Kamionka przy swoim ujściu do Buga jest coraz bardziej groźna. Z kilkumetrowej rzeczki miejscami porobiły się 60-metrowe rozlewiska. Mimo powolnych roztopów woda podeszła pod dom państwa Biszów w Turnie Małej, zalewając część gospodarstwa. Jeśli przybierze kilkadziesiąt centymetrów, sytuacja domowników stanie się dramatyczna.
Przed tygodniem opisywaliśmy sytuację na Pełchówce i w gminie Drohiczyn. Nie lepiej jest przy ujściu Kamionki w obu Turnach. Jeśli rzeka wyleje bardziej, pierwsze w kolejności zalane będzie gospodarstwo państwa Biszów w Turnie Małej. Pani Walentyna Bisz, sołtys tej wsi, mówi, że w ubiegłych latach nie było tak źle, żeby pod własny dom nie dało się wjechać. - Zaczęło się nocą z 6 na 7 stycznia. W jedną noc woda przybrała ze 30 cm. Mąż rano wybrał się po łódkę na staw, ale zanim doszedł, to cały się zamoczył. Od tamtej pory woda i lód utrzymują się na dosyć wysokim poziomie, na szczęście nie takim, jak na początku stycznia. Cały czas zalana jest spora część naszego gospodarstwa. Ostatnio niestety znowu woda zaczęła przybierać. Całe szczęście, nie tak gwałtownie, jak w styczniu. Na razie do obory nie ma wjazdu i na posesję nie wjedziemy bramą. Musieliśmy ogrodzenie w innym miejscu rozebrać, żeby wjazd był - opowiada pani Bisz. W styczniu, kiedy woda nieco opadła, gospodarze wywieźli krowy z zalanego podwórka. Nie wszystkie, bo część była przymarznięta. Co dalej? - Najbardziej to zatorów lodowych na Bugu się boimy. Jak one się potworzą, to może być katastrofa. Woda z rzeki nie będzie miała gdzie spływać i nas pierwszych zaleje, potem sąsiada. On na co dzień jest w Gliwicach. Mam do niego telefon i na bieżąco go informuję o sytuacji - mówi Walentyna Bisz. Jeśli wody będzie więcej, to mimo wszystko domownicy nie opuszczą swego miejsca. - Zostawić dobytek na pastwę losu? Jeśli zaleje dół domu, to góra będzie nadawała się do mieszkania i jakoś przetrwamy. Jakby centralne zalało, to na górze jest kominek, więc będzie można się ogrzać. Na pewno teściową byśmy tylko do Siemiatycz zawieźli. Ziemniaki mamy w workach przyszykowane, większość zboża sprzedaliśmy, reszta znajduje się wysoko, a woda po jakimś czasie opadnie - mówi pani sołtys. Państwo Biszowie nie są pozostawieni sami sobie. - Na brak chęci pomocy, nie możemy narzekać. Interesują się nami cały czas – wójt, starosta, policja. Jesteśmy w stałym kontakcie z gminą. Wójt często do nas przyjeżdża, by osobiście zobaczyć, jaka jest sytuacja. Mamy jednak nadzieję, że na przyjazdach się skończy i nie trzeba będzie podejmować żadnych działań – dodaje pani Bisz.
Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze