Reklama

Siemiatycze - Trzy lata bezdomności

22/10/2012 21:15
Pomieszczenie jest w opłakanym stanie. Podłoga to beton i tektura. Nie ma prądu, wody. Na starym łóżku zrobione jest prowizoryczne posłanie. Z boku mniejsza leżanka. Na niej ubrania w torbach. Na środku szopy zaś stary plastikowy stolik. Na nim przybory do golenia, gazety, popielniczka. Pod stołem kilka butelek z wodą. To dom pana Ryszarda. Byłego mieszkańca Siemiatycz. Teraz - jak o sobie mówi - bezdomnego.

          - Od kiedy jest pan bez domu?
          - Historia mojej bezdomności - mówi pan Ryszard - rozpoczęła się w 2009 r. Dokładnie 25 maja 2009 r. zostałem wymeldowany z domu przez rodzinę. Od tamtej pory borykam się z problemem własnego lokum. Teraz moim lokum jest ta szopa. Od 2009 r. tak się tułam, bo nie od razu trafiłem w obecne miejsce. Nie ukrywam, że mam rodzinę w Siemiatyczach i dalszej okolicy. Trochę przebywałem u ciotki. Zresztą latem też do niej zaglądałem. Ale wróciłem do mojej szopy.
          - Dlaczego?

          - Ciotka to starsza kobieta, prawie 80-letnia. Jej gospodarstwo jest przepisane na kogoś innego z rodziny. Póki ciotka tam jest, to szczerze mówiąc ja mógłbym również. Ale wolałem wrócić do Siemiatycz. Pomogłem jej z drzewem, kartoflami itd. I wróciłem. To gospodarstwo już praktycznie nie jest jej.
          - Jaka jest przyczyna pana sytuacji?

          - Przyczyną jest rodzina. Z zawodu jestem murarzem. Pracowałem w Białymstoku na delegacji, również w Siemiatyczach. To m.in. ja stawiałem mur z kamienia przy starej cerkwi. Mieszkałem w bloku. Rodzice przepisali jednak mieszkanie na rodzinę. Zmarli, po czym zostałem wymeldowany. Nie mam meldunku, nie mogę więc podjąć pracy, choruję.
          - Nie było żadnego powodu wymeldowania?

          - Jak to w rodzinie. Czasami lepiej, czasami gorzej. Nie zawsze było idealnie. Ktoś czasami kogoś do czegoś namówi. Brak komunikacji. Tak wyszło.
          - Czyli przyczyną jest brak zgody?

          - Nie chcę więcej mówić na ten temat. Na razie wybrałem takie życie.
          - Z czego pan żyje?

          - Mam 440 zł z opieki.
          - Co za to można kupić?

          - Da się przeżyć, tym bardziej, że nie opłacam czynszu, wody, prądu itd. Te pieniądze wydaję głównie na jedzenie. Nie ukrywam, że kupuje też papierosy. No i jak się kończą przybory do golenia, to też muszę je kupić.
          - Choroba?

          - Od dzieciństwa mam lekki, a teraz umiarkowany stopień niepełnosprawności. To przewlekłe zapalenie ucha środkowego. Na prawe ucho już nie słyszę. Muszę iść na operację. Mam termin wyznaczony na maj 2014 r.
          - Alkohol?

          - Nie ukrywam, że piłem. Ale teraz nie piję.
          - Ma pan dwie torby ubrań. Skąd?

          - Z Caritasu. Często tam chodzę. Niedawno dostałem cieplejsze ciuchy.
          - A higienia? Gdzie pan się myje?

          - Najczęściej w miejskim szalecie w parku. Chodzę też do urzędu miasta, starostwa. Ale nie codziennie. To trochę wstydliwe. Częściej myję się w parku.
          - Jak wygląda pana dzień?

          - Rankiem trzeba się ogolić, coś zjeść. Potem idę na zupę do opieki. To najczęściej jedyny ciepły posiłek za dnia. Wracam. Przejdę się gdzieś. Wracam. Tak się tułam.
          - Był pan u burmistrza w sprawie lokalu zastępczego?

          - Wiele razy. Za każdym razem słyszę, że nie ma wolnych miejsc, że obowiązuje lista, że czekają ludzie z dziećmi. Rozumiem burmistrza, ale nie do końca.
          - Może władze miasta obawiają się, że zrobi pan z takiego lokalu melinę?

          - Nie zrobię. Nie jestem taki, jak ci z kaflarni. Jestem inny. Bezdomny, ale mam zasady. Izoluję się od tamtych. Nie piję, nie kradnę. Jak mam pieniądze, to nie wydam ich na byle co. Jakbym z nimi był, to musiałbym im codziennie butelkę stawiać.
          - Próbował pan pracować?

          - Trochę. Mówiłem, że u ciotki byłem, na wsi. Pomogłem przy domu. Jak ktoś potrzebuje, to mogę przy domu w drobnych pracach pomóc - drzewa narąbać, w piecu napalić, latem w ogrodzie czy na polu pomóc. Ale kto bezdomnego weźmie?
          - Jest pan wierzący?

          - Tak jestem katolikiem. Ale do kościoła cuchnący nie pójdę.
          - A był pan u sióstr zakonnych?

          - Byłem. Paczki dostałem. Nocować u nich nie można.
          - Pamięta pan pierwszą noc w tej szopie?

          - Jakoś wytrzymałem. Nie było tutaj tak, jak teraz. Była tylko buda i śmieci. Znalazłem stare łóżko na śmietniku, przyciągnąłem je. Znalazłem styropian, obiłem nim ściany. Znalazłem półkę, wieszak, budzik, stolik, miski. Lusterko mam od samochodu. Koce dostałem. Butelki na wodę znajduję bez problemu.
          - O czym pan myśli, kiedy nie może zasnąć?

          - Różnie. Najczęściej o swojej sytuacji, rodzinie. Ale równie często, co robić i gdzie iść następnego dnia. Co zrobić, by przeżyć, co mi trzeba najpilniejszego.
          - A co panu trzeba?

          - Dachu nad głową. Wprawdzie ten nie przecieka, ale takiego prawdziwego. Rodzina ma mieszkanie w bloku, wynajmuje je komuś. Może i dałbym radę je opłacić, ale na razie to chyba nie możliwe. Rodzina nie chce mnie.
          - Spotyka pan rodzinę idąc chodnikiem? Albo znajomych?

          - Tak. Najczęściej to tylko "cześć", albo odwracamy głowy. Nie wszyscy znajomi znają mój los.

          - Były chwile załamania? Zwątpienia?
          - Często. W zasadzie cały czas człowiek chodzi załamany. Czasami nawet myśli o śmierci.
          - Jakby mógł pan zacząć życie jeszcze raz?

          - Nie wiem. Pewnie trzymałbym się pracy, ale łatwo powiedzieć, bo przecież sami mogą zwolnić. Takie teraz czasy. No i może udałoby się coś zmienić przed przepisywaniem majątku przez rodziców. Może bym coś dostał.
          - Żałuje pan jakiejś decyzji?

          - Wielu. Nie jestem w stanie wszystkich wymienić. Na pewno tego, że w latach 70-tych za pobicie do więzienia trafiłem. Że piłem. Że powstał konflikt w rodzinie.
          - Jakiej pomocy pan oczekuje?

          - Pierwsza rzecz to dach nad głową. I meldunek. Ale na razie nie ma mieszkań komunalnych. Mogę więc gdzieś zamieszkać w zamian za pracę. Pomogę w gospodarstwie, przy drobnych pracach. Ale czy ktoś taki się znajdzie?
          - Idzie zima? Co pan zrobi?

          - Nie wiem. Na razie tu zostanę. A jak przyjdą mrozy, to zobaczę. Może brat na jakiś czas weźmie?

          Ewa Romaniuk, kierownik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Siemiatyczach, potwierdza, że pan Ryszard otrzymuje zasiłek stały i nie ma meldunku. Dodaje też, że ośrodek proponuje mu szerszą pomoc.
          - Zaproponowaliśmy temu panu pobyt zimą w schronisku, w miejscowości, gdzie będą wolne miejsca. Opłacilibyśmy taki pobyt. Więcej - jeśli znalazłby sobie niewielkie mieszkanie lub pokój do wynajęcia, też opłacilibyśmy to. Namawiamy go na to, ale wybór należy do niego - mówi pani kierownik.
          Jeśli ktoś chciałby pomóc naszemu rozmówcy, proszony jest o kontakt z redakcją.
          Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama