Seria podpaleń lasów koło Homot w gminie Mielnik zakończona. Wieczorem w czwartek, 27 lipca, złapano podpalacza. Okazało się, że jest to kobieta.
W nocy z czwartku na piątek (z 27 na 28 lipca) pilnowano lasów w okolicach Homot. To wynik ostatnich podpaleń - z 23 i 24 lipca. Wcześniej takie akcje były przeprowadzane wielokrotnie, lecz nieskutecznie. W lasach już kilka razy siedzieli strażacy, policjanci, leśnicy, pracownicy Urzędu Gminy w Mielniku, pogranicznicy. Dwa dni przed schwytaniem podpalaczki na specjalnej naradzie spotkali się przedstawiciele tych służb i instytucji. Podjęto szerszy zakres działań, ustalono plan akcji, miejsca posterunków. Wcześniej, w wyniku działań operacyjnych, policja i straż graniczna obserwowała pewne domy i osoby. I udało się. Słuszne okazały się też ostatnie przypuszczenia, że podpalaczem może być... kobieta. To Jolanta Ł., 29-letnia mieszkanka Homot. Podpalenia lasów trwały już od 4 lat. Ewidentnie był to wynik umyślnych działań. Wskazywały na to ślady zabezpieczone przez policjantów. Podpalaczka znała te lasy jak własną kieszeń. Ogień podkładała praktycznie o każdej porze dnia i nocy. Na szczęście większość pożarów tłumiono w zarodku, m.in. dzięki mieszkańcom okolicznych wsi, którzy w porę informowali straż. Ale generowało to jednocześnie duże koszty - wyjazdy strażaków, strata drzewostanu i poszycia leśnego. Nocna akcja Do akcji w nocy z 27 na 28 lipca wyjechało 11 osób - strażacy, pracownicy Urzędu Gminy w Mielniku, funkcjonariusze Straży Granicznej z Mielnika, policja, straż leśna. Postawiono 5 posterunków, przeważnie w pobliżu miejsc, w których się ostatnio paliło, bo podpalaczka często wracała w te same miejsca i podpalała ponownie, nawet kilka godzin po ugaszeniu. Być może patroli byłoby więcej, ale wszyscy do dyspozycji mieli tylko pięć noktowizorów i kamer noktowizyjnych będących na wyposażeniu Straży Granicznej w Mielniku, a to jedyny sprzęt, który może pomóc w ciemnościach. Tuż po godzinie 22.00 jeden z patroli coś zauważył. Z jednego z domów ktoś wyszedł i na czworakach, powoli, z wielką ostrożnością, skradał się w stronę lasu. Rozpoznano tę osobę. Było już wiadomo, kim jest - że to kobieta i jakie ma nazwisko. Przez telefony komórkowe powiadomiono pozostałe posterunki. Wiadomo było, w którym kierunku się skrada i gdzie mniej więcej można będzie ją ująć. Szła na czworaka przez ponad 300 metrów. Za kilkadziesiąt minut wyszła naprzeciw jednego z posterunków, w którym stacjonowali strażnicy leśni. Podeszła do nich na odległość kilkunastu metrów. Zapaliła na chwilę latarkę, prawdopodobnie po to, aby sprawdzić, czy doszła już do celu - miejsca ostatniego podpalenia. I wtedy coś ją spłoszyło, spostrzegła, że nie jest w lesie sama. Zaczęła uciekać. Biegła drogą. Strażnicy pobiegli za nią. Gdy wbiegała do lasu, w krzaki, przewróciła się. W tym momencie dopadła ją służba leśna. Obok niej znaleziono porzuconą latarkę i zapałki. Od razu trafiła do aresztu w Siemiatyczach. Ustalenie podpalacza było trudne Od kiedy rozpoczęła się seria podpaleń, siemiatycka policja próbowała ustalić ich sprawcę. Przez te kilka lat przesłuchano wiele osób, przeszukano kilkanaście domów. Od pewnego momentu krąg ewentualnych podpalaczy zaczął się zawężać. Wśród nich była też Jolanta Ł. - Jednak ustalenie podpalacza było niezwykle trudne. Osoba ta doskonale znała las, poruszała się z wielką ostrożnością – mówi st. asp. Romuald Leoniuk, oficer prasowy siemiatyckiej policji.
Fakt, że może to być kobieta, zaczęto brać pod uwagę od ubiegłego roku. Podczas jednej z podobnych akcji, kiedy w lesie siedzieli strażacy i pracownicy Urzędu Gminy w Mielniku, podpalaczka trafiła właśnie na jedno z takich miejsc. Ale w porę zorientowała się i zaczęła... krzyczeć, biegać wokoło, wydawać dziwne, a jednocześnie przerażające dźwięki. Starała się przestraszyć pilnujących i udało się to jej z powodzeniem. Z relacji świadków wynika, że robiła to w naprawdę przerażający sposób. Zdezorientowała prawie wszystkich. Ale jedno już było pewne - może to być kobieta.
Strażacy z Mielnika mogą chodzić z podniesionym czołem Eugeniusz Wichowski, wójt Mielnika: - Byliśmy przekonani, że tej nocy podpalacz, jak się potem okazało - podpalaczka, przyjdzie. I udało się. Nie spodziewałem się, że to będzie kobieta. I to jeszcze młoda. Przecież tyle razy sama chodziła nocą po lesie... Mężczyźnie mojej postury przechodziłyby ciarki po plecach. Żal mi jej. Nie byłem szczęśliwy z powodu tego, że ją złapaliśmy. Popełniła w życiu błąd. Moim zdaniem szukała wrażeń, ale zbyt płytkich. Odetchnąłem z ulgą, że to już koniec podpaleń. Wójt podkreśla, że w lasach koło Homot sam osobiście spędził sporo nocy. Ale zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt tej całej sprawy, dla niego najważniejszy. - Po tej czwartkowo - piątkowej nocy nasi strażacy z gminy Mielnik mogą czuć się dumni. Schwytanie tej osoby było dla nas sprawą honoru. Nie zależało nam – mi, jako prezesowi, i moim kolegom - na tym, żeby jak najwięcej razy wyjeżdżać do pożarów i zarobić w taki sposób jak najwięcej pieniędzy. Zresztą ja i tak tych pieniędzy nie brałem. Zależało i nadal zależy nam na tym, żeby te lasy rosły. Dodam też, że często, dokładnie od jesieni ubiegłego roku, strażacy ochotnicy z Mielnika byli nawet wyśmiewani. Dlaczego? Bo pojawiły się plotki i opinie, że my nie jedziemy do lasu łapać podpalacza, ale pić tam wódkę i palić ogniska. Teraz dowiedliśmy, że tak nie było. Dla mnie najważniejsze jest to, że teraz nasi strażacy z Mielnika mogą chodzić z honorem - mówi wójt Wichowski. Owocna współpraca Wszystkie służby pokazały, że mogą razem skutecznie działać. A wcześniej bywało różnie. Były nawet pretensje i żal. Wszystko powodu tego, że mimo wielu prób i chęci nie udało się zbyt wiele zrobić. Wójt Wichowski: - Dużo pomógł komendant siemiatyckiej straży Edward Krasowski. W pewnym momencie byłem już bardzo tym wszystkim zbulwersowany i niemal gotowy na wszystko. Jego zimna krew i jedno zdanie: "Zacznijmy rozmawiać", spowodowało, że spotkaliśmy się w sztabie kryzysowym z odpowiednimi służbami. Rozmawialiśmy, zaczęliśmy współpracować, ustaliliśmy konkretne wytyczne. Tym razem wszystko działo się jeszcze bardziej dyskretnie. W efekcie pokazaliśmy, że możemy się dogadać. To samo podkreślają policjanci, komendant siemiatyckiej straży zawodowej Edward Krasowski, leśnicy. Ich zdaniem akcja nie byłaby skuteczna, gdyby nie wspólna chęć porozumienia i oddanie sprawie. Kobieta ma zaburzenia psychiczne Dzień po ujęciu podpalaczka siedziała w areszcie w komendzie w Siemiatyczach. Po południu, w lesie koło Homot, przeprowadzono wizję lokalną. Dalsze czynności trwają. Na razie przeciw niej toczy się postępowanie z art. 167 par. 1 pkt. 1 kk pod zarzutem spowodowania powszechnego zagrożenia dla życia i zdrowia ludzi. Grozi za to od roku do 10 lat więzienia. Zatrzymana mieszkała z rodzicami. Cierpi na zaburzenia psychiczne. Już podczas pierwszego dnia pobytu w areszcie dwukrotnie wzywano do niej karetkę. Zachowywała się agresywnie, krzyczała, uderzała pięściami w ścianę i drzwi celi. Na jakiś czas trzeba było jej założyć kaftan bezpieczeństwa. - Na pewno w sprawie zostanie powołany biegły. Ustali, czy zatrzymana jest chora i czy będzie mogła samodzielnie odpowiadać za swoje czyny - mówi st. asp. Leoniuk. Z relacji policjantów wiadomo też, że kobieta ma bardzo wyostrzone pewne zmysły, przede wszystkim słuch. To z pewnością pomagało jej tak długo być nieuchwytną. Jakie straty? Trudno określić straty spowodowane tymi pożarami w ciągu ostatnich czterech lat. W sumie w tym okresie strażacy wyjeżdżali do lasów koło Homot, Oksiutycz i Pawłowicz ponad 50 razy. Za każdym razem było od kilku do kilkunastu ognisk podpaleń. - Podpalała latem, najczęściej w czasie suchej pory. Wykorzystywała wyschnięte poszycie, niską wilgotność ściółki, często wracała na miejsca niedawnych ognisk, by podpalić ponownie - mówi st. asp. Leoniuk.
- Były to podpalenia bardzo zuchwałe. Podczas letniej suszy mogły spowodować ogromne straty - dodaje bryg. Edward Krasowski, komendant KP PSP w Siemiatyczach. Miejsca pożarów - jeśli podpalaczka nie wracała, by zapalić ponownie - okazało się, że były przypadkowe. Płonęły lasy osób prywatnych i Nadleśnictwa Nurzec. - Początkowo próbowaliśmy szukać sprawcy na podstawie poszkodowanych. Zachodziła możliwość, że podpalenia to wynik porachunków międzysąsiedzkich - wyjaśnia st. asp. Leoniuk. Jolanta Ł. podpalała las: 2003 r. - 11 razy, 2004 r. - 10, 2005 r. - 17, 2006 r. - 15. Za każdym razem w kilku luk kilkunastu miejscach.
Wójt dziękuje Wójt Wichowski: - Największe podziękowania należą się Straży Granicznej w Mielniku. Funkcjonariusze tej placówki też postawili sobie schwytanie tej osoby za punkt honoru. Wielu z nich to również strażacy ochotnicy. Podziękowania kieruję do strażaków z OSP z mojej gminy. Dziękuję też redakcji "Głosu Siemiatycz" za apele o nagrodzie za schwytanie podpalacza. Dziękuję komendantowi Krasowskiemu i wszystkim, którzy pomogli osiągnąć ten cel. Połacie ściółki leśnej, gdzie się paliło, ciągle są czarne. Drzewa osmalone na wysokość metra, miejscami wyżej. Takich miejsc koło Homot jest wiele. Poszycie będzie się odradzało przez lata.
W piątek wieczorem zatrzymaną odwieziono do szpitala psychiatrycznego w Chroszczy. Na zdjęciu: Jolanta Ł. wyprowadzana z radiowozu do aresztu po wizji lokalnej, dzień po zatrzymaniu.
Komentarze