Poszkodowany w pożarze pan Witold Lipko nie chce ruszać się z rodzinnego domu. Mimo, że miał zapewnione miejsce w specjalistycznym ośrodku pomocy społecznej, pozostał w rodzinnej miejscowości. Każdą noc spędza w starym samochodzie.
Dom nie do użytku Wracamy do tematu 61-letniego Witolda Lipko, poszkodowanego w wyniku pożaru, który wydarzył się 31 lipca w jego domu. O zdarzeniu pisaliśmy. Pan Witold stracił całe wyposażenie domu, odzież, obuwie itp. Mieszkał wraz z bratem i ojcem. Oni znaleźli schronienie, on nie chce się z domu ruszać, mimo że tego domu praktycznie nie ma. - Tu moje miejsce. Tu zostanę - mówi. Dom znajduje się w takim stanie, w jakim zostawili go strażacy. W środku wszystko jest spalone albo zwęglone. Praktycznie nic nie nadaje się do użytku. Budynek jest murowany, ale ściany są okopcone i nadpalone, a betonowa podłoga zawalona gruzem i nadpalonym eternitem. Brakuje też okien - pozostały tylko nadpalone dziury. Pan Witold mówi, że jeszcze przez dwa dni po pożarze tliło się to pogorzelisko: - Dużo wiader wody wlałem tam, gdzie się kopciło. Zalewałem, aż ustało - mówi. W samochodzie nie jest ciasno Co udało się uratować z pożaru? Tyko to, co było obok domu - rower, drzewo na opał, miednicę i jakieś miski. No i dwa stare samochody, już nie na chodzie, jeden to polonez, drugi jakiejś bałkańskiej produkcji. Stoją w tych samych miejscach, w których stały przed i w trakcie pożaru. W jednym pan Witek śpi. - A gdzie mam spać? Nie chcę stąd się ruszać, więc na razie będę spał w samochodzie. Lato jest, więc pogoda dopisuje. Nawet nie jest bardzo ciasno. Myślałem, że będzie ciaśniej, ale siedzenie jeszcze w tym gracie się rozkłada, dlatego nie jest źle - mówi. Po pożarze została część eternitu na dachu oraz krokwie, ale to wszystko może w każdej chwili runąć. - Wprawdzie można byłoby jakiś kąt uprzątnąć w domu i tam spać, ale boję się, że dach może na mnie runąć. Dlatego wolę spać w samochodzie - dodaje. Na początek dostał kołdrę Pan Witek mówi, że od momentu pożaru nie zostaje sam. Przychodzą do niego sąsiedzi, znajomi, pytają czego potrzebuje. Sprawa potrzebującego pomocy pogorzelca znana jest pracownikom ośrodka pomocy społecznej w Drohiczynie oraz burmistrzowi. W pierwszej kolejności pan Witek dostał kołdrę, odzież i żywność. Cieszy się, że sąsiedzi i pracownicy opieki dali mu to, czego potrzebował najbardziej. Dom zostanie odbudowany? Władze miasta i gminy Drohiczyn, mimo że poszkodowany miał już zapewnione miejsce w specjalistycznym ośrodku pomocy, respektują wolę pana Witka. Pomogą. Burmistrz Borzym: - Przejrzałem już sporo ofert zakupu specjalistycznych kontenerów przeznaczonych do zamieszkania. Są one nawet ładne. Nie są jednak tanie, ale to przecież wcale nie przesądza, że taki kontener nie jest temu panu potrzebny. Koszt zakupu konteneru to około 20 tysięcy złotych. Obliczyliśmy też, że za takie pieniądze uda nam się wyremontować dom panu Lipko. Są na razie problemy związane z nadzorem budowlanym oraz tym, że nie ma na miejscu właściciela, ale myślę, że uda nam się je szybko rozwiązać. Do jesieni pan Lipko na pewno będzie miał już gdzie mieszkać. Czasami trochę markotno Pan Witold zapytany, czy nie boi się spać w samochodzie, który nie jest tak szczelny jak dom i nie można się w nim zamknąć, odpowiada: - Nie. Dlaczego? A kto i co ma mi zrobić? Kraść też nie ma czego, bo nic nie mam? Utrzymuję się z najniższej renty. Może tylko czasami jest trochę markotno, bo ciemno wokoło i światła nie ma. A czy wierzy, że wkrótce uda się odbudować dom? - Sam tego na pewno nie zrobię. Pomogą mi, żebym zimą miał gdzie sobie herbatę zrobić. Za kilka tygodni ponownie odwiedzimy pana Witka. Sprawdzimy, czy ruszyła odbudowa domu.
Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze