jeszcze się nad tym nie zastanawialiśmy. Przyznam, że czek na grant, który w tamtym roku przyznało nam radio, leży do tej pory w kopercie. Został niewykorzystany. A teraz? Może wygrana przyda się, jeśli będziemy startowali za rok? Owszem, to męczące, ale skoro wygraliśmy w tym roku, to może trzeba pojechać i znowu coś pokazać?
Eleni Kryńska, fot EK - Pływadło San Eskobar na siemiatyckim zalewie, w niedzielę 12 sierpnia.

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze