Reklama

„Sokół” z Chicago

14/09/2008 17:42
Jerzy Pietrowski, z pochodzenia siemiatyczanin, prawie 10 lat mieszka i pracuje w Chicago. Od dawna jego pasją są motory. Jest jedynym siemiatyczaninem zrzeszonym w największym polonijnym klubie motocyklowym "Sokół MC".

          Z panem Jerzym rozmawiamy o jego pasji.
          - Kiedy powstał klub i w jakim celu?
         
- Powstał jesienią 1997 r. Główna założycielka to Magda Huk, popularnie znana w naszym gronie jako "Dzika". Podobnie jak wiele innych klubów polonijnych "Sokół" został stworzony po to, aby zrzeszyć pasjonatów motocykli, których wśród Polaków nigdy nie brakowało. To inny, naszym zdaniem lepszy, sposób spędzania wolnego czasu. Dodam, że "Sokół" jest pierwszym polonijnym klubem motocyklowym na ziemi amerykańskiej.
          - Ilu jest członków klubu?
          - W 1997 r. klub wystartował z 20-osobową załogą. Na przestrzeni lat liczba stałych członków ciągle się zmieniała do aktualnej liczby 35, w tym 4 na próbie. Warto wspomnieć, że "Sokół" dał początek dwóm innym klubom motocyklowym, które założyli byli członkowie naszego klubu.
          - Kogo zrzesza klub? Czy to tylko Polacy?
          - Tak jak wcześniej wspomniałem, jest to klub polonijny, więc w większości członkami są Polacy. Aktualnie mamy też jednego Ukraińca. Członkowie klubu to mieszkańcy Chicago i okolic - powiedzmy w promieniu do 100 km, ale mamy też jednego "Sokoła", który bardzo sprawnie propaguje nasz klub na polskiej ziemi. To Wiktor Wegrzyn. Jest on organizatorem dwóch popularnych wydarzeń motocyklowych w Polsce: "Rajdu Katyńskiego" i Rajdu "Jak Czarniecki do Poznania...".
          - Na czym polega działalność klubu?
          - Klub zrzesza ludzi, którzy chcą spełniać swoje motocyklowe marzenia. Praktycznie w każdy weekend coś się dzieje - spotykamy się, wyjeżdżamy na przejażdżki. Minimum raz w roku organizujemy wyprawę na kilka lub kilkanaście dni. W tym roku spędziliśmy 9 dni objeżdżając północną część Wschodniego Wybrzeża i zahaczając o Nowy Jork. Bierzemy też czynny udział w przeróżnych imprezach polonijnych, świętach, rocznicach, akcjach charytatywnych, zresztą sami takie organizujemy, np. Mikołajki dla dzieci, sylwester dla samotnych.
          - Z czego utrzymuje się klub?
          - Utrzymujemy się głównie ze składek członkowskich i ze sprzedaży klubowych gadżetów. Siedzibę mamy od momentu założenia. Wprawdzie lokalizacje się zmieniały, ale zawsze mieliśmy miejsce do spotkań i zapraszania gości lub organizowania imprez. Aktualnie poszukujemy nowego miejsca, ale wierzę, że nie potrwa to długo.
          - Jakimi motorami jeżdżą członkowie?
          - U nas jeździ się wszystkim, co ma dwa koła, silnik i można tym rozwinąć minimalną dozwoloną prędkość na highway. Mamy harleje, motocykle europejskie i japońskie, cruisery i motocykle sportowe. Dla "Sokołów" najważniejszy jest fakt, że się jeździ. Bez większego znaczenia jest marka motocykla.
          - Czy macie swoje barwy?
          - Tak. Mamy swoje barwy i eksponujemy je na plecach czarnych, skórzanych kamizelek. Barwy dla klubu motocyklowego to świętość, to coś tak ważnego jak godło i flaga.
          - Czy amerykańskie przepisy ruchu drogowego bardzo różnią się od polskich?
          - Ogólnie można powiedzieć, że nie. Jest natomiast jedna reguła, której nie stosuje się w Polsce. W przypadku, kiedy krzyżują się dwie równorzędne ulice i przed skrzyżowaniem z każdej strony ustawiony jest znak "stop" i kiedy mniej więcej w tym samym czasie przed każdym ze znaków zatrzymuje się samochód, jako pierwszy rusza ten, który pierwszy zatrzymał się przy znaku. Wbrew pozorom jest to bardzo sprawne rozwiązanie problemu pierwszeństwa przejazdu, ale pod warunkiem, że kierowca zastosuje się do nakazu zatrzymania.
          - Jaka jest kultura jazdy po amerykańskich drogach?
          - Dobra. Kierowcy jeżdżą ostrożnie i zazwyczaj są sympatycznie nastawieni do motocyklistów. A motocykliści ze swojej strony starają się nie zachowywać jak pojazdy uprzywilejowane. Rzadki jest widok motocyklisty przepychającego się za wszelką cenę pomiędzy samochodami w korku.
          - Proszę na koniec powiedzieć kilka słów o sobie.
          - W Stanach jestem od jesieni 1999 r. Od samego początku starałem się pracować w wyuczonym zawodzie i tak jest do dzisiaj. Zacząłem pracę jako geodeta, a od 8 lat pracuję na stanowisku civil engineer w całkiem sporej firmie architektoniczno - inżynieryjnej w Chicago. Motocykle interesowały mnie od zawsze, ale kilka lat temu to zainteresowanie przerodziło się w pasję i teraz poświęcam motocyklom większość mojego wolnego czasu. Dodam, że lubię też fotografować, więc aparat zawsze mam pod ręką.
          - Dziękuję za rozmowę.
          - Również dziękuję i korzystając z okazji pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników "Głosu Siemiatycz".

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. z arch. Jerzego Pietrowskiego
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama