Nie zawsze chodzi o to, żeby zrozumieć. Czasami ważniejsze jest, żeby poczuć
Stowarzyszenie Kulturalne „Pocztówka” z Policznej w gminie Kleszczele, działa od 2004 roku. „Pocztówka” znana jest z tego, że co roku, podczas wakacji, organizuje Międzynarodowy Festiwal Teatralny „Wertep”, czyli festiwal teatrów ulicznych i nie tylko. Trzon Stowarzyszenia stanowi małżeństwo Dariusz Skibiński i Agata Rychcik – Skibińska. „Pocztówka” to nie tylko „Wertep”, ale całoroczne działania edukacji artystycznej, otwierające na sztukę i na drugiego człowieka. O projektach, spektaklach, tolerancji i otwartości, rozmawiałam z Dariuszem Skibińskim – aktorem, reżyserem, pedagogiem, liderem „Pocztówki”.
Stowarzyszenie „Pocztówka” szykuje kabaret?
- Na tym terenie robimy pięć projektów edukacyjnych, kompletnie różnych rzeczy, z różnymi grupami wiekowymi. Młodzi będą robić video do tego, muzykę, a starsi przygotowują część związaną z tekstami. Działanie jest połączone, żeby młodzi ludzie byli w stanie pracować ze starszymi i zrozumieli, że sytuacja doświadczenia i przejmowania doświadczenia ma sens. Spotykamy się oddzielnie i razem.
Starsi to studenci Uniwersytetu Trzeciego Wieku w Hajnówce, a młodzi?
- Młodzież ze szkół w Hajnówce: szkoła nr 6, szkoła w Dubinach, liceum białoruskie. W Kleszczelach też jest grupa młodych i grupa pań. Niesamowite, że wszyscy chcą pracować nad poezją, uczyć się jak można to zrealizować na scenie. Młodzi grali, dorośli śpiewali i mówili te teksty, spotykali się w tych Kleszczelach.
Projekt obejmuje różne miejscowości…
- Kleszczele, Hajnówka, robimy to u siebie w Policznej, część projektu robimy też w Dubiczach Cerkiewnych, gdzie w szkole i domu kultury są zajęcia z teatru, warsztaty skierowane tylko do młodzieży.
Projekt trwa rok?
- Rok, ale już któryś rok z rzędu powtarzamy. Bo jest takie zainteresowanie, tak chętnie biorą w tym udział, sami nas obligują do powtórzeń. Dubicze nas atakują, podobnie Kleszczele, Narewka, Narew, teraz Bielsk Podlaski się odezwał. Wszyscy chcą, żebyśmy u nich realizowali działania. To nie jest abstrakcja, nie jest przez nas wymyślona rzecz, ale okazuje się, że jest taka potrzeba. Poprzez teatralne doświadczenia młodzi mówią, że jest im łatwiej, bo uczą się koncentracji, odporności, kontaktu. Dla starszych jest ważny kontakt z młodymi. Młodzi, przyglądając się tym osobom, nie traktują ich jak starych dziadów, od których niczego nowego nie można się dowiedzieć, tylko nagle słuchają.
Jeszcze jest coś ważnego - szansa wypowiedzenia się, bo przecież uczestnik warsztatów wybiera teksty. Podpieram się znanym nazwiskiem, ale to ja się wypowiadam.
- Tak. Oni dostali kupę tekstów. Zaproponowałem - zróbmy coś, co by było lżejszą formą. Zapytałem jaki przedział czasu najbardziej odpowiada, odpowiedzieli, że międzywojnie i tuż po wojnie. Dobrze, to dostarczyłem 200 tekstów, różnych. I mówię teraz wy musicie przez nie przejść i wszystkie przeczytać.
Sztaudyngera ktoś wybrał?
Tak. Gałczyński, Tuwim… Oni rzeczywiście przeczytali te wszystkie teksty, żeby wybrać coś dla siebie. Młodzi i starsi. Nie jest tak, że ten bierzesz do ręki i czytasz, bo tam jeszcze jeden jest fajny i tamten mi się podoba, nad tamtym się wahałem, a ten jest dla mnie za trudny. Więc widać, że wszystko przeczytali.
Ten rodzaj działań prowadzicie od wielu lat.
- Część edukacji robimy też z Białorusią – z Wysokim, z Brześciem. Dla nauczycieli, dla młodzieży, aktorów. Oni przyjeżdżają tu, my wyjeżdżamy tam. W ostatnim czasie edukacyjna strona jest bardzo duża. Zresztą zawsze przykładaliśmy wagę, żeby za „Wertepem” szły różne rzeczy. Dlatego piszemy różne projekty, bo one się tu po prostu sprawdzają.
Czy projekt ma szansę realizacji podczas „Wertepu”?
- Tak. Bo jak oni zrobią, to będzie pokaz, na finał projektu, na zakończenie Uniwersytetu, oni chcą to mieć, żeby zostało. Była naczelna idea, aby powstało coś, co potem można pokazać, z czym pojechać. Ważne, aby to wszystko nie było takie anonimowe, niszowe, aby było otwarte.
Jak się nazywa projekt współpracy starszych z młodymi?
- „Las kultury”, ale jest jeszcze projekt „ArtSztuka”. „Las kultury” jest skierowany na współpracę grup młodzieży i dorosłych i na realizację działań wzajemnych, aby był efekt końcowy, wspólna praca. I to się udaje, takich grup są trzy. Jedna jest w Hajnówce, jedna w Kleszczelach, jedna w Bielsku. Mamy też projekt „Czego sztuka w puszczy szuka”, w którym robimy warsztaty dla młodych ludzi bezpośrednio w szkołach. Warsztaty skierowane w stronę tego, co jest im w życiu potrzebne, czyli nauczyć się zapamiętywać, czytać ze zrozumieniem, czytać biegle, analizować teksty. To wszystko przysłuży się uczestnikom w ich codzienności. Jeszcze innym projektem jest ten, w którym pokazujemy spektakle teatralne. To się odbyło w Hajnówce, Bielsku Podlaskim, Orli i Kleszczelach. Pokazywaliśmy spektakl teatralny, po spektaklu było spotkanie z reżyserem i kimś, kto w nim występował. Potem młodzież miała warsztaty teatralne przybliżające koncepcję takiego spektaklu, a instruktorzy z naszej okolicy mieli oddzielne zajęcia, podczas których pokazywaliśmy jakimi współcześnie metodami można realizować spektakle, jak pracować z młodzieżą.
Pokazaliście „Hamleta”, „Pchłę szachrajkę”, tylko cienie i tylko światła, więc różne aspekty teatralności…
- Pokazywaliśmy jak takie koncepcje się rodzą, jak myśleli ci, którzy adoptowali tekst literacki, jak się to robi. I okazało się, że instruktorzy dzwonią i pytają kiedy będą następne. Nie spodziewali się, że to tak bardzo może się im przydać. Dlatego rozszerzyliśmy edukację nie tylko dla młodzieży, dla osób starszych, ale też dla tych, którzy czynnie pracują i uczą innych w domach kultury, w szkołach. Chodzi o to, że nie zawsze ważne, żeby zrozumieć, czasami ważniejsze żeby poczuć. Rodzaj emocjonalnej intuicji czasami bardziej się przydaje niż rozumowanie. Czasami nic więcej nie ma w takim spotkaniu niż to, że ktoś się dzieli swoją emocjonalnością, własnym sposobem myślenia o świecie.
Sztuka może być dobrym sposobem odreagowania?
- Oczywiście, że tak. W 2015 r. po raz pierwszy realizowaliśmy projekt „Tolerancja” adresowany do dzieci. Tu jest bardzo dobry teren, bo społeczności wymieszane. Są razem, a zarazem mają swoje odrębności. Najmłodszym pokazywaliśmy spektakl dotyczący aspektu tolerancji, czyli jak rzeczy obce, inne, mogą być fascynujące i ile można się od nich nauczyć. Samemu przecież też jest się obcym dla innych.
Polacy tego zazwyczaj nie rozumieją….
- Tak, dlatego się tym zajęliśmy. Dzieciaki reagują fenomenalnie. Po spektaklu same chcą coś takiego zrobić, więc jest idea, aby kontynuować działania skierowane w stronę tolerancji, akceptacji inności, poszanowania dla odrębnego myślenia i umiejętności skorzystania z obcego myślenia.
Dzieci, tak jak zwierzęta – akceptują. Co się dzieje potem, z dorosłymi?
Jest opinia społeczna i przynależność do struktur społecznych, to komplikuje życie. Ale im bardziej dzieciaki będą z tego uwolnione, tym potem trudniej będzie ich zmanipulować jako dorosłych ludzi. O wiele trudniej przekonać starsze pokolenie, które ma pewne zaszłości emocjonalne, wojny, wzajemne traktowanie się, ale młodych to już nie dotyczy. Młodzi muszą nauczyć się żyć obok siebie i nie dać się wciągać w głupoty.
Dzieci z natury są otwarte. Zadaniem dorosłych jest nie zabić tej otwartości…
- Tak. Gdy zrealizowaliśmy pierwsze dwa spektakle, ilość szkół, które chciały żeby u nich też pokazać spektakl była tak duża, że musieliśmy dołożyć poza projektem, bo takie było zapotrzebowanie. Spotykaliśmy się po dwie klasy, bo spektakl wymaga interaktywności, kontaktu.
Udało wam się zbudować wiarygodność…
- Słyszymy „jeśli wy to robicie, to my bierzemy”, a jeśli w jednej szkole się spodobało, to i kolejna chce. Stajemy się lotnym domem kultury, który jeździ po okolicy.
Ważne, że jesteście z zewnątrz. Nauczyciel jest na co dzień i podobnie jak rodzic może sobie mówić, natomiast jeśli ktoś powie z zewnątrz, to inaczej brzmi…
- Ten fakt podkreślają rodzice i nauczyciele, bo osoby z zewnątrz mają lepszy posłuch. Większy rodzaj zaufania, czyli że skoro tak, no to pewnie tak jest. Poza tym na nas dzieci pozytywniej reagują, bo to nie jest nauczyciel, który zawsze daje dobre rady, czy rodzic, który wymaga i daje rady. Niby takie same słowa, ale skoro mówi ktoś z zewnątrz, wówczas inaczej brzmią. Takie działanie jest potrzebne, bo wnosi aspekt świeżości, pomimo że tematy podobne, ale w ten sposób się ugruntowują i zyskują konsystencję ważności, nabierają nowych wartości.
Dziękuję za rozmowę.
Krystyna Kościewicz, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot KK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze