Reklama

Stopem do Meksyku, czyli sposób na długie wakacje

11/06/2015 12:46

- Byłem raczej nieśmiały, odezwanie się w obcym języku graniczyło z cudem, za dużo kasy też nie miałem, ale strasznie chciałem zwiedzać świat - mówi Tomasz Jakimiuk z Siemiatycz, który podróżuje stopem.

- Stopem, jachtostopem, a ostatnio dowiedziałem się, że jest i samolotostop. Niektórzy za 5 tysięcy jadą na dwa tygodnie do Hurghady i nie wyściubią nosa poza ośrodek. Ja za 5 tysięcy miałbym kilka miesięcy podróży. Jak skończą się pieniądze, to ci z Hurghady wrócą do domu. Ja będę grał na harmonijce albo robił duże bańki mydlane, by zarobić na kolejne dni.

Reklama

Jest absolwentem politechniki białostockiej, podwójnym magistrem:

- Skończyłem dwa fakultety - turystykę i rekreację (zarządzanie przedsiębiorstwem) oraz zarządzanie publiczne - mówi Tomasz Jakimiuk. - Lubiłem geografię i historię, ale historia mniej mnie nie pociągnęła. W trakcie studiów zrobiłem jeszcze licencjat z hotelarstwa.

- Jak zaczęła się przygoda z autostopem?

- Dawno temu byliśmy ze znajomymi nad Biebrzą. I ktoś rzucił pomysł, żeby wracać okazją. Nie wierzyłem, że się uda. Zatrzymał się tir. Trafił się tak fajny kierowca, tyle ciekawych rzeczy opowiadał o Białorusi, Ukrainie. Potem spróbowałem kolejny raz i też z fajnym kierowcą. Na facebooku jest grupa autostopowicze. Organizujemy różne imprezy, np. robiliśmy sylwester na 300 osób, koło Zakopanego. Poznałem różnych fajnych ludzi i tak mi się zapaliła lampka, że można w taki sposób zwiedzić świat. Stopem byłem zimą w Norwegii, Maroku, Włoszech, Austrii, Litwie, Niemczech, Belgii, Holandii, Danii, Anglii – właściwie w Londynie, Szkocji, Francji, Belgii, Hiszpanii. Możliwe, że o czymś zapomniałem.

Reklama

- I przyszedł czas na Meksyk...

- Nie planowałem, że dotrę aż do Meksyku. W ogóle raczej nie planuję, bo to ogranicza, a jak się plan nie udaje - frustruje. Napisałem dwie prace magisterskie, obroniłem się. I 16 grudnia pomyślałem sobie, by może spróbować jachtostopu. Sprawdziłem wiatr. Zostały jakieś dwa tygodnie, bo po nowym roku raczej nikt już nie wypływa na ocean. Myślałem, by pojechać stopem do Hiszpanii, ale w ciągu tych dwóch tygodni to trochę ryzyko, żeby się dostać, a kończył się sezon, jachty zostają w marinach - wiatry są w druga stronę, trzeba używać silnika, to większe koszty. Szukałem lotu. Miałem tysiąc złotych odłożone, namiot za 40 zł z Allegro, ale był połamany. No i nie miałem butów, miałem adidasy, ale musiałem mieć takie, by chodzić po górach. Lot znalazłem za 250 zł, potem skapnąłem się, że z Niemiec jeszcze taniej można byłoby kupić. No i zostało dwa dni do lotu.

Reklama

- Rodzina nie protestowała, że to święta?

- Trochę. Ale sobie pomyślałem, że żyję już te 24 lata, co roku są święta, takie same. Zresztą, w każdym terminie jest "coś", a to że nowy rok, a to że coś tam. Poza tym niektórzy jachtu szukają po kilka miesięcy, mogłem zaraz wrócić. Ale mam chyba szczęście. Na Giblartarze spotkałem Polaka, Mateusza. Pracował u Węgra i mieli płynąć na Karaiby. Węgier żeglował z żoną. Miał 63 lata, 40 lat żeglował. Bardzo szanował Polaków, zresztą wielokrotnie to, że jestem Polakiem ułatwiało mi życie. Zaproponował mi nocleg na jachcie, potem zaproponował mi malowanie łodzi. Pomyślałem, że i tak nie mam co robić, może uda się zabrać z nimi na Karaiby. Potężna łódź, 12 metrów. Dopiero potem, na morzu okazała się całkiem malutka… Potem pomyślałem, że nie będę "za wafla" robić i zapytałem, czy za pracę mogę z nimi popłynąć. Zgodził się, tylko musiałem mieć swoje jedzenie. Po trzech dniach miałem transport! Cały dzień robiliśmy z Mateuszem duże bańki mydlane, zarabialiśmy w ten sposób kasę na jedzenie. I potem nakupowaliśmy najtańszego. Długo później nie mogłem patrzeć na chleb tostowy i dżem.

Reklama

- A jak wspominasz podróż jachtem?

- Powiem tak - oglądałem "Piratów z Karaibów", widziałem filmy katastroficzne o sztormach. Myślałem, że jestem cwaniak. Do Gwadelupy płynęliśmy 21 dni, do Meksyku w sumie 42 dni. Wypłynęliśmy 24 grudnia. Jeszcze przed wypłynięciem pani kapitanowa zrobiła świąteczny obiad. I ten obiad to był błąd. To był mój pierwszy raz na jachcie, nie miałem pojęcia na co się porywam. Jak wypłynęliśmy na pełne morze, to po pierwszej godzinie mnie ścięło. Przez pierwsze 7 dni miałem taką chorobę morską, że tylko wegetowałem. Wyjście z kajuty przez pierwsze dwa tygodnie to jak wspinaczka na Mount Everest. Wspinam się obity, w siniakach, pomalutku, a tu łódka staje pionowo, a ja znów w kajutę. Ale za to widziałem mnóstwo delfinów! Była też wielka orka albo wieloryb, nie jestem pewien do końca. Kapitan się bał, że łódkę nam rozwali. Albo ryby latające. Siedzę sobie nocą na warcie i bum!, czymś w głowę dostaję, albo w klatkę piersiową. Strach był. A na drugi dzień patrzę, a to ryby leżą na pokładzie.

Reklama

- Na czym polegała warta?

- Wszyscy używają GPS, radarów. Nasz kapitan był oszczędny. Trzeba było nocą siedzieć i wypatrywać światełek innych statków czy łodzi. Najgorsze są statki turystyczne i tankowce, ponieważ są ogromne. Nocą siedzisz, wyglądasz tego światełka zielonego lub czerwonego, by się nie zderzyć. Raz przysnąłem, a jak się ocknąłem to na lewo, jakieś 500 metrów od nas płynął wielki cruiser. Ogromny jak blok. Był stres czy nie stukniemy.

- Przygody przygodami, ale w kółko to samo, dookoła woda, mała powierzchnia, obcokrajowcy. Jak sobie radziłeś?

Reklama

- Przez kilka dni milczeliśmy sobie tak dla treningu, ale w ogóle jacht to trening cierpliwości, osobowości, charakteru. Porozmawiałem sam ze sobą na wszelkie możliwe tematy, przemyślałem całe życie, dokładną autopsychoanalizę zrobiłem... Dobrze, że jeszcze był ten Mateusz, bo Węgrzy nie mówili po angielsku, może 40 słów znali, rozmawialiśmy słowo po angielsku, słowo po niemiecku, po włosku, na migi. Z perspektywy czasu tak sobie myślę, że to niezłe wariactwo, bo jakby była jakaś trudna sytuacja, to jak wydawać polecenia? W zagrożeniu praktycznie kapitan robił wszystko sam, pokazywał ewentualnie palcem albo wskazywał kolory lin. Ja nigdy wcześniej nie żeglowałem, nie miałem do czynienia z jachtem. Jak był pierwszy sztorm, to kurczowo trzymałem się rurek metalowych, tak mocno, że myślałem, że je pognę. Strach jak nie wiadomo co, łódka dlatego, że była mała, to przy sztormie prawie pionowo stawała. A my - zero zabezpieczeń, uderzała w nas fala, setki litrów na mnie spływały.

- Zdecydowałbyś się raz jeszcze?

Reklama

- Tak, ale chyba w innym charakterze. Jest możliwość złapania jachtostopa za pracę za pieniądze. Kolega złapał jacht, na którym pracował za 100 euro za dzień. To w sumie ciężka praca, 24 na dobę i tak raczej się nie wyśpisz, cały czas coś trzeba robić. Jakbym w ciągu rejsu zarobił te 4000 euro, to wątpię bym wrócił. To jest tak dużo pieniędzy, że można spokojnie kilka lat żyć za to. Pieniądze wydaje się tylko na jedzenie, jeśli już. Spokojnie przeżyjesz za ok. 50 peso za dzień, 3 euro na dzień. A samo żeglowanie? Dobre jest dla ludzi, którzy chcą się wyizolować, stoczyć walkę ze sobą. Ale myślę że tak, nie zniechęciłem się.

- 42 dni na jachcie, a potem? Gdzie noclegi? Jedzenie?

Reklama

- Jest coś takiego jak couchsurfing, czyli strona, za pomocą której można zorganizować sobie lub zaproponować, bezpłatny nocleg na całym świecie, poza tym miałem namiot. Nie bałem się też pytać ludzi o możliwość przenocowania. Autostopowanie ośmieliło mnie, kiedyś chyba byłem nieśmiały. Okazało się też, że potrafię mówić po angielsku, że rozumiem co się do mnie mówi i ludzie rozumieją mnie. Poza tym chyba wzbudzam zaufanie, ludzie sami podchodzili pytali, czy nie jestem głodny. Przez te 5 miesięcy nie byłem głodny, no może jak byłem w górach, ale znalazłem owoce na drzewach. Jest też coś takiego jak freeganizm. Jedzenie śmieci można powiedzieć. Ale naprawdę na targach odkłada się dobre jedzenie, sprzedawca uważa, że to już nie nadaje się do sprzedaży. Bardzo często też jak pytałem, czy mogę wziąć takie odpady sprzedawcy proponowali mi dobre, z tych do sprzedaży. Nigdy nie chorowałem, raz tylko przejadłem się bananami, chyba z 14 zjadłem na raz. Jestem fanem owoców i warzyw, a Meksykanie jedzą głównie mięso, na wybrzeżu ryby. Jest masa tortilli. Jest kilka rodzajów kukurydzy i tortilla: pomarańczowa, żółta, czerwona, nawet czarna. No i owoce. Zapach obłędny! Nawet te, które znam, tam smakują całkiem inaczej, moje kubki smakowe płakały jak wyjeżdżałem. Robiłem mleko ryżowe, garstkę ryżu zalewa się na 24 godziny, dodaje, jak ktoś lubi, troszkę cynamonu, troszkę cukru. Wszystko do blendera i wychodzi mleko. Jest bardzo dobre.

- Zawsze czułeś się bezpiecznie?

Reklama

- Jak stanąłem na lądzie w Meksyku to sobie pomyślałem "no gościu, jesteś 10 tys. km od domu, jak wrócisz?" taki lekki strach był, a że rozmowę sam ze sobą miałem opanowaną po tych 42 dniach, to zaraz też się uspokajałem, że "ocean przepłynąłeś, dasz radę". Może rzeczywiście chłopakom jest trochę łatwiej, ja jestem w stanie sam się obronić, ale naprawdę znam wiele dziewczyn, które podróżują same. Ba, poznałem starsze, 70-letnie panie z Kanady, też poznały się przez FB i też razem samotnie podróżują i odwiedzały koleżankę z portalu w Meksyku. Trzeba być tylko stanowczym, hardym. Owszem dziewczyny mówiły, że są podteksty, ale to kwestia odpowiedniej reakcji. „Nie” można powiedzieć na różne sposoby.

- No dobrze, jesteśmy w Meksyku, tam też poruszałeś się stopem?

Reklama

- Tak, powiem więcej, tam nawet na autobusie też można stopa złapać. Mówiłem kierowcy, że jadę autostopem, nie mam pieniędzy. Zgadzał się. Meksykanie są kochani. Bardzo często zabierali mnie na rodzinne imprezy. Są bardzo rodzinni, bardzo szanują kobiety. Co mama powie, to świętość, a babcia to już w ogóle... Poza tym dzięki temu, że sam jeździłem, zwiedziłem, zobaczyłem więcej niż oferują zorganizowane wycieczki. Mieszkańcy pokazywali mi swoje życie, wspólnie przygotowywaliśmy posiłki. Jak gdzieś grałem, by zarobić parę pesos podchodzili, pytali co robię, przynosili placki lub fasolę. Jak byłem gdzieś 3 godziny, to pół godziny grałem a 2,5 gadałem z ludźmi. Pytałem, co warto zobaczyć, gdzie pojechać. Widziałem lagunę chyba w 7 odcieniach błękitu i zero turystów. Z pewną Holenderką pojechaliśmy do zabitej dechami wioski Celestun, gdzie jest ostoja flamingów. Wynajęcie łodzi za 250 zł, by do nich popłynąć odpadało. Wtedy łapaliśmy stopa i poznaliśmy te starsze panie 70+. One jechały do tej koleżanki z FB, która mieszkała 50 metrów od zatoki. I raptem szum, różowe niebo, stado flamingów lecące. A w dżungli trafiłem na piękne kaskady, bo wybrałem drogę mniej wydeptaną.

- Z jakim budżetem w końcu popłynąłeś?

- Bilet na samolot kupiłem za 250zł, zostało nieco ponad 200 zł, które zamieniłem na 50 euro. 20 zł zapłaciłem wizę, 30 się rozeszło na Gran Canarii jeszcze. Pozostała praca, czyli granie na harmonijce, robienie baniek. Lubię być niezależny, zarabiałem tyle, by mieć na kilka dni. A jak mogłem gdzieś wejść za darmo - wchodziłem. Albo dołączałem do wycieczek. Owszem, pytałem, czy mogę. Ale nie zawsze można było za darmo. Był rejs po kanionie. 2 dni grałem na harmonijce, by zarobić 60 zł, ale rejs był wart tego, co zobaczyłem. Właśnie to ogranicza turystę - kończą się pieniądze i trzeba wracać. Podróżnik nigdy nie wie, kiedy wróci.

- Ale w końcu wróciłeś.

- W sumie moja wyprawa trwała 5 miesięcy, bez 6 dni. Podróżowałem w górę Meksyku, który stawał się coraz bardziej północnoamerykański. Tam już tak bardzo mi się nie podobało. No i trochę już tęskniłem. Ale to jeszcze nie koniec. Jak nie uda się w ministerstwie, to znów wyruszę. Może do Chin, Boliwii, Australii, Nowej Zelandii. Na razie myślę, by opowiedzieć komuś o swoich wyprawach, pokazać zdjęcia, może napisać książkę. Najbardziej mnie zaskakuje reakcja ludzi na moją wyprawę. Takich jak ja jest mnóstwo. A chcę opowiedzieć, że można cały świat zobaczyć za niewielkie pieniądze.

- Wróciłeś i od razu przygoda z siemiatycka policją.

- Kilka dni po przyjeździe zostałem złapany na gorącym uczynku! Oj, panowie byli nieubłagani. W centrum Siemiatycz wieczorem, puste ulice, puste miasto, wlepili mi mandat, 100 zł, za… przechodzenie w niedozwolonym miejscu. Nie było dyskusji, że może tylko pouczenie, że może mniejszy mandat... Tam policja jest inna. Na St. Martin policja nas zatrzymała, na wodzie. Okazało się, że nasz kapitan nie meldował wpłynięć i wypłynięć z marin. 30 euro chciał zaoszczędzić, ale tym samym nasza łódź stawała się łodzią widmo. Nie było wiadomo skąd jesteśmy, skąd płyniemy. A potem jeszcze jak się okazało, że nawet się nie znamy, to już w ogóle. Nie mogli zrozumieć jak kapitan wziął obcych ludzi na pokład. No i przeszukanie. Znaleźli gumę guar, taki proszek, zagęszczacz do robienia baniek, wygląda jak kokaina. Ale wystarczyło wytłumaczenie. Tam policja jest dla obywatela, by pomagać…

- Rady na koniec?

- Każda początkująca osoba szuka rad. Tak naprawdę to szukanie jest jednym wielkim marnowaniem czasu. Moim zdaniem należy spakować plecak, zarzucić na ramię, wyciągnąć kciuka i jechać. Do tej pory uważam, że pakuję za dużo. Człowiek z czasem, a tym samym z nabytym doświadczeniem, dochodzi do perfekcji. Zaczyna rozumieć, że branie 3 bawełnianych podkoszulek, które ważą w sumie 500 gram, jest jedną wielką pomyłką i zmienia to na 2 koszulki do biegania, które ważą 200 gram i szybko schną. Mój pierwszy wyjazd wiązał się z 20-kilogramowym plecakiem na szelkach, które czuję do tej pory. Pamiętam, jak mama chciała mi wcisnąć poduszkę „jaśka” na wyjazd. Myślę, że już w Niemczech bym tego „jaśka” wyrzucił.

Trzeba zrobić pierwszy krok, zwalczyć strach, by zyskać szkołę życia, oplecioną pięknymi wspomnieniami.

Anna Kondraciuk, Kurier Podlaski – Gos Siemiatycz, fot. Tomasz Jakimiuk

PS: Zainteresowanych odsyłamy na profil Tomka na Facebooku - Jak To Daleko.

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama