Osobą, która znajdowała się prawdopodobnie najbliżej miejsca katastrofy śmigłowca Straży Granicznej, w sobotę 31 października, był Mirosław Remiszewski z Wyczółek. W momencie, kiedy maszyna spadła na ziemię, pan Mirosław był ok. 400 - 500 metrów od tego miejsca. Oto jak dziś wspomina tamte chwile. Nagle cisza i... huk - Było gdzieś tak po piątej godzinie, po południu – mówi. - Wracałem od kolegi. Wcześniej woziliśmy słomę. Nie poszedłem do domu, tylko na łąkę, za stodoły (po południowej stronie Wyczółek - przyp. red.), by przeczepić konie. Przeczepiłem je i wracałem do wsi. I wtedy usłyszałem w oddali warkot helikoptera. Dla nas to normalka, że tutaj latają. Są ze dwa razy w tygodniu, czasami częściej. Od razu wiedziałem, że to śmigłowiec Straży Granicznej. Znajdował się na północny zachód ode mnie, tuż nad granicą. Ale jego warkot wydał mi się jakiś dziwny - nie taki, jak zawsze. Pewnie nisko leci - pomyślałem. No i był bez świateł. Nic wtedy na niebie nie było widać, a często w nocy latają z włączonymi pulsującymi światełkami. To też mnie zastanowiło. I jeszcze jedno - zazwyczaj latają dosyć szybko, ten leciał dużo wolniej, bo dźwięk przesuwał się powoli. Pomyślałem jeszcze o tym warkocie, bo był bardzo – nazwijmy to - ociężały. Jakby coś ciężkiego za sobą ciągnął. No to ja, idąc od tych koni, podejdę parę kroków, stanę i dalej słucham. A ten warkot powoli przesuwał się na południe. Podejdę i dalej nasłuchuję. I nagle cisza - nie ma warkotu, po czym usłyszałem spore huknięcie. Nie wiedziałem co robić Pan Mirosław mówi, że aż złapał się za głowę, jak usłyszał huk. - Od razu przez myśl mi przeszło, że to ten śmigłowiec spadł. Nasłuchiwałem jeszcze przez chwilę, czy nie słychać warkotu - czy nie poleciał dalej. Niestety. To potwierdziło moje przypuszczenia - mówi. Mirosław Remiszewski pobiegł do domu. - Mówię do żony, że helikopter się rozbił na polu, za naszą łąką. Pytam, czy coś słyszała? Ona, że nic i że coś mi się przywidziało. Mówię, że na pewno nie. Byłem przecież bardzo roztrzęsiony. Usiadłem na łóżku. Żona do mnie - "wypij kielicha i idź spać, przywidziało ci się". I tak siedziałem roztrzęsiony w domu i nie wiedziałem co robić. Za jakiś czas było już słychać sygnały straży i policji.
Miałem rację Ratownicy dopiero jakiś czas potem trafili do pana Remiszewskiego. - Syn był akurat w Bobrówce koło Zubacz. Myślał, że to jakiś wypadek, kiedy zobaczył światła wozów strażackich. Wyszedł na ulicę i jak się dowiedział o co chodzi, to od razu do mnie zadzwonił. A ja mu wtedy mówię: "wiem, gdzie upadł, słyszałem, jak spadł". No to syn mówi tym, co szukają, że właśnie rozmawia ze mną przez telefon, a ja mówię, że wiem, gdzie to jest. Za jakiś czas strażacy i pogranicznicy trafili do świadka. - Nie pojadę, bo się boję. Tak początkowo mówiłem do nich, jak prosili, żebym wskazał to miejsce. Pojechałem. Pokazałem, gdzie wtedy byłem, kiedy słyszałem huk i z której strony on dobiegł. Jak się potem okazało, pomyliłem się góra o sto metrów. Następnie pojechaliśmy w stronę granicy. Droga już się skończyła, więc szliśmy dalej pieszo. Pokazywałem to miejsce. Niestety nikt, albo niewielu wierzyło w to, że mógł on spaść po białoruskiej stronie. Zaraz też pojawiła się informacja, że ludzie z Tokar widzieli i słyszeli śmigłowiec i że raczej gdzieś tam spadł. Tam było niby więcej świadków. Ratownicy zawrócili więc i pojechali do Tokar - wspomina Mirosław Remiszewski. Chodzili też po lasach i polach koło Tokar i Klukowicz. - Ale cały czas powtarzałem im, że to nie w tym rejonie, że trzeba szukać koło Wyczółek. Jak się potem dowiedziałem - tam też szukali, ale nic nie znaleźli i dopiero po jakimś czasie wyczuli paliwo - opowiada. Oprócz paliwa również sygnał z uszkodzonej radiostacji. - Wróciłem do domu po drugiej w nocy. Za jakiś czas słyszę w telewizji, że znaleźli i leży po białoruskiej stronie. Miałem rację - mówi. Pan Mirosław, kiedy rozmawiamy z nim 3 dni po tej tragedii, nadal jest roztrzęsiony. - Od czterech dni prawie nie spałem. Nadal mam przed oczami tę ciemność i ten huk - mówi. Komisja przez zieloną granicę Przyczyny wypadku nie są na razie znane. Do ich zbadania powołane zostały dwie komisje - badania wypadków lotniczych z Polski oraz grupa dochodzeniowo - śledcza z Białorusi. Obie komisje pracują od niedzieli, 1 listopada. Polska komisja przechodzi na wschodnią stronę przez zieloną granicę, bo - i chyba tu jest wreszcie prawdziwa współpraca - Białorusini bez przeszkód pozwolili komisji przechodzić na ich stronę. Podczas prac komisji, za pasem granicznym i linią drzew, dostrzec można postawione namioty i auta białoruskich pograniczników. Teren katastrofy zaś został ogrodzony taśmą na przestrzeni ok. pół hektara. Wcześniej białoruscy pogranicznicy przeczesali go, szukając elementów z rozbitego śmigłowca.
Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK i JSW
Komentarze