Damian (13 lat), Adrian (12), Krystian (9), Bartosz (7), Igor (5), Sebastian (3), Oskar (2) i Hubert (9 miesięcy), plus Anna i Sylwester. Razem, w pod jednym dachem, cali i zdrowi, z nowymi perspektywami na życie, szczęśliwi, że nadal w Nurcu Stacji.
- Najważniejsze, że jesteśmy wszyscy, bo mogło być inaczej. I że udało się znaleźć nam mieszkanie. Wspomnienia z 11 stycznia nadal są żywe, ale czas leczy rany. Trzeba żyć dalej – mówi Sylwester Bolc.
10-osobowa rodzina Bolców ocalała z pożaru, który 11 stycznia strawił ich mieszkanie przy ul. Młyńskiej w Nurcu Stacji. Zaczęło się ok. godz. 7.00. Jak wspominają - następne chwile i godziny były najtrudniejsze, ale każdy nowy dzień przynosił nadzieję i pomoc. Dziś cała rodzina mieszka w 5-pokojowym mieszkaniu w bloku w Nurcu Stacji, należącym do Agencji Mienia Wojskowego. Dzieci powoli przyzwyczajają się do nowych warunków, rodzice wracają jeszcze myślami do starego domu i straconych rzeczy, jednocześnie snują plany zagospodarowania i wyremontowania mieszkania, stawiając sobie pytanie czy podołają.
Poczuliśmy dym
- To było z niedzieli na poniedziałek. Większość dzieci jeszcze spała. Poczuliśmy dym. Pobiegłem więc na górę, żeby zobaczyć czy wszystko w porządku z leżakiem. Leżak to taki element systemu kominowego, jakby podkomin, łączący dodatkowy piec z kominem. Ale wszystko było w porządku. Od razu przez głowę przeszła mi myśl, że dym prawdopodobnie ma swoje źródło u sąsiada. W domu tym mieszkała bowiem jeszcze jedna osoba, w oddzielnych pomieszczeniach. Sąsiada nie było w tamtej chwili. Pamiętam tylko, że była już w domu spora krzątanina. Chyba razem z żoną pobudziliśmy dzieci, chyba któregoś chłopca ubrałem, po czym pobiegłem do tego sąsiada, przez podwórko. Było zamknięte, dymu coraz więcej, zacząłem więc walić i kopać w drzwi. Puściły. W środku był już ogień. Wróciłem do dzieci. Starsi chłopcy krzątali się przy młodszych, żona też. Kto nie był ubrany, zawinęliśmy go w co się dało i uciekaliśmy. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Jeszcze wybiłem kilka okien, by dym się szybciej wydostawał. Pobiegliśmy do domu naprzeciwko, do ojca żony, najmłodszych chłopców oczywiście nieśliśmy. Jak wróciłem, z okien i dachu wydostawały się kłęby dymu. Przybiegło już kilka osób, z najbliższych domów, kto przejeżdżał naszą ulicą do pracy - zatrzymał się. Wszedłem do domu, ktoś ze mną też, by coś ratować. Żona też przybiegła. Nie wiadomo było za co się złapać, tym bardziej, że dymu było coraz więcej. Wyniosłem telewizor, kątem okna zobaczyłem jak żona z sąsiadem zaczęli ciągnąć lodówkę. Nie udało się. Okazała się za ciężka, poza tym dym już nie pozwalał dłużej pozostać w środku. Udało się wynieść trochę ubrań chłopaków, złapałem mikrofalówkę. Pamiętam, że próbowali ze mną cokolwiek ratować państwo Gronowscy, sąsiad Mariusz, pan Waldemar. Nad dachem pojawiały się płomienie. Wtedy pomyślałem – stracimy wszystko. Jako pierwsi na miejsce przyjechali strażacy z Nurca Stacji. Potem z Siemichocz, Kajanki, Siemiatycz. Jednak niewiele udało się uratować. Pozostawione w domu rzeczy przesiąkły dymem i zostały zalane wodą.
- Ocalało trochę ubrań. Ale niestety większość była do wyrzucenia ze względu na dym i wodę. Z dymem poszło wiele rzeczy osobistych, książki, meble. Najstarsi chłopcy, już po ugaszeniu, też wynosili z domu talerze, miski, sztućce – dodaje Anna Bolc.
Na pomoc nie musieliśmy czekać
- Jaka będzie ta najbliższa noc? Wprawdzie możemy przenocować u ojca, ale to nie jest nasze docelowe lokum. Cały czas o tym myślałam – wspomina pani Anna.
- Na odpowiedź na to pytanie nie musieliśmy długo czekać. Zaraz na miejscu był wójt Piotr Jaszczuk, panie z ośrodka pomocy społecznej. Wójt od razu obiecał, że pomoże. Słowa dotrzymał i nadal dotrzymuje. Mówił, że jeśli czegoś nam będzie trzeba, to postara się temu zaradzić i pomóc. Zaproponował tymczasowe mieszkanie w ośrodku zdrowia w Nurcu Stacji. Małe lokum, ale byliśmy wdzięczni i za takie. Najważniejsze – w środku było ciepło, jeszcze tego samego dnia ze szkoły dostaliśmy materace, poduszki, ludzie zaczęli nam przynosić ubrania, jedzenie, rzeczy codziennego użytku – mówi pan Sylwester.
To, co zaczęło się tego dnia, jak mówią nasi rozmówcy, przeszło ich najśmielsze oczekiwania.
- Nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak ludzie będą się nami przejmować. Zdaję sobie sprawę, że to głównie ze względu na dzieci, ale i tak nie sądziłam, że uzyskamy aż tyle pomocy. Zaraz otrzymaliśmy zasiłek z ośrodka pomocy społecznej. Ludzie z Nurca Stacji i okolicy zaczęli, tak bezinteresownie, przychodzić i przyjeżdżać, przynosić jedzenie, środki czystości, ubrania, pieniądze. Ten przyniósł kołdrę, tamten poduszki, inny koce itd. Z jednej strony byłam szczęśliwa, że kto mógł, to zaopiekował się nami i nie żałował swoich rzeczy dla potrzebujących, z drugiej załamana, bo stała się tragedia. Już nawet nie pamiętam, czy każdemu podziękowałam, kto był u nas, bo to sytuacje, z którymi w życiu nie miałam styczności i które wymusiły od nas potrzebę uzyskania tej pomocy. Dzień czy dwa po pożarze przyjechała do nas nowa kuchenka gazowa, ufundowana przez radnych ze starostwa. W pomoc dla nas włączyło się wiele osób prywatnych i instytucji z okolicy. Dostaliśmy nową pralkę, znajomy Tomasz Pykało pomógł nam w uzyskaniu mebli kuchennych, wiele działo się w szkołach, gdzie uczniowie i nauczyciele zbierali pieniądze, organizowali akcje charytatywne, koncerty. Nawet chyba nie jestem w stanie wymienić wszystkich takich szkół, ale spróbuję: LO Siemiatycze, ZSR Ostrożany, szkoła z Nurca Stacji, ze wspomnianego Platerowa klasa III gimnazjum z ośrodkiem kultury i Stowarzyszeniem Osób Aktywnych – wymienia pani Anna.
Równie dużo działo się na linii telefonicznej.
- Nie wiem, ile odebrałem telefonów, z okolicy, kraju, zagranicy. Wieść o takiej tragedii rozniosła się szybko, głównie dzięki mediom. Nasze numery telefonów zostały publicznie podane. Dzwonili ludzie z Warszawy, Lublina, Belgii, Niemiec, pani Ewa pochodząca z Brańska, a mieszkająca w Szkocji. Wszyscy pytali jak się trzymamy, jak chłopcy, gdzie przebywamy, czego nam trzeba, gdzie będziemy mieszkać. Ściskało nas za serce, byliśmy wdzięczni, przyjmowaliśmy tę pomoc, bo życie nas do tego zmusiło. Najwięcej oferowano nam ubrań, ale – po pierwsze – tego mieliśmy już pod dostatkiem, po drugie – nie mieliśmy gdzie tego upychać na dziesięciu metrach kwadratowych, w lokum w ośrodku zdrowia. Odebrałem też kilka telefonów od przedstawicieli firm remontowych i producentów albo sprzedawców wyposażenia domów, przykładowo jedna firma zaoferowała grzejniki i akcesoria centralnego ogrzewania, inna wykonanie instalacji elektrycznej. Musiałem odmówić, ale kontakt do tych firm trzymam. Co jeszcze? Pani Aldona pomogła w załatwieniu pampersów dla najmłodszych, głównie Huberta, tysiąc sztuk, które przyjechały prosto z Krakowa. Ale w pamięci to chyba do końca życia będę miał pierwszą wizytę z pomocą, jeszcze tego samego dnia, kiedy po pożarze wprowadziliśmy się do ośrodka zdrowia. Wieczorem przyjechał do nas pan Jarek Konczerewicz, prezes ochotniczej straży pożarnej z Kajanki. Strażacy z tej miejscowości tamtego dnia ratowali nasz dom. Przywiózł pieniądze. Ponad 600 zł. Był to efekt zbiórki wśród strażaków i ludzi z Kajanki. Pan Jarek powiedział, że tak zdecydowali strażacy, ale domyślam się, że to jego inicjatywa. Dziękujemy – mówi pan Sylwester.
Mieszkanie
Zaraz po zagospodarowaniu się tymczasowo w ośrodku zdrowia powstał pomysł o mieszkaniu w bloku, na osiedlu przy ulicy Świerczewskiego w Nurcu Stacji.
- Ten pomysł podsunął wójt. Wraz ze starostą zaczęli kontaktować się z właścicielem mieszkań, jednak Agencja Mienia Wojskowego to specyficzna instytucja , która ot tak szybko nie może zbyć mieszkania. Nie wiem jak, ale na szczęście procedurę pozyskania mieszkania udało się znacznie przyspieszyć, właśnie dzięki wójtowi i obu panom starostom. Do tego stopnia, że przedstawiciele Agencji przyjechali do nas z Olsztyna, bym nie musiał jechać do nich. Nie wiem jeszcze za ile to mieszkanie będziemy mogli kupić, ale na pewno będzie to z bonifikatą. Koniecznie muszę jeszcze wspomnieć o koncie, które założyła nam gmina, na które można wpłacać pieniądze na nasz cel. Na dziś na koncie jest ponad 30 tysięcy złotych. Nigdy bym nie przypuszczał, że uzyskamy aż taką pomoc – mówi Sylwester Bolc.
Dziękujemy
Mieszkanie w bloku jest obszerne. Na ostatnim piętrze. Miejsca chłopcy mają pod dostatkiem. 12-letni Adrian mówi, że ma już nowych kolegów na tym osiedlu, a do szkoły nie jest wcale daleko. Trzeba będzie tylko trochę wcześniej wstać. Kuchnię rodzina ma już zagospodarowaną. Jest też lepsza łazienka, niż ta w spalonym domu. Mają nowe wykładziny, sporo ubrań, artykuły pierwszej potrzeby. Jednak wieloletni pustostan wymaga remontu. Najważniejsze są okna – nieszczelne, na rogach pozatykane szmatkami, poza tym ledwie ciepłe kaloryfery. Do wymiany są też drzwi wejściowe. Na to pieniądze domownicy powinni mieć.
- Ze zbiórki, głównie z konta utworzonego przez gminę. Właściwie to trzeba remontować całe mieszkaniec, wraz ze ścianami i instalacją elektryczną, ale na razie nie narzekamy. Jakoś podołamy. Powoli, systematycznie, coś będziemy robić. Na razie skupiam się na kupnie mebli. Do niedawna nie wszyscy z chłopaków mieli łóżka. Część spała na podłodze, na kołdrach. Nie skarżyli się, nie narzekali, posłusznie kładli się na posłanie. Poza tym mamy telewizor, chłopcy oglądają bajki, mają zabawki, starsi cały czas pomagają przy młodszych. Ja pracuję dorywczo, bo przy tylu dzieciach jednej osobie jest niezwykle ciężko. Najważniejsze, że mamy dach nad głową, jesteśmy cali i zdrowi – mówi pan Sylwester.
- Chcielibyśmy podziękować wszystkim, którzy nam pomogli i pomagają. Za każdy dar. Pewnie nie będziemy w stanie wszystkich wymienić. Przede wszystkim panu wójtowi nurzeckiej gminy, staroście, strażakom, rodzinie, ośrodkowi pomocy społecznej, sąsiadom z ulicy Wodociągowej, szkołom, instytucjom, stowarzyszeniom, byłemu sąsiadowi z ośrodka zdrowia, który dzielnie znosił sąsiedztwo i rozgardiasz spowodowany taką ilością osób i przez to nie miał tyle spokoju, co zawsze. Wszystkim tym, którzy widząc nas na ulicy pokrzepili dobrym słowem, wcisnęli do kieszeni chłopca cukierka lub parę złotych. Z całego serca dziękujemy – mówi wzruszona pani Anna.
Przyczyna pożaru domu, w którym mieszkała rodzina Bolców - prawdopodobnie zwarcie instalacji elektrycznej.
Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze