Rodzina Sikorskich będzie mogła bez przeszkód przyjechać do Polski. Już w przyszłym roku powinna zamieszkać w Tokarach w gm. Mielnik.
Uchwała rady Na ostatniej sesji rady gminy Mielnik radni przegłosowali uchwałę o zapewnieniu warunków do osiedlenia się polskiej rodziny z Kazachstanu. Oznacza to, że trzy osoby, mieszkające do tej pory w miejscowości Krasnopolsk w Kazachstanie, będą mogły otrzymać wizy wjazdowe i zamieszkać w Polsce. Gmina Mielnik przeznaczy na ten cel budynek po byłej izbie porodowej w Tokarach. Zapewnienie warunków do osiedlenia się wiąże się m.in. z tym, że jedną osobę ma zatrudnić Zakład Gospodarki Komunalnej w Mielniku. Budynek zaś trzeba będzie wyremontować, co pochłonie ok. 172.000 zł. Kwota ta zostanie wprowadzona do przyszłorocznego budżetu. Obecnie w tym budynku mieści się sklep. Prawdopodobnie powstanie w nim, jeszcze drugie mieszkanie, dla innej rodziny. Starania o przyjazd Wniosek o zapewnienie warunków oraz sprowadzenie do Polski swojej rodziny złożyła Swietłana Klimaszewska, z domu Sikorska. Od kilku lat pani Swietłana mieszka w Czartajewie. Urodziła się w Kazachstanie i wyjechała z tego kraju w roku 1997. Los rzucił ją na nasze tereny. Jej rodzina znalazła się w Kazachstanie w wyniku przymusowych przesiedleń.
Z panią Swietłaną rozmawiamy o jej staraniach w ściągnięciu do Polski rodziców. - Kiedy i skąd została przesiedlona pani rodzina? - Dziadek, wraz z rodziną, został przesiedlony 12 czerwca 1936 r. Pamiętam dobrze tę datę, bo wiele razy przypominali mi o niej rodzice. Dziadek i babcia mieszkali wtedy we Lwowie i Kamieńcu. Niestety, byli zmuszeni opuścić tamte strony. - Gdzie ich przesiedlono? - Zamieszkali w miejscowości Krasnodolsk na północy Kazachstanu. Miasto wojewódzkie - Kołczestaw. Rodzice wraz z moim bratem mieszkają tam do dziś. - Czy warunki życia w Kazachstanie bardzo odbiegają od polskich? - Bardzo. Tam, jeżeli nie da się łapówki, to nic się nie załatwi. Najbliższy szpital rodzice mają oddalony o 120 kilometrów. Bardzo różni się klimat - latem występują tam ponad 40-stopniowe upały, a zimą 40-stopniowe mrozy. Ale ważne jest to, że naród kazachski jest tolerancyjny i dobry. - Jak pani trafiła do Polski? - Mogłam tutaj przyjechać jako stypendystka polonijna. Było to w 1997 roku. Wcześniej, będąc w Kazachstanie, uczyłam się języka polskiego, co było podstawą do zaliczenia matury po polsku. Po przyjeździe uczęszczałam jeszcze na kurs językowy. Jednak przyznam szczerze, że bardzo dobrze mówiłam już po polsku w Kazachstanie, co było m.in. wynikiem pracy polskich nauczycieli, moich rodziców oraz babci i dziadka. Nawet nauczyciele mówili: "dziecko, ty jedź czym prędzej do Polski, bo już niczego od nas się nie nauczysz". Egzamin z języka polskiego, jako nieliczna, zdałam za pierwszym razem. - Gdzie pani najpierw zamieszkała po przyjeździe? - Najpierw trafiłam do Łodzi. Znając już dobrze język polski, mogłam zacząć jakąś naukę. Podjęłam więc dwuletnią naukę w studium pielęgniarstwa w Poznaniu. - A jak pani znalazła się w naszych stronach? - Moja sytuacja zmieniła się, gdy wyszłam za mąż za Polaka i zamieszkałam w Czartajewie. Było to w roku 2000. Mogłam więc już starać się o przyznanie mi polskiego obywatelstwa. Była to długa procedura, ale udało się. Dostałam polskie obywatelstwo 16 października ubiegłego roku. - Rodzice też będą starać się o polskie obywatelstwo? - Tak. Będzie to krótsza procedura, niż w moim przypadku. Potrzebny będzie tylko komplet dokumentów, w tym najważniejsze dotyczące polskiego pochodzenia. W tych sprawach pomagają stowarzyszenia polonijne. - Polskie korzenie zachowała pani dzięki rodzicom. - Rodzice urodzili się w Kazachstanie w latach 50-tych. Mimo to, co działo się za sprawą głównie moich dziadków, od dziecka uczeni byli polskości. W domu często więc rozmawiało się po polsku oraz mówiło się o polskiej przynależności, mimo że w szkole podstawowymi językami były rosyjski i kazachski. Jak sięgnę pamięcią, to najwięcej po polsku rozmawiali w domu dziadek i babcia. - Czy były problemy z uzyskaniem polskiej wizy? - Nie udało mi się dostać wizy na pobyt stały. Przebywałam dzięki wizie czasowej, była wydawana na okres od trzech do sześciu miesięcy. W ogóle z przyjazdem było bardzo trudno. Przede wszystkim chodziło o koszty. Żebym mogła tutaj przyjechać, rodzice podporządkowali wszystko. Koszty okazały się tek duże, że musieli sprzedać gospodarstwo i jeszcze zapożyczyć się. Żegnałam ich ze łzami w oczach. Myślałam, że nigdy nie będę potrafiła odwdzięczyć im się za to, bo poświęcili się dla mnie najbardziej, jak mogli. Okazało się jednak, że będę mogła im się odwdzięczyć. - Stąd pomysł i próba ściągnięcia ich tutaj? - Tak. Wiedziałam, że takie osoby i rodziny mogą przyjeżdżać do Polski w ramach repatriacji. - Kiedy ostatnio pani widziała się z nimi? - Siedem lat temu - w chwili wyjazdu z Kazachstanu. Nie byli na moim ślubie, nie widzieli swojej wnuczki. Widzieli tylko zdjęcia. - Szansa zobaczenia się pojawi się już w przyszłym roku. - Mam nadzieję, że ten czas szybko zleci. - Czy utrzymuje Pani częsty kontakt z rodzicami? - Dosyć częsty. Po jakimś czasie pobytu w Polsce kupiłam telefon komórkowy, oczywiście dzięki rodzicom. Sprzedali byka, by mi go kupić. - Czy rodzice wiedzą już o tym, że mogą przyjeżdżać do Polski? - Tak. Od razu, jak dowiedziałam się o tym, zadzwoniłam do nich. Tata aż się popłakał, gdy to usłyszał. - A skąd pani dowiedziała się o decyzji radnych gminy Mielnik? - Z "Głosu Siemiatycz". Najpierw znajoma powiedziała mi, że w "Głosie" coś piszą o tej sprawie. Kupiłam więc gazetę i przeczytałam. Zaraz też zadzwoniłam do rodziców. - Czy widziała pani budynek przeznaczony dla rodziców? - Tak. Z pewnością im to wystarczy. Będą mieli dobre warunki i będą z nich zadowoleni. - Kiedy rodzice podjęli decyzję o tym, że chcą zamieszkać w Polsce? - W zasadzie zawsze mieli w świadomości to, że są Polakami. Pierwszych ich celem był mój wyjazd i mojego brata. Po jakimś czasie, kiedy nam się powiodło, bo brat mieszka w Wałbrzychu, postanowili też spróbować. Bardziej na ten wyjazd do Polski nastawiony był tata. - Przejdźmy do procedury ubiegania się o ściągnięcie rodziców. Czy składała pani wnioski do innych gmin naszego powiatu? - Wiedziałam, że już dwie rodziny, które przyjechały ze wschodu, mieszkają w gminie Siemiatycze. Pomyślałam więc, że małe szanse są na to, żeby rodzice też zamieszkali w tej gminie. Poradzono mi także, że nie uda się to w mieście Siemiatycze, a podobno w innych gminach brakowałoby na taki cel lokalu. Postanowiłam więc spróbować w Mielniku. - Udało się za drugim podejściem. - Tak. Pierwszy mój wniosek do gminy Mielnik z prośbą o pomoc w zapewnieniu warunków bytowych dla rodziców napisałam we wrześniu 2005 roku. Wtedy nie udało się. Ponowiłam więc moją prośbę w marcu tego roku. Efekt tej drugiej prośby znamy. - Jak pani zareagowała na decyzję mielnickiej rady? - W marcu, kiedy składałam wniosek po raz drugi, rozmawiałam z wójtem tej gminy. Opowiedziałam mu o swoim problemie. Obiecał zająć się sprawą i pomóc. Nie wiem, jaka w tym była jego zasługa, ale słowa dotrzymał. Dlatego z całego serca dziękuję radnym gminy Mielnik oraz wójtowi. Cieszę się z tego, że rodzice będą blisko mnie. Będziemy się często widywać, będą mogli liczyć na moją pomoc, a nie ulega wątpliwości, że głównie na początku dużo tej pomocy będą potrzebować. Przecież młodszemu człowiekowi łatwej przystosować się do nowych warunków. Mama ma 47 lat, tata 50, a brat 25. Nie mogę się już ich doczekać. Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze