Reklama

Strzały w Moszczonie

10/02/2003 15:39
Dziwne, niecodzienne i przerażające - tak można skomentować zdarzenie, które miało miejsce w nocy z 1 na 2 lutego w Moszczonie Pańskiej. Wiesław Panieński - jeden z mieszkańców kolonii tej miejscowości zerwał się z łóżka w nocy obudzony wystrzałami z broni palnej. Strzały padły tuż obok jego gospodarstwa, w stronę zabudowań. Oto jego relacja:
          - To było jakieś z pół godziny po północy. Usłyszałem dwa głośne wystrzały tuż obok zabudowań. Aż dzieci się pobudziły z płaczem i później spać nie mogły. Od razu nie wychodziłem z domu. A wiadomo, co by było? Dopiero po pewnym czasie wyszedłem. Usłyszałem wycie psa i przez głowę mi przemknęło, że ktoś do niego strzelał i trafił go. Pobiegłem w tamtą stronę. Moje przypuszczenia sprawdziły się. Biedak czołgał się w stronę domu. Wziąłem go na ręce i zaniosłem na podwórko. Pod światłem zauważyłem, że pies ma przestrzelone obie tylne łapy. Obie nogi zwierzęcia praktycznie bezwiednie wisiały. Rano, jak było już widno, na drodze zauważyłem duże plamy świeżej krwi.

          - Kto mógł strzelać? Skąd i dlaczego?
          - Policzyłem krokami odległość od miejsca, w którym leżał pies do mego domu - ok. 40 m. Następnie do pobliskiej krzyżówki, bo tam zauważyłem ślady samochodu. Wyraźnie widać było, że na skrzyżowaniu samochód się zatrzymał. Od tej krzyżówki do miejsca postrzału psa było ok. 125 m.
          - Strzelano z tego skrzyżowania - pan Panieński pokazuje ślady kół. - Ze sztucera ze specjalnym celownikiem. Ponadto   kilkadziesiąt metrów dalej stał drugi samochód, prawdopodobnie oświetlający drogę, na której znajdował się pies. Były to samochody terenowe.
          - Może pies stanowił zagrożenie dla okolicznych mieszkańców albo atakował zwierzynę?
          - Ależ skąd! Przecież ten pies jest ślepy! Przybłąkał się do mnie przed zimą. Nie miałem sumienia go wywieźć czy wygonić. Nie stanowił dla nikogo żadnego zagrożenia. Nie wiem, dlaczego do niego strzelano. Teraz bardzo cierpi. Niestety, raczej nie wyliże się z tego.
          - Czy zawiadomił pan policję?
          - Oczywiście. Przecież strzelano do psa na moim podwórku! Opowiedziałem o całym zdarzeniu. Wskazałem odciśnięte ślady samochodów na polnej drodze. Dodałem też, że w okolicy mieszka osoba, która posiada myśliwską broń i może mieć z tym coś wspólnego.

          Z relacji siemiatyckiej policji wynika, że w niedzielę 3 lutego powiadomiono o tym zdarzeniu dzielnicowego z Nurca Stacji. Dzielnicowy udał się na miejsce wskazane w zgłoszeniu. lecz nie zastał Wiesława P. - osoby, która powiadomiła policję. Mając dobre rozeznanie w okolicy i wśród mieszkańców, dzielnicowy udał się do brata Wiesława P. U niego uzyskał sporo wyczerpujących informacji o zaistniałym zdarzeniu. Następnie pojechał do Tołwina, do domu domniemanego sprawcy. Nie zastał nikogo. Sprawdził też miejsce, w którym stały samochody, ponieważ prawdopodobnie stamtąd oddano strzały. Nie znalazł łusek po myśliwskiej amunicji. Ponadto proszono go o dobicie z broni półżywego psa. Policjant odmówił, gdyż zabraniają tego przepisy i radził powiadomić weterynarza.
          Jeżeli osobie, która strzelała, udowodnione zostanie to wykroczenie, poniesie ona określone konsekwencje. Artykuł 51 prawa łowieckiego m.in. mówi, że "kto strzela do zwierzyny w odległości mniejszej niż 100 m od zabudowań mieszkalnych, podlega karze grzywny."
          Jak się dowiedzieliśmy, we czwartek 7 lutego psa uśpił weterynarz. Do sprawy wrócimy.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. JSW
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama