Reklama

W powietrzu bezpieczniej niż na drodze

17/10/2009 00:38
We wtorek spotkaliśmy się w Mielniku z panami Zbigniewem Kędziora - instruktorem motolotniarskim I klasy, pionierem tej dziedziny sportu lotniczego w Polsce północno - wschodniej, skoczkiem spadochronowym, szybownikiem, lotniarzem z Białegostoku i Mirosławem Borowskim - motolotniarzem z Bielska Podlaskiego. Obaj należą do Towarzystwa Lotniczego Białystok. Przylecieli w nasze okolice na motolotni. Rozmawiamy z Mirosławem Borowskim, właścicielem motolotni.

          - Czym jest motolotnia? Czym się różni od paralotni?
          - To taki skuter albo quad powietrzny. Motolotnia jest dwuosobowa, ma udźwig 400 kg. Można nią prawie wszędzie wylądować, jest bardzo łatwa w pilotażu. Lata z prędkością ok. 80-130 km na godzinę. W odróżnieniu od paralotni ma sztywne skrzydło. Skrzydło paralotni przypomina spadochron.
          - Motolotniarstwo to drogi sport?
          - Dla mnie to pasja. Jeszcze w dzieciństwie robiłem modele samolotów. Zrobiłem chyba z 300. Potem wymyśliłem, że fajnie byłoby samemu polatać. Chciałem startować do szkoły w Dęblinie, a że szkołę tę rozpoczynało się zaraz po podstawówce, to rodzice zdecydowali inaczej. Więc wymyśliłem motolotnię i zapisałem sie do klubu. Czy to drogi sport? Moja motolotnia kosztowała kilkanaście tysięcy złotych. Sporo pali paliwa, 10-12 litrów na godzinę lotu. Ma za to bardzo lekki i mocny silnik. Ale coś za coś. Wchodzą również i inne koszty, jak ubezpieczenie, przeglądy, hangarowanie i koszty eksploatacyjne. Przecież od czasu do czasu trzeba jakąś część zużytą wymienić, bo motolotnia musi być na 100% sprawna. Są to jakieś pieniądze, ale w lotnictwie rekreacyjnym chyba jedne z mniejszych.
          - Jak zaczął pan latać?
          - Trafiłem do klubu lotniczego w Turośni Kościelnej. Tam swoje lotnisko ma Towarzystwo Lotnicze Białystok i tam też, pod okiem instruktora nauczyłem się latać i latam do tej pory. Zainteresowani mogą wejść na stronę towarzystwa www.towarzystwolotnicze.com i przeczytać wszystko, co trzeba wiedzieć o lataniu.
          - Można samemu złożyć motolotnię?
          - Można, ale wtedy ciężko przebrnąć przez procedury rejestracyjne w Urzędzie Lotnictwa Cywilnego. Lepiej nabyć sprzęt gotowy lub na wtórnym rynku kupić używany. Motolotnie w Polsce produkuje firma Kompol, znana jest też słoweńska firma Pipstrel oraz francuska Air Creation i wiele innych. Osobiście myślę, że jest to już jednak sport wymierający w naszym kraju.
          - Dlaczego wymierający?
          - Porównując do podobnych dyscyplin sportu, jak np. żeglarstwo, narciarstwo, a nawet sporty samochodowe, to dość wymagające są procedury użytkowania takiej motolotni. Jest mała, ale lotnictwo reżimy techniczne ma bardzo wysokie. Ostatnio te wymagania wzrosły. Poza tym latanie motolotnią to tak, jak jazda na motorze albo kabrioletem. Trochę wieje i jest czasem zimno, o deszczu nie wspomnę. To jest świetny sprzęt w krajach cieplejszych, jak Włochy, Hiszpania, południe Francji. Polacy wolą dach nad głową i zamkniętą kabinę. Taki komfort dają samoloty ultralekkie. Ludzie, których stać na motolotnię dokładają kilka złotych i mają taki samolot. Już całkiem dobry można kupić za 60-90 tysięcy. Inni zaś przesiadają się z motolotni na samoloty czy wiatrakowce.
          - Inne uprawnienia trzeba mieć, by móc latać samolotem, a inne by motolotnią?
          - Tak, na samolot ultralekki trzeba mieć świadectwo kwalifikacji pilota samolotu ultralekkiego (UAP), na motolotnię świadectwo kwalifikacji pilota motolotniowego (PHGP). Koszty zdobycia takiego uprawnienia są stosunkowo niewielkie, bo tylko kilka tysięcy złotych. Uzyskanie licencji samolotu większego, powyżej tych 450 kilogramów, to są koszty już w dziesiątkach tysięcy. Ale ja osobiście wolę motolotnię. Całkiem inaczej leci się motolotnią, można chociażby wychylić się, zrobić zdjęcie. Czuć powietrze, przestrzeń. Lądować tak, jak tu w Mielniku - na przypadkowej i niewielkiej łące.
          - Motolotnia jest bezpieczna?
          - Bardzo bezpieczna. W polskim lotnictwie sportowym i rekreacyjnym najmniej wypadków jest z użyciem motolotni. Kiedy lądujemy, trzymają nas skrzydła. Podobnie jak w szybowcu, na wysokości po prostu szybujemy. Gdy zdarzy się jakieś przykre zdarzenie, np. po złym lądowaniu motolotnia przekoziołkuje na ziemi, pilot przeważnie wychodzi z tego cało, lub najwyżej lekko poturbowany. W samolocie, z uwagi na większe prędkości i masę - różnie bywa. Chcę tu stanowczo podkreślić, że jeśli lata się na motolotni z rozsądkiem, bez wygłupów, bez niepotrzebnej brawury, to jest to sport bardzo bezpieczny. Ja czuję się bardziej bezpieczny w powietrzu, niż na drodze w samochodzie. Ważna jest też pogoda, w jakiej się lata. Najlepsza porą jest wczesny ranek lub wczesny wieczór, np. już tak po godz. 17-18. Wiąże się to z termiką. Pytają nas czasem ludzie o lęk wysokości. Każdy zdrowy człowiek ma lęk wysokości. My też. Kto nie odczuwa lęku, powinien się leczyć. Jak się lata wiele godzin, to ten lęk można opanować i przyzwyczaić organizm do wysokości. Potem to tak, jak wsiąść do tramwaju.
          - Organizujecie pokazy, zloty?
          - Były kiedyś rajdy dokoła Polski zwane „rajdami Kosiora”. Zbierało się kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt motolotni i tak leciały przez Polskę, również za granicę. Kilka lat temu taka grupa, powracająca z Węgier, lądowała tu w Mielniku, na tym polu. W Mielniku mieszka jeden z pierwszych motolotniarzy Polskich, Jerzy Zieliński. Na wschodzie Polski był pierwszym konstruktorem takiej motolotni. Oczywiście wiele różniła się od dzisiejszych fabrycznych maszyn. Potem dołączył do niego, również mieszkaniec Mielnika, Roman Charko. To było 20 lat temu. Teraz ponownie motolotniarze się skrzykują i organizują rajdy. Niedawno odbył się dookoła Kaszub. Co roku spotykamy się też w Łomży na zawodach, które odbywają się zwykle 18-20 września. W tym roku przyleciało 26 pilotów z Polski. W Łomży jest taka bardzo widowiskowa konkurencja, polegająca na tym kto przeleci przez najmniejsze okno bramki. Jest to okno z taśm czerwonobiałych na wysokości 4 metrów. Szerokość jest zmniejszana po każdej kolejce przelotu. Wygrywa ten pilot, który prześlizgnie się przez najmniejsze okno. Bywa tak, że mistrzowie pilotażu przelatują motolotniami okno o szerokości mniejszej jak rozpiętość skrzydła.
          - Jak na motolotnie reagują zwierzęta? Wkraczacie w świat zarezerwowany ptakom.
          - Pamiętam jak kiedyś, gdy latałem nad naszym lotniskiem w Turośni Kościelnej, zaatakowały mnie dwa jastrzębie. Przegoniły innego jastrzębia, intruza, który wtargnął na ich terytorium, a potem zabrały się za mnie. No cóż, byłem większy. Odpuściły trzy metry przed motolotnią. Inna historia jest z ptakami, że tak powiem, naziemnymi. Gęsi panicznie boją się wszelkich skrzydeł na niebie. Kojarzą to z drapieżnikiem. Potrafią zadeptać się nawzajem w panicznej ucieczce. Dlatego staramy się omijać fermy z gęsiami, bo straty mogą być znaczne.

          Na zdjęci: na motolotni Zbigniew Kędziora i nasz kolega Jacek Wasilewski (z tyłu), po prawej Mirosław Borowski.

          Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. AK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama