W ubiegłym tygodniu Siemiatycze odwiedziła mieszkanka Florydy, Tina Pachter Livin. Celem jej podróży było poznanie miejsca, w którym żyli jej żydowscy przodkowie.
Siemiatycze na zawsze pozostaną miejscem, w którym wciąż będzie się słyszało o żydowskich korzeniach i tradycjach. Nawet jeśli miejscowa ludność, wraz z następowaniem kolejnych pokoleń, wyrzuci ze swojej historii wątki żydowskie, to pozostaną one żywe w pamięci tych, którzy są wyznawcami judaizmu. Jedną z takich osób mieliśmy okazję poznać w ubiegłym tygodniu. Tina Pachter Livin przyjechała do Siemiatycz aż z Nowego Yorku, by odwiedzić miejsce, w której żyli jej przodkowie. Amerykanka przyjechała do Polski na dwa tygodnie, w Siemiatyczach spędziła dwa dni. Co łączy ją z naszym miastem? - Mój pradziadek nazywał się David Pachter i urodził się w Siemiatyczach w 1863 r. W 1907 r. wyjechał z Siemiatycz do Nowego Jorku, a do roku 1911 dołączyła do niego jego żona i troje dzieci. Jego rodzice, a moi pradziadkowie, Izrael i Malka, też urodzili się w Siemiatyczach, prawdopodobnie w 1830 r. Pracowali w fabryce tekstyliów. Brat mojego pradziadka, Abraham Pachter był kowalem, miał kilkoro dzieci i wszystkie urodziły się w Siemiatyczach. Wszyscy z rodziny wyjechali do Stanów Zjednoczonych lub Anglii między 1904 a 1911 r. Tutaj została tylko cioteczna siostra mojego pradziadka, Sheindel. Jej pierwszy mąż zmarł, dlatego po raz drugi wyszła za mąż za Litmana Klepackiego. Mieli 5 dzieci. 4 synów opuściło Siemiatycze, zaś tutaj została tylko jedna córka Rachel. Rachel wyszła za mąż za Natana Klepackiego. Oni mieli sklep spożywczy. Niestety, wszyscy – tzn. Sheindel, jej córka, zięć, dwoje wnucząt – zginęli w Treblince w listopadzie 1942 r. Podróż sentymentalna Pani Tina zna dokładnie historię swoich przodków. Pokazała nam bogaty zbiór fotografii, do których docierała przez ostatnie dwa lata – od takiego czasu bowiem skrupulatnie próbuje odtworzyć przeszłość i poznać historię swojej rodziny. W ciągu dwudniowego pobytu w Siemiatyczach odwiedziła miejsca związane z Żydami, nie tylko w naszym mieście, ale także w okolicy. W Siemiatyczach ze łzami w oczach przekraczała bramę żydowskiego cmentarza i próg synagogi. Była także w Brańsku, Drohiczynie, Dziadkowicach. Zapytana o cel swojej podróży powiedziała: - Przyjechałam tu, by pospacerować po mieście, w którym żył mój pradziadek i jego przodkowie. Miałam nadzieję odnaleźć jakieś dokumenty, ale wszystko właściwie zostało zniszczone. Myślę, że każdy Żyd, którego korzenie są w Polsce, a przecież wielu z nas ma tu swoje korzenie, powinien odwiedzić ten kraj, by zobaczyć gdzie żyli przodkowie, skąd pochodzili, bez względu na przyczyny, dla których stąd wyjechali. Powinni poznać ten świat, odwiedzić synagogę. Wiem, że w tej synagodze mój pradziadek uczestniczył w żydowskich ceremoniach, tutaj też bywał jego ojciec. To wspaniałe uczucie móc być w tym samym miejscu, nawet jeśli z dawnej synagogi nic wewnątrz nie zostało. Przebywając na żydowskim cmentarzu mówiła: - Jest mi bardzo smutno, bo wiem, że gdzieś tu są szczątki moich przodków. Przepełnia mnie złość i żal, że naziści nie tylko ich zabili, ale także po śmierci nie pozwolili im w spokoju spoczywać. Dla mnie to jest święte miejsce. Ilu z nas przemierzyłoby dzisiaj pół kuli ziemskiej, tylko po to, by zobaczyć gdzie mieszkali przodkowie? Ludzie, o których niewiele wiemy, a czasem nawet nie znamy ich imion i nazwisk. Czy dziś jesteśmy zdolni do takich poświęceń?
Komentarze