Reklama

Popiół i pamięć w Bielskim Domu Kultury

11/03/2016 20:07

W 2016 r. mija 60. rocznica pacyfikacji białoruskich wsi przez zbrojny oddział PAS NZW, dowodzony przez kpt. Romualda Rajsa ps. „Bury”. W związku z tą rocznicą Teatr Czrevo przedstawił czytanie performatywne „Popiół i pamięć. 1946”.

Aktorzy Joanna Troc oraz Tomasz Taranta przeczytali fragmenty informacji o ustaleniach końcowych śledztwa S 28/02/Zi prowadzonego przez IPN, w sprawie pozbawienia życia 79 mieszkańców powiatu Bielsk Podlaski, od 29 stycznia do 2 lutego 1946 r. oraz wspomnień mieszkańców pacyfikowanych wsi.

Reklama

Zdecydowałam, że muszę jechać do Bielskiego Domu Kultury, muszę usłyszeć o 1946 r. Tym bardziej, że w Hajnówce szykował się „Marsz Hajnowski” właśnie z „Burym” w roli głównej. I nie żałuję. Gdy Joanna Troc i Tomasz czytali, mówili to, co dziennikarzom powiedzieli świadkowie podlaskiej tragedii 1946 r., zapłakałam. Chociaż wtedy nie zginął nikt z mojej rodziny.

- To, co czytaliśmy to fragmenty informacji o wynikach śledztwa prowadzonego przez IPN. Jest to około 30 stron informacji – powiedziała Joanna Troc. - Informacje są dostępne w internecie, na stronie IPN, można sobie ściągnąć i przeczytać na spokojnie. Wybraliśmy tylko fragmenty. Do tego dołączyliśmy wspomnienia ludzi zamieszczone w „Niwie” w latach 90. Między innymi właśnie Mikołaj Wawrzeniuk był osobą, która rozmawiała ze świadkami tamtych wydarzeń. Podobnie jak Jan Maksymiuk, Hanna Kondraciuk. Czytaliśmy czyste informacje, przeplatane wspomnieniami ludzi, nie dodając nic od siebie.

Reklama

Usłyszane teksty wbiły w fotele, sparaliżowały tragedią 1946 r. Po spektaklu nikt nie wyszedł z wypełnionej po brzegi sali BDK. Zdecydowała chyba wewnętrzna potrzeba, żeby wspólnie przemyśleć, porozmawiać i o tych tekstach, i wydarzeniach.

Temat jest na pewno potrzebny, warto o tym rozmawiać, warto też pytać ludzi, którzy więcej wiedzą. Swoją wiedzą historyczną podzielił się historyk Sławomir Iwaniuk, pracownik Archiwum Państwowego w Białymstoku. Rozmowę poprowadził Mikołaj Wawrzeniuk, dziennikarz Telewizji Polskiej, który w latach 90. rozmawiał ze świadkami dramatycznych dni 1946 r.

Reklama

- Chciałbym, żebyśmy uporządkowali swoją wiedzę, mimo że w spektaklu była mowa jakie to były oddziały, skąd się tutaj wzięły, jakie formacje polityczne tworzyły te oddziały – zaczął dyskusję Mikołaj Wawrzeniuk. - Padło takie określenie, że część z nich wcześniej wchodziła w skład Narodowych Sił Zbrojnych, formacji endeckiej, która uważała za wrogów zarówno Niemcy hitlerowskie, jak i Związek Radziecki, ale nie wchodziła w struktury podziemnego państwa polskiego, nie uwzględniała podziemnego państwa polskiego, rządu w Londynie. Często nawet dochodziło do walk między siłami narodowymi a partyzantką AK, nawet dochodziło do zabójstw. To była część z tej zbieraniny, którą dowodził „Bury”. Dlaczego oni się tutaj znaleźli? Po co się zebrali w Puszczy Białowieskiej? Kto wchodził w skład tych oddziałów? Czy był jakiś cel militarny tego zgrupowania?

- Już w czasie spektaklu usłyszeliśmy tło historyczne na Białostocczyźnie. Oddział „Burego”, jego kierownicza kadra, nie była stąd – tłumaczy Sławomir Iwaniuk. - Sam „Bury”, Romuald Rajs, do 1939 r. był podoficerem Wojska Polskiego, potem brał udział w kampanii wrześniowej, później uczestniczył w konspiracji na Wileńszczyźnie. Latem 1944 r., gdy Armia Czerwona zajęła Wileńszczyzną, Wilno, część tamtejszych żołnierzy AK zostało rozbrojonych. „Bury” przeszedł do konspiracji, ukrył się pod innym nazwiskiem, przejechał jako żołnierz, gdyż wstąpił na Wileńszczyźnie do Wojska Polskiego dowodzonego przez gen. Berlinga. Jeszcze w końcu 1944 r. dostał zadanie ochraniania ze swoim oddziałem Puszczy Białowieskiej, pod nazwiskiem Jerzy Góral. Tworzył tutaj strukturę nowej władzy.

Reklama

Jednak na początku 1945 r. nawiązał kontakt z innym działaczem, oficerem AK z Wileńszczyzny, mjr „Łupaszko”, Zygmuntem Szendzielarzem. Dołączył do oddziału „Łupaszki” na wiosnę 1945 r., jego pluton zaczął działalność w powiecie bielskim. Pluton „Zygmunta”, który podlegał pod „Łupaszkę”, spalił dwie wsie – Wiluki koło Hajnówki i Potokę za Michałowem. Centralne władze AK, na początku 1945 r., oficjalnie rozwiązały swoją strukturę zbrojną. Na Białostocczyźnie „Łupaszko” działał pod szyldem Armii Krajowej Obywatelskiej, wraz z porucznikiem „Burym”. W lecie „Łupaszko” rozpuścił swoje wojsko, a „Bury” nawiązał kontakt z Narodowym Zjednoczeniem Wojskowym, organizacją wojskową jeszcze bardziej skrajną w kategoriach nacjonalistycznych. Na początku stycznia 1946 r. dołączył do oddziału, który był tworzony przez porucznika „Rekina”. Trzeba wiedzieć, że wydarzenia z przełomu stycznia i lutego 1946 r. to była skrajność i naprawdę coś strasznego, patrząc z punktu widzenia Białostocczyzny. Oczywiście nie da się tego porównać z tym, co się działo w innych regionach, m.in. na Wołyniu. Z takiej perspektywy patrząc, można powiedzieć, że u nas było jeszcze spokojnie. Nie chcę umniejszać zbrodni, które popełnił oddział „Burego” na Białostocczyźnie, ale jeśli popatrzymy na inne regiony, to tam się naprawdę straszne rzeczy działy.

Białorusini się nie bronili?

Reklama

- Trochę badałem również okres powojenny, przeglądałem akta sądu wojskowego, który sądził „Burego”. Tych akt jest kilka tysięcy. Mnie najbardziej interesowały te, które dotyczyły powiatu bielskiego, białostockiego, sokólskiego. W tychże aktach można wyczytać bardzo ciekawe informacje nie dotyczące wydarzeń ze stycznia – lutego 1946, ale wydarzeń z innych terenów powiatu bielskiego. Praktycznie Białorusini się nie bronili przed terrorem, jaki niestety podziemne struktury niepodległościowe polskie tutaj robiły. Interesujące, że w niedużej wsi Cecele, między Siemiatyczami a Drohiczynem, znalazły się akta trzech chłopców, którzy zostali osądzeni w 1947 r. za posiadanie broni. W ich aktach pełne dane, również narodowość, wyznanie. Tenże sąd wojskowy, który dwa lata później sądził Burego, w 1947 r. sądził tych młodych ludzi. Oni podawali, że są narodowości białoruskiej, wyznania prawosławnego. I za co ich sądzono? Za posiadanie broni. Z protokołów zeznań można wyczytać, że oczywiście posiadali broń, bo w okresie powojennym, kiedy toczyły się walki, oni tę broń gdzieś znaleźli, schowali. I co mówią?: „W 1945 r., od wiosny, zaczęli przychodzić do nas tacy inni, na początek brali kożuchy, słoniny, kiełbasy, później świnie, krowy. Za trzecim razem, jak zaczęli podchodzić do wsi, to myśmy się zorganizowali, w lecie 1945 r. wzięliśmy tę broń i postrzelaliśmy do nich. I oni szerokim łukiem nas ominęli”. Jest to jeden z pięciu znanych mi przypadków samoobrony białoruskiej na Białostocczyźnie. Całkowicie oddolnej, prawdziwej obrony przed tą działalnością, krótko mówiąc rabunkową, terrorem. Niestety, władze ludowe skazały tych mężczyzn na 2-3 lata.

Wracamy do Zaleszan.

Reklama

- W prasie czytamy, że tam ludzie mieli broń, że strzelali. Inaczej to wygląda, gdy zaczynamy czytać źródła. Nie te, wymyślone przez obecnych ideologów teksty mówiące, że dlatego wsie zostały spalone, a część mieszkańców zabita, bo ci ludzie mieli sympatie prokomunistyczne. Starałem się przeanalizować z imienia i nazwiska te osoby, które zginęły. Oczywiście nie ma co analizować, jeśli mamy imię i nazwisko dziecka, na pewno ono do PPR nie należało. Starałem się przeanalizować życiorysy ludzi dorosłych i czytałem listy członków PPR z powiatu bielskiego, które zachowały się w archiwum państwowym w Białymstoku, również pracownicy IPN szczegółowo je przebadali. Jedna osoba z Zaleszan, może znana najstarszym, Jakub Bazyluk, owszem wstąpił do PPR, ale w tym czasie już był w Bielsku, był prezesem Samopomocy Chłopskiej, która zajmowała się przede wszystkim handlem.

Najstarsi jeszcze pamiętają z lat 80. Samopomoc Chłopską, to ciągłość genetyczna z lat 40. Nikt w Zaleszanach nie był osobą partyjną. Ludzie zajmowali się własną działalnością na gospodarstwach.

Reklama

Mikołaj Wawrzeniuk: – Wspomniałeś, że terror powojenny panował w zasadzie na całej Białostocczyźnie. Rajd „Burego” był najbardziej okrutnym przejawem tego terroru, ale kradzieże, czy zmuszanie do wyjazdu na Wschód były na porządku dziennym i nocnym, szczególnie na terenach mieszanych wyznaniowo i narodowościowo, szczególnie tereny po południowej stronie Bugu czy na Północy, na Sokólszczyźnie. Wracając do „Burego”. Jego krwawy rajd został dokładnie opisany dzień po dniu, prawie godzina po godzinie. Wiemy dokładnie co zrobił, jak zrobił, jaki jest plon tego rajdu. Fakty są znane. Czy ktoś je jeszcze kwestionuje? Czy dyskusja, która toczy się w prasie, internecie, w życiu, w ogóle dotyczy faktów? Czy dotyczy tylko interpretacji tych faktów?

Sławomir Iwaniuk: - Dla historyka, badacza jest to niezrozumiałe, że chce się „Burego” traktować jak bohatera. Oczywiście nikomu nie życzę takich bohaterów. Ludzie sami sobie wybierają bohaterów. W grudniu przeczytałem w miesięczniku, który jest wydawany w Olsztynie, że „Bury” to jednak jest bohater i przywołuje się cytaty z lat 60. Chyba w 1967 r. wyszła publikacja odnośnie lat powojennych, z artykułem o działalności „Burego”. Historyk z tamtego okresu pisał tak, jak było w gazetach upubliczniane, że Białorusini w 100% poparli nową władzę, że również mieszkańcy Zaleszan czy Wólki Wygonowskiej budowali w 1946 r. tę władzę.

Reklama

Mikołaj Wawrzeniuk: - Czy nie męczy cię to, że fakty opisane nie przebijają się do opinii społecznej? O ile w prasie białoruskiej, w radiu, telewizji, naszych lokalnych mediach, te fakty zostały opisane, o tyle podejrzewam, że dla wielu Polaków jest to temat mało znany. Ostatnio zamieszanie wokół patronatu Prezydenta Andrzeja Dudy nad Marszem Wyklętych w Hajnówce, wielu moich znajomych przyjęło z pytaniem co się dzieje, o co chodzi?

Sławomir Iwaniuk: - Te problemy są zbadane. Wyszła publikacja Jerzego Kułaka odnośnie działalności oddziału „Burego”. „Rozstrzelany oddział. Monografia 3 Wileńskiej Brygady NZW Białostoczyzna 1945 – 1946”. Szeroko opisana biografia „Burego”. Jerzy Kułak przeszedł pewną zmianę, bo jeszcze na początku lat 90. pisał o „naszych chłopcach”, którzy tak dzielnie walczyli i zginęli o Polskę niepodległą. W tym wydawnictwie już całkowicie inaczej opisuje te wydarzenia. Jeżeli ktoś rzetelnie chce poznać przeszłość, na pewno nie powinien podchodzić z takim założeniem, że jeżeli fakty świadczą przeciwko mojej koncepcji, to tym gorzej dla faktów i trzeba je wyrzucić.

Reklama

Głos z widowni: - Dotychczas żyją ludzie, którzy wchodzili w skład oddziału „Burego”, żyją ich dzieci, wnukowie. Badania, analizy naukowe to jedna sprawa, natomiast historie przechodzące z pokolenie na pokolenie to druga sprawa. Jeżeli postawię się w sytuacji „Burego”, czy jego żołnierza i tej całej historii, która teraz jest upubliczniana, to ja będę bronił swego honoru nawet kosztem prawdy. Bo wchodzi w grę opinia moich dzieci, moich wnuków. Czy zostali zidentyfikowani żołnierze „Burego”? Czy były jakieś postępowania wobec nich, procesy?

Sławomir Iwaniuk: - Każdy z nas ma w bliższej lub dalszej rodzinie kogoś, kto zginął po wojnie. Większość miała też kogoś, kto zginął w okresie okupacji niemieckiej. Np. w mojej rodzinie w 1941 r. aresztowano wujka mojej babci, czyli za władzy radzieckiej, dostał 10 lat, niestety do domu nie wrócił. Czy w tej chwili mamy sądzić dzieci, wnuków tych, którzy doprowadzili do tych złych rzecz? Powinniśmy w sobie przetrawić, przepracować. Każdy z nas subiektywnie podchodzi do tych wydarzeń, z emocjami. Jestem powojennym dzieckiem, ale rodzice pamiętają okres okupacji i wydarzeń powojennych. Nie dziwię się rodzicom, że emocje cały czas wielkie. Analizując te wydarzenia, poznając fakty, starałem się obiektywnie podejść jako historyk, badacz. Rozpatrywać wszystkie za i przeciw. Starałem się podchodzić bez emocji, ale niestety dzisiaj jestem trochę zemocjonowany tym, co usłyszałem.

Reklama

Myślę, że ja, jako drugie pokolenie powojenne, będę czuł emocje cały czas. Ale trzeba się zastanowić jak ta druga strona, też nasi rówieśnicy, jak do tego podchodzą? Jeśliby ktoś z mojej rodziny popełnił taki czyn, to może być mi najbliższą osobą, ale on popełnił przestępstwo i należy się kara. Wychodząc z uniwersalnych zasad, traktujących wszystkich po równo, a nie jakieś zbiorowości lepiej – gorzej, i według mojego tylko zdania, w ten sposób powinniśmy podchodzić, jakoś obiektywizować. Dziwię się, że taka instytucja, jak Instytut Pamięci Narodowej, nie zajął się tymże wyrokiem znoszącym winy „Burego”. Bo oficjalnie, sądownie „Bury” jest czysty. Jego wszyscy podwładni są czyści.

Na początku lat 90. rozmawiałem z jednym z podwładnych „Burego”, który mieszka w Łapach, był dowódcą drużyny i prawdopodobnie brał udział w spaleniu Zań. Starszy pan, normalny. Spytałem dlaczego wyście te wsie wybrali? To był rozkaz „Burego”. Tak normalnie, suchym głosem, krótkie zdanie. My nic nie robiliśmy. Z dokumentacji, również z jego zeznań z lat 40., praktycznie wszyscy, którzy nie zginęli w walkach zostali aresztowani, osądzeni w latach 40. i na początku 50., odbyli swoje kary. Wobec ich wszystkich, „Burego”, również „Rekina”, sądy wojskowe zniosły kary. Według mnie jest to pomyłka sądowa. Oczywiście jeden sąd w okresie Polski Ludowej skazał, w okresie Polski Niepodległej zniósł, ale problem nawet prawny, pozostaje. Tym powinny zająć się odpowiednie instytucje, jeśli mamy demokratyczne państwo. Najbardziej właściwym urzędem jest Instytut Pamięci Narodowej, część prokuratorska ścigania zbrodni przeciwko narodowi polskiemu.

Mikołaj Wawrzeniuk: - Żeby nie było takiego wrażenia, że wszyscy Białorusini pamiętają swoje ofiary, a wszyscy Polacy czczą tych żołnierzy jako swoich bohaterów, bo to nieprawda. Muzeum II wojny światowej w Gdańsku odcina się od pojęcia „żołnierzy wyklętych”. Dr hab. Rafał Wnuk – prof. Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, stwierdza, że pojęcie żołnierze wyklęci deformuje przeszłość. „Okazuje się więc, że „żołnierze wyklęci” nie muszą być ani żołnierzami, ani członkami powojennego podziemia, ani ofiarami stalinowskiego terroru. To zbiór osób, z których dziś, bez oglądania się na fakty, tworzona jest mityczna, homogeniczna wspólnota antykomunistycznych bojowników.”

Jaki był udział ludności cywilnej w tworzeniu struktur władzy w naszym rejonie? Jaki udział ludności cywilnej w działalności Polski niepodległościowej?

Sławomir Iwaniuk: - Niektórzy historycy uogólniając mówią „wszyscy patrioci byliśmy”, rodzice, dziadkowie, to wszyscy byli patrioci. Ale jak zaczynamy liczyć, to żołnierzy AK, na ewidencji żołnierzy, czyli na listach, doliczyć się możemy tylko 400 tysięcy w skali całego kraju. Ludności było około 27 milionów. Więc jaki procent był na ewidencji? Weźmy struktury administracji. Gmina Orla, ponad 90% Białorusinów, to dziwnym by było, gdy wójt był przysłany z Warszawy, Moskwy czy jeszcze z jakieś innej miejscowości. To byli ludzie, którzy nawet już posiadali wykształcenie średnie, być może jeszcze za czasu caratu zdobyte i oni tworzyli tę lokalną administrację. Oni byli wysuwani na te stanowiska przez ludność już w 1944 r., wraz z przesunięciem się frontu. Ale np. w Bielsku struktury powiatowe, kierownictwa, w dużej części były tutaj przysyłane. Szefami UB byli zawsze Polacy, przysłani z zewnątrz. Komendantami milicji powiatowej byli Polacy przysłani z zewnątrz. W pewnym momencie przysłano tutaj duży oddział wojska, już po tych wydarzeniach ze stycznia – lutego, też ludzi z zewnątrz. Jak ci Białorusini rzeczywiście uczestniczyli w tworzeniu się tejże komunistycznej struktury? Powiem szczerze, nie przeczytałem w żadnym podręczniku, w żadnym wydawnictwie na temat historii lokalnej takiego opisu, który by był zgodny z moją wiedzą, moimi faktami.

Głos z widowni: - Żołnierze wyklęci są mitem założycielskim IPN wykreowanym na siłę. Musimy mieć bohatera, musimy mieć męczenników sprawy, bo nic tak dobrze nie robi ruchowi, jak męczennicy. Pieśń, która się stała hymnem NSDAP to była pieśń o pijaczku, awanturniku, łobuzie, którego przy okazji ktoś zdzielił w łeb, a miał to szczęście, że był członkiem NSDAP i powstała pieśń o męczenniku, która stała się hymnem. Nie porównuję, to zupełnie inna historia, ale chodzi mi o pewną zasadę. Potrzebny jest mit założycielski. Nie ma z czego go utkać, nie można się odwołać do Armii Krajowej. Zobaczcie co się dzieje. Ci, którzy zdobywali Kołobrzeg, Wał Pomorski, przeforsowali Bug, Wisłę, Odrę, o nich dzisiaj się nie mówi, oni przestali być żołnierzami, choć naprawdę chodzili w mundurach. Nagle mamy żołnierzy wykreowanych. Mówię o ludziach dobrej woli, bo to nie byli ludzie złej woli, ale zagubieni, którym zrobiono wodę z mózgu. I ci ludzie, nagle zostali wykreowani na bohaterów. Pewnie sami się dziwią, że są bohaterami, bo jacy z nich bohaterowie? Jeżeli żyje ten człowiek, który strzelał do 4-latka, to jaki to jest bohater? Jaki to jest żołnierz? Ja nosiłem 30 lat mundur. Wiem, co znaczy nosić mundur, być oficerem, mieć godność człowieka i godność oficera. Ktoś dzisiaj powie „mój dziadek to był bohater, bo on walczył w jakiejś formacji po 45 roku”. Wiem, że te formacje do 1945 r. mogły być w jakiejś niewiedzy, ale po 47? Kiedy już dawno Europę podzielono i wiadomo było, że żadnej III wojny światowej nie będzie. To już zbrodnia utrzymywać tych ludzi w lesie. Utrzymywali się tylko ze strachu, to prawda. Ale nie można też twierdzić, że wszystkich, którzy byli w podziemiu, wymordowano, bo tak nie było. To nie jest argument „myśmy się ukrywali, bo baliśmy się o swoje życie”. Tak, ale przecież byli tacy, którzy się ujawnili i im się krzywda nie stała. Pan Zabłocki, aktorka Alina Janowska, też była w strukturach AK. Spójrzmy na to troszeczkę globalnie. Nie poprzez pryzmat tu i teraz, bo to jest ból nasz, wszystkich ludzi. Mówię generalnie, nie oceniam narodowości, wyznania itd., ale nas. Ktoś, kto pozbawia życia dziecka lub człowieka niewinnego nie ma honoru. Czynienie z tych ludzi bohaterów to jest… tego nawet Mrożek by nie wymyślił.

Krystyna Kościewicz, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot KK

/zdjęcia z marszu ONR w Hajnówce/

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama