Hucznie obchodzi się dzień numeru 112. Pokazuje nowoczesne sale z dziesiątkami monitorów, panie ze słuchawkami i mikrofonami, ubrane w pomarańczowe lub czerwone uniformy (ciekawe po co?). Świadomość społeczeństwa przeznaczenia numeru 112 jest dosyć duża, mimo wciąż wysokiej liczby wezwań taksówek, kominiarzy itp. pod tym numerem.
Dzwonimy pod 112 i co dalej? Dalej pani wysłuchuje nas, pyta gdzie jesteśmy (a nie zawsze potrafimy precyzyjnie określić) i wypełnia formularz (tzw. formatkę), który przez internet wysyła do straży lub policji, ewentualnie w przypadku zgłoszeń medycznych (niestety, też po „przesłuchaniu”) przełącza nas do pogotowia. Obsługa CPR robi to, czego ją nauczono, najlepiej jak potrafi. Ale system jest chory.
Pali się „trochę większa stodoła” - po takiej informacji z Centrum Powiadamiania Ratunkowego (CPR), dyżurny straży wysyła dwa wozy straży zawodowej i kilka OSP. Może spalić się cała wieś. Po kilku minutach dowódca pierwszych strażaków, którzy docieraj na miejsce, prosi przez radio dyżurnego: - Upewnij się, czy to na pewno ten adres?
Tak, to ten adres. Na miejscu okazuje się, że pali się szopka... 2 x 3 metry.
„Pali się las koło kurników” - tzw. formatka z CPR alarmuje strażaków. Pożar lasu przy wietrznej pogodzie może być nie do opanowania. Kurniki obok to 25.000 - 50.000 kurcząt. Straty mogą być ogromne. Na pomoc jedzie wszystko, co jest w okolicy. Ale... tli się tylko ognisko 150 metrów za lasem. Raczej daleko od kurników.
Informacja z CPR - zniszczone znaki geodezyjne. I jedzie patrol policji 30 km. Długo szuka pola. Znajduje. Ale nikogo tam nie ma. Na polu leży śnieg. Żadnych śladów. Zgłaszający nie odbiera telefonu. Okazuje się, że znaki zniszczono prawie 2 lata temu. Sprawa od dłuższego czasu jest w sądzie cywilnym. Tak minęły 2 godziny pracy patrolu.
Martwy łoś na drodze krajowej. Niby poważne zagrożenie. Straż wielkim samochodem na sygnałach, patrol policji z drugiego końca powiatu. I jest łoś, ale w rowie. Nawet nogi nie wystają na pobocze. Nikomu nie zagraża. Potrzebna tylko firma utylizacyjna.
- Nikt z dyżurnych nie brał udziału w szkoleniu operatorów 112 - mówi, chcący zachować anonimowość, dyżurny straży. - Lawinowo rośnie liczba fałszywych alarmów i niewłaściwie dysponowanych sił. Wydłuża się czas dojazdu. Obsługa CPR nie zna topografii terenu. Odbierając zgłoszenie, nasz dyżurny pyta, czy skręcić za krzyżem, czy przed zagajnikiem. Mamy doświadczenie, wiemy o co pytać. Znamy teren. CPR przysyła tylko nazwę miejscowości. Zgłaszający często nie odbiera potem telefonu - zajęty jest ratowaniem dobytku albo udzielaniem pomocy poszkodowanym.
- Na wakacjach popełniłem błąd, dzwoniąc pod 112 - mówi pan Andrzej. - Po wichurze na drodze leżało drzewo. Panienka ze 112 oddzwaniała do mnie 3 razy, żeby się dopytać co i jak. Nie wiedziałem gdzie dokładnie jestem. W końcu przerwałem połączenie i zadzwoniłem na 998. Strażak, kiedy tylko usłyszał, że widzę maszty z antenami, droga jest z pokruszonego asfaltu, a na drodze leży akacja, znał dokładne moje położenie. Podziwiam!
- Dzwoniący na 112, w sprawie np. zawału serca, jest najpierw „przesłuchiwany” przez panienkę, a dopiero potem przełączany do naszej dyspozytorki - mówi ratownik medyczny. - To niepotrzebna strata czasu, narażanie ludzkiego życia. Kiedy w pogotowiu odbieramy telefon, zespół wyjeżdża od razu, a koleżanka przez telefon cały czas instruuje zgłaszającego, jak ma udzielać pomocy.
Policja narzeka. Wiele spraw, które dostają z CPR, to sprawy cywilne. Nie wykroczenie lub przestępstwa. Doświadczony dyżurny segreguje je na etapie rozmowy ze zgłaszającym.
- Wielu zgłaszających wystarczy uspokoić, chwilę porozmawiać. Często wystarczy umówić ich z dzielnicowym na następny dzień. Niestety, formatki z CPR bywają enigmatyczne, a zgłaszający nie odbierają telefonów. Nie możemy dopytać o szczegóły sprawy - skarży się policjant, też zastrzegający swoje personalia. - Informacje przychodzą z opóźnieniem, często z mylnymi adresami.
I wysyłają policjantów do błahych spraw, kiedy nocą na obszarze całego powiatu bywają tylko dwa, a nawet jeden patrol.
Centra powiadamiania ratunkowego to tylko niepotrzebne centrale telefoniczne, opóźniające pomoc. A w wypadkach zagrożenia życia, liczą się minuty, nawet sekundy.
Nietrafiony jest argument, że nie wiemy, jakie służby powiadomić, a personel CPR wie. Dyżurny straży o wypadku sam niezwłocznie powiadamia pogotowie. Dyżurny policji o nieprzytomnym na ulicy alarmuje pogotowie.
Założenia były dobre. Miały być powiatowe centra powiadamiania ratunkowego. Obok dyżurnego straży miał siedzieć dyżurny pogotowia. Przygotowano nawet pomieszczenia. Całe budynki. Potem CPR-y miały być na kilka powiatów. Siemiatycki, bielski i hajnowski razem. Niestety, zarzucono te projekty.
Niestety, problemy zaczną się za kilka miesięcy, kiedy dzwoniąc na 997, 998 i 999, dodzwonimy się do operatora 112 gdzieś w Polsce.
- Nawet sobie nie wyobrażam kosztów niepotrzebnych wyjazdów i liczby ofiar, kiedy zabiorą nam „dziewiątki” - mówi oficer straży.
Póki co, proponuję tradycyjnie dzwonić na 997, 998 i 999.
Jacek S. Wasilewski, Kurier Podlaski - Głos Siemiatycz, fot. jsw
Na zdjęciu: wg CPR to poważne zagrożenie na drodze krajowej.
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze