Reklama

W siodle i z szablą u boku

12/01/2007 09:42
Mieszkający w Siemiatyczach pan Jerzy Szawkało, z zawodu leśnik, ma dość niezwykłe hobby – konie i ściśle z nimi związaną tradycję ułańską.


          Swoje zamiłowanie do tej formacji wojskowej czynnie kultywuje już od wielu lat, można by rzec „w siodle i z szablą u boku”.
          - Czy zamiłowanie do koni przejął pan po kimś z rodziny?
          - I tak, i nie, bo choć moja rodzina kiedyś posiadała konie, to były to tak zwane konie zimnokrwiste, czyli konie do ciągnięcia wozu lub do prac gospodarskich, a nie konie wierzchowe, pod siodło. Ja zawsze lubiłem te zwierzęta i w pewnym momencie swego życia, już po ustabilizowaniu się mojej sytuacji rodzinnej, zapragnąłem mieć konia wyłącznie dla siebie. Prawdę mówiąc, najpierw kupiłem sobie siodło, a właściwie oryginalną, przedwojenną ułańską kulbakę, a ze dwa lata później dorobiłem się do niej rumaka. Rumaka, bo moim pierwszym koniem był piękny ogier pełnej krwi, z którego byłem niezmiernie dumny i z którym przeżyłem piękne przygody.
          - I wtedy pojawiły się ciągoty w kierunku ułaństwa?
          - W zasadzie już wcześniej interesowałem się historią i tradycjami ułańskimi, ale dopiero posiadanie konia i pięknej kulbaki spowodowało, że zapragnąłem poczuć na własnej skórze, jak to jest być w siodle w pełnym umundurowaniu i przy broni. Sprawiłem sobie kompletny mundur, furażerkę i rogatywkę, obstalowałem stosowne obuwie, pas i inne elementy umundurowania, oczywiście wszystko regulaminowe i zgodne z przedwojennymi normami wojskowymi. A kiedy dostałem w prezencie oryginalne ułańskie ostrogi i przypiąłem je do butów, to wreszcie zacząłem wyglądać jak prawdziwy ułan.
          - Broń też pan sobie wtedy sprawił?
          - Niestety, nie od razu, bo to nie taka prosta sprawa. Jako pierwszy element uzbrojenia wykonałem wierną replikę przedwojennej ułańskiej lancy, z którą brałem udział w swoich pierwszych, poważnych doświadczeniach jako ułan. Używałem jej do czasu, aż zdobyłem szablę. Teraz dobrze wiem, że to niełatwa sprawa operować długą lancą przy jeździe w szyku tak, aby nie zrobić krzywdy koledze lub koniowi, a podczas przepraw przez krzewy i zarośla - aby się w nich nie zaplątać. W mundurze, z lancą i na swoim ogierze wziąłem też udział w kawaleryjskiej pielgrzymce na Jasną Górę w 2000 roku. Uczestniczył w niej też drugi zapaleniec z Siemiatycz, Arkadiusz Brancewicz.
          - Przez wiele lat takie pielgrzymki się w ogóle nie odbywały.
          - Przez 62 lata. Od 1938 roku nie odbyła się ani jedna, więc teraz miłośnicy tradycji ułańskiej mieli wielką satysfakcję, mogąc w niej uczestniczyć pod hasłem: „Stajemy jak ojce” Zebrało się nas tylu, że sformowaliśmy pełen szwadron (około 60 koni) w kompletnym umundurowaniu, ze stosownym uzbrojeniem i przez prawie dwa tygodnie pokonaliśmy ponad 500 kilometrów w kulbakach. Jeszcze przed wyruszeniem każdy uczestnik wyraził pisemną zgodę na przestrzeganie dyscypliny wojskowej i regulaminu kawalerii, więc bez względu na pogodę i na to, czy komuś się to podobało, czy nie, codziennie o 4 rano była pobudka, zaprawa poranna, oporządzanie koni, spartańskie śniadanie i o 6 rano komenda, by wsiadać na konie, a po niej wymarsz w dalszą trasę. A że były to wojskowe warunki i nawet podczas straszliwej ulewy, jaką zgotowały nam niebiosa na przedostatnim etapie pielgrzymki, bez komendy nie wolno było zsiąść z koni, więc ten istny potop pod samą Częstochową będę długo pamiętał. Ale pielgrzymka się udała i wszystkie punkty programu zostały zrealizowane.
          - Czy brał pan udział w innych imprezach kawaleryjskich?
          - Oczywiście, i to nieraz. Już w kolejnych latach byłem uczestnikiem rajdów po trasie konnego szlaku turystycznego Puszczy Augustowskiej, liczącego – bagatela – prawie 250 km, a w 2005 roku przedłużonego o kolejne 90 km. Na szlaku Puszczy Augustowskiej zdobyłem swoją pierwszą złotą odznakę jeździecką „Kamień Milowy Puszczy Augustowskiej”, posiadającą wybity numer „1”, co stanowi szczególny powód do dumy. Oprócz tego razem z synami i kolegami z 10 Pułku Ułanów Litewskich w Białymstoku, brałem udział w kawaleryjskich spotkaniach w Suwałkach, w Osowcu, w rekonstrukcjach bitew pod Kockiem oraz w innych zjazdach i spotkaniach, na ile, oczywiście, pozwalał mi czas i cierpliwa rodzina.
          - A jakie ma pan plany na przyszłość?
          - Chciałbym wziąć udział w niejednej imprezie, mam sporo zaproszeń na różne spotkania i rajdy, ale nie wiem, czy mi na wszystkie wystarczy czasu. Dbam o swoje konie, bo u ułana na pierwszym miejscu jest koń, a potem on sam. Dokonuję okresowego przeglądu broni, czyli lancy i szabli, której się w końcu doczekałem. Na pewno też pozostanę wierny tradycji ułaństwa. Takich jak ja jest na szczęście wielu, więc wierzę, że jeszcze nieraz wdzieję mundur, okulbaczę konia i ruszę kolejnym szlakiem tej romantycznej formacji wojskowej, która powoli odchodzi w zapomnienie.
          - Dziękuję panu za rozmowę i życzę wielu wrażeń i przygód.

          Tadeusz Sikorski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. TS
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama