Niedawno pisaliśmy o sukcesach siemiatyckich strażaków i policjantów. Również siemiatyccy ratownicy medyczni odnieśli sukces na IV Podlaskim Rajdzie Ratownictwa Medycznego i Międzynarodowych Ćwiczeniach Ratowniczych „Augustów - Marijampol 2007”.
Na 39 startujących drużyn z całej Polski nasi ratownicy uplasowali się w połowie rankingu, kwalifikując się do ogólnopolskich zawodów, które odbędą się w Olsztynie, 13–16 września. Zespół ratowniczy w składzie: Marcin Jachimczuk, Radosław Rozumski (ratownicy) i Mirosław Karpiuk (kierowca ratownik) jest pierwszym z siemiatyckiego Zespołu Pomocy Doraźnej, któremu się to udało. - Nawet nie spodziewaliśmy się, że tak dobrze nam pójdzie – mówią – tym bardziej, że na codzień nie pracujemy jako jeden zespół. Mamy różne zmiany i nieczęsto zdarza się, że razem jeździmy. Świadczy to o profesjonalizmie naszych ratowników, co zostało docenione przez sędziów. Wiadomo, że inaczej się współpracuje ze stałym, zgranym zespołem, kiedy partnerzy rozumieją się w pół słowa. - W naszym przypadku możemy powiedzieć, że każdy z nas jest specjalistą w czymś innym. Jeden jest najlepszy w BTLS, czyli w zaawansowanych zabiegach w opiece przedszpitalnej, drugi w ALS, czyli w specjalistycznych zabiegach resuscytacyjnych, trzeci w PALS, czyli zawansowanych zabiegach ratujących życie dzieci. Nie znaczy to też, że wykonujemy tylko to, w czym jesteśmy specjalistami. Po prostu na tym polega praca zespołowa, że robi się to, w czym jest się najlepszym. Uzupełniamy się. Ratownicy w czasie rajdu, oprócz bloków wykładów mieli symulowane akcje ratownicze. W ciągu trzech dni byli non stop w stanie gotowości. Praktycznie od razu, jak tylko przyjechali na miejsce, po krótkim szkoleniu z itinerera (rodzaj mapy) brali udział w pierwszej konkurencji. Zostali wezwani do zderzenia autobusu z pociągiem, gdzie było kilkunastu poszkodowanych. Musieli też wyjechać do małego dziecka uwięzionego w studzience kanalizacyjnej. Wspominają jeszcze porażenie prądem, wybuch cysterny, zasłabnięcie kierowcy w samochodzie ciężarowym. Mieli też do zaliczenia reanimację pijanego na łódce nad jeziorem po NZK, czyli nagłym zatrzymaniu krążenia. Sędziowie oceniali pracę koordynatora medycznego i triage, czyli segregację medyczną, polegającą (może brzydko to się nazywa, ale ułatwia pracę służb medycznych) na określeniu stopnia poszkodowanych. Zwracali też uwagę na poprawność wykonywanych kolejno czynności, sprawdzali także jak ratownicy dbają o własne bezpieczeństwo. Ważny był również czas na przeprowadzenie akcji ratowniczej – ratownicy musieli zmieścić się w wyznaczonym czasie. Pierwsze miejsce zajęła załoga z WSPR Suwałki, złożona z trzech ratowników, drugie miejsce przypadło załodze z SOR-u szpitala MSWiA w Olsztynie, a trzecie Joannitom, również z Olsztyna. Co warto zaznaczyć – w zawodach startowały ekipy ogólnolekarskie, 4-osobowe, gdzie w składzie zespołu jest lekarz, oraz ratownicze (takie jak siemiatycka ekipa), 3-osobowe. Wszystkie załogi miały takie same zadania, ratownicy spisywali się na równi z zespołami ogólnolekarskimi. Wśród załóg, które zajęły czołowe miejsca nie było załóg z lekarzem. Jak twierdzą nasi ratownicy, start w zawodach uświadomił im, że posiadają umiejętności, posiadają wiedzę, jednak za mało ćwiczyli. Może też inaczej by było, gdyby pracowali w jednym zespole. Nie mają jednak zastrzeżeń do układanych grafików: - Rozumiemy, że jest to praca zmianowa, zresztą Mirek na codzień jeździ „erką”. Jesteśmy wdzięczni naszemu kierownictwu, że pomogło nam w realizacji wyjazdu do Augustowa, że zdecydowali się wysłać nas na rajd, że pozwolili nam się sprawdzić i jednocześnie udowodnić, że jesteśmy dobrzy w tym, co robimy. Taki rajd, oprócz współzawodnictwa daje możliwość właśnie sprawdzenia się. Mieliśmy okazje poznać praktykę w przypadku zdarzenia masowego. W naszych realiach nie mieliśmy jeszcze na szczęście wypadku z taką ilością poszkodowanych, jak w czasie symulowanego zderzenia autobusu z pociągiem. Zobaczyliśmy też sprzęt innych zespołów. Niektórzy koledzy mają karetki jak samoloty, wyposażone nieziemsko. Nasze też nie są najgorsze, ale na takich zawodach można zobaczyć jak rozwija się technika ratownicza. Na zakończenie naszej rozmowy ratownicy dodają, że przydałby się im sponsor, który na czas zawodów mógłby zaopatrzyć ich w torby medyczne, plecaki z wyposażeniem: - Nie liczymy na to, że ktoś kupi nam defibrylator za 80 tys. zł czy respirator za 35 tys. Zł, ale np. plecaki z wyposażeniem moglibyśmy przecież potem wykorzystywać w codziennej naszej pracy. Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz, fot. AK
Komentarze