Kuriozalna sprawa sądowa, o której napisał ostatnio „Głos Siemiatycz”, w której siemiatycki radny miejski Eugeniusz Mudel został pozwany przez spółkę miejską (Przedsiębiorstwo Komunalne w Siemiatyczach) za naruszenie dóbr osobistych, warta jest krótkiego choćby komentarza o charakterze bardziej ogólnym dotyczącego granic korzystania z wolności słowa przez radnych i innych członków podobnych ciał wybieralnych.
Dotykamy tu problemu bardzo delikatnego, a równocześnie o niezwykle dużym znaczeniu dla demokracji, zwłaszcza na szczeblu samorządu lokalnego. Gwarancje wolności słowa radnych, podobnie jak posłów i innych osób demokratycznie wybranych do reprezentowania określonej społeczności daje konstytucja oraz Europejska Konwencja Praw Człowieka. Trybunał w Strasburgu, będący tu autorytetem, wielokrotnie wskazywał na kluczowe znaczenie gwarancji swobody krytyki, z której tacy przedstawiciele muszą korzystać, bo oni właśnie „reprezentują swoich wyborców, zwracają uwagę na ich troski i bronią ich interesów”. Z tego wynika, że jakiekolwiek działania ograniczające swobodę wypowiedzi radnego mogą być podjęte tylko zupełnie wyjątkowo. Rada powinna być ważnym miejscem debaty publicznej o wszystkich, często trudnych i niechętnie wyciąganych na światło dzienne problemach. W trosce o demokrację i wspólny interes chodzi o to, aby mogła toczyć się bez obawy procesów sądowych lub innych szykan. Każdy radny musi mieć poczucie, że ma swobodę wypowiadania się i odpowiednie gwarancje. Bez tego rada – podobnie jak i parlament - staje się ciałem jałowym i martwym. Dlatego właśnie radnemu musi być wolno bezkarnie mówić więcej niż innym.
Komentarze