Borys Kotler przyjechał wraz z rodziną aż z Nowego Jorku, by odwiedzić rodzinne miasteczko – Siemiatycze. Miejsce gdzie spędził dzieciństwo. II wojna światowa sprawiła, że musiał opuścić rodzinne strony i udać się na zachód, by móc dalej żyć.
Rodzice Borysa Kotlera posiadali fabrykę kafli prz ul. Ciechanowieckiej, a mieszkali w domu przy ulicy Słowiczyńskiej 21. Borys przez całą sobotę wraz z synem, wnukami i żoną przechadzał się różnymi ulicami Siemiatycz, by opowiadać im o przeszłości. Spotkał się również z burmistrzem Piotrem Siniakowiczem.
- Jestem bardzo wzruszony dzisiejszą wizytą w Siemiatyczach. Tutaj mieszkałem i będąc dzieckiem miałem wielu znajomych i przyjaciół. Moi rodzice prowadzili znaną w okolicy kaflarnię, która była naszym źródłem utrzymania i dawała pracę innym ludziom – mówi Borys Kotler. - Docierały do nas informacje do Nowego Jorku i Kanady, że siemiatycki cmentarz żydowski jest zaniedbany. Jednak dziś stwierdzam, że jest bardzo czysto. Dlatego w imieniu społeczności żydowskiej dziękuję władzom miasta i mieszkańcom za opiekę i szacunek dla tego pomnika historii Siemiatycz. Żydzi już nie żyją w miasteczku, ale pamięć powinna pozostać na zawsze dla następnych pokoleń. Dzisiaj przyjechałem z wnukami i synem, by pokazać skąd się wywodzą, gdzie są ich korzenie. To ja kiedyś wraz z kuzynem zapłaciliśmy za naprawę bramy wejściowej na cmentarz żydowski przy ulicy Polnej. Zrobiliśmy to dla pamięci przyszłych pokoleń.
- W ubiegłym roku na bramie została umieszczona tablica pamiątkowa z okazji 70–lecia likwidacji siemiatyckiego getta – mówi burmistrz Piotr Siniakowicz. - Również co roku jeździmy do Treblinki, by złożyć kwiaty i zapalić znicz przy kamieniu upamiętniającym zagładę społeczności żydowskiej z Siemiatycz.
- Jestem bardzo wdzięczny za takie podejście do mieszkańców Siemiatycz. Żydowscy mieszkańcy żywi czy martwi są stąd, z pięknego miasteczka Siemiatycze – mówi Borys Kotler. - Tutaj wracamy wspomnieniami żyjąc w innych krajach i na różnych kontynentach. Powiem tak: miasto dobrze wygląda, ale nie jest to takie samo miasto, jakie pamiętam sprzed lat. Dziś w synagodze przewodnik Marcin Korniluk pokazał mi kafel, na którym odciśnięta jest pieczęć kaflarni Kotler, należącej do moich rodziców.
Dzięki mojej mamie udało się uciec z siemiatyckiego getta. Przez dwa lata ukrywałem się w okolicznych lasach. Dziś powiem wprost - to dzięki Polakom udało mi się przeżyć. Różnie, dostawałem czasami odrobinkę jakiegoś mięsa, a w innym domu jednego lub dwa ugotowane ziemniaki. Dziś jestem dużo bardziej wdzięczny właśnie tym skromnym rodzinom, które pomimo swojego niedostatku potrafiły się podzielić tym cennym ziemniakiem z młodym Żydem, który ukrywał się w podsiemiatyckich lasach. Chodziłem do Narojk, Korzeniówki i innych wsi.
- Czym się pan zajmował zawodowo w USA?
- Po wojnie z Polski udaliśmy się do Niemiec. Tam w szkole nauczyłem się naprawiać samochody. Później wyjechaliśmy do USA. Tam w salonie samochodowym naprawiałem auta. Ówczesny właściciel zauważył, że mam talent i zaproponował mi, bym sprzedawał auta. Później fabryka Chevroleta - General Motors zaproponowała mi prowadzenie samodzielnie salonu. Później zgłosiła się do mnie fabryka Forda, bym sprzedawał ich auta. Takim to sposobem dzięki szczęściu, talentowi i swojej głowie stałem się właścicielem salonów sprzedaży i naprawy różnych aut w Nowym Jorku. Dziś z wielkim sentymentem wracam do Siemiatycz. Do miasteczka, które zawsze będzie dla mnie bardzo ważne. Mam nadzieję, że zdrowie mi jeszcze trochę posłuży i będą mógł jeszcze raz tutaj powrócić, by tak jak dziś móc usiąść z panem na ławeczce, gdzie dawniej stał ratusz, by znacznie dłużej porozmawiać o przeszłości i teraźniejszości również mojego miasta.
Marek Malinowski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz fot. MM
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze