Reklama

Październik miesiącem walki z rakiem piersi

12/10/2011 19:55
Wanda Hościłowicz, pielęgniarka z siemiatyckiego szpitala jest tzw. amazonką. Wskutek choroby nowotworowej straciła pierś. Ale jak podkreśla – żyje. I to jest najważniejsze. Jest pełną energii kobietą i chce założyć w Siemiatyczach Klub Amazonek.
          - Choruję od 2008 roku, a raka wykryto przypadkowo – opowiada pani Wanda. - Miałam już 55 lat, ale nigdy nie chodziłam na mammografię. Bo nigdy nie było czasu, bo były ważniejsze sprawy, bo trzeba było pojechać na badanie. Jakieś wytłumaczenie zawsze się znajdowało. Aż w końcu do Nurca przyjechał mammobus. Ja akurat miałam wolne, byłam na urlopie, to był koniec sierpnia. Pomyślałam - pójdę, bo w końcu trzeba się zbadać - sama nie wiem dlaczego. Przygotowywałam się do wesela córki, nawet przez myśl mi nie przeszło, że cokolwiek może złego wyjść w tym badaniu. Bo ani nic mnie nie bolało, ani ginekolog w czasie badania nic nie stwierdził. Dobrze, że wynik dostałam w poniedziałek, po weselu... 15 września. Guz był duży, miał 7 cm. Od razu dostałam skierowanie do Białostockiego Centrum Onkologii. Umówiłam się na październik. W październiku doktor mnie zbadała i... powiedziała, że nic w tej piersi nie ma i żeby przyjechać za pół roku. Przemknęło mi przez myśl, że teraz te mammografie różne, ale jakoś tak mi sumienie spokoju nie dawało i poszłam do doktora Aleksiejuka. Też nic nie znalazł, mówił, że gdyby był aż tak duży guz, to wyczuwalne byłyby zmiany w węzłach chłonnych, byłyby zmiany na skórze. A że nie odpuszczałam, to skierował mnie na USG. I dopiero to badanie potwierdziło, że guz jest. Doktor Kuczabski od razu skierował mnie do doktora Maksymowicza. To onkolog, który przyjmuje u nas w szpitalu, jest ordynatorem radioterapii w Białymstoku i on dał mi skierowanie do BCO
          - Po jakim czasie zapadła decyzja o zabiegu?

          - Punkcja cienkoigłowa była na początku grudnia, a za dwa tygodnie dostałam wynik, że niestety to rak. Na 19 stycznia wyznaczono mi zabieg. No i bezapelacyjnie, że pierś do usunięcia. Potem chemia, jedna, druga, radioterapia, hormonoterapia, która trwa w sumie cały czas, już 3 lata. Cały też czas podlegam kontroli, drugą pierś muszę kontrolować, czy przerzutów nie ma.
          - Jak namówiłaby pani kobiety do badania piersi? Co chwilę gdzieś w naszym powiecie stacjonuje mammobus, już chyba nie można tłumaczyć się brakiem dostępu do badań. Czy ma znaczenie firma, która badanie wykonuje?

          - Nie, w tej chwili mammografy już są tak dobrej jakości, że to bez znaczenia jaka firma wykonuje badanie. Jakiś czas temu głośno było, że jakiś mammograf podawał złe wyniki. Ale nawet mój przykład mówi, że nie należy poprzestać na mammografii, że to dopiero początek, że konieczna jest dalsza diagnostyka. Badanie palpacyjne jest ważne, ale potrzebna jest też mammografia. Samo badanie nie jest bolesne, może ciutkę, jak się pierś przygniata, albo jak są malutkie piersi. Pierś prześwietla się w dwóch pozycjach - na płasko i bokiem. Ja teraz co roku robię mammografię drugiej piersi. Badanie jest sympatyczne, z reguły robią to panie. Są miłe, delikatne.
          - Ciężko było podjąć decyzję o odjęciu piersi, symbolu kobiecości? Nie było szukania innego wyjścia, sposobu, że jakoś może inaczej można to leczyć?

          - Nie, od razu doktor po męsku mnie potraktował i powiedział, że nie będziemy się bawili. Zaraz po zabiegu zaglądałam jeszcze za koszulę, że może jednak została ta pierś, że tylko wyłuskano mi guza. Ale najważniejsze jest to, że żyję. Dostałam zresztą ładną protezkę, która niczym się nie odróżnia, w żaden sposób mi nie przeszkadza. Jest refundowana, co dwa lata mogę ją bezpłatnie wymienić. Płacę tylko za specjalny bawełniany gorset, podtrzymujący piersi. Refundowane są również rekonstrukcje. Mam zachowaną specjalną kieszeń, na wypadek gdybym zdecydowała się na silikonową pierś. Po mastektomii można normalnie karmić piersią.
          - Jest pani kobietą z taką werwą, z taką siłą życia, nie widać piętna ciężkiej choroby.

          - Proszę wierzyć, było ciężko. Chemię pierwszą zniosłam w miarę dobrze, druga była gorsza, trzeciego rzutu myślałam, że nie przeżyję. Pamiętam jak mówiłam do siostry „Uleńko ratuj mnie”, jak męczyły mnie mdłości i w ogóle. Wystarczyło, że siostra porozmawiała, posiedziała przy łóżku, pocieszyła. Wsparcie psychiczne jest bardzo ważne. Pamiętam też, jak na Wielkanoc, po zabiegu zjechały się wszystkie dzieci już pożegnać się ze mną. Zięć teraz mi się dopiero przyznał, że oni już myśleli, że źle ze mną będzie. Powikłania po odjęciu piersi też były, dostałam silnej gorączki, jeszcze raz mnie cięli, szyli. Radioterapia też nie była miła - trochę źle ustawiona, mam spalone pół płuca, ale to nieważne. Najważniejsze, że nie ma przerzutów, że żyję, że jeszcze pomogę dzieciom. Jestem pod stałą kontrolą i co ważne mamy tu na miejscu bardzo dobrego onkologa, zresztą w BCO wszyscy lekarze są świetni, cały personel, sympatyczni, uśmiechnięci.
          - W codziennej pracy zwraca Pani kobietom uwagę na profilaktykę?

          - Noszę różową wstążeczkę. Niektóre panie pytają co oznacza. Zdarzają się takie, które nigdy nawet same się nie badały, nie mówiąc już o mammografii. I często są to kobiety wykształcone, świadome, które słyszały o nowotworach piersi. Ba, wiele moich koleżanek jeszcze się nie przebadało. Moim zdaniem się boją, wychodzą z założenia, że dopóki nie wiedzą, to są zdrowe. A przecież wiadomo, że im wcześniej zacznie się terapię, tym ona będzie skuteczniejsza.
          - Skąd pomysł na klub?

          - Ja mam to szczęście, że pracuję. Już po drugiej chemii poszłam do pracy, by nie myśleć o chorobie, by się czymś zająć. Wiem też jak bardzo ważne jest wsparcie rodziny, kolegów, koleżanek. Kobiet po mastektomii jest naprawdę dużo i dużo jest też klubów amazonek. W naszej okolicy wszędzie są: w Suwałkach, w Ełku, w Bielsku Podlaskim, nawet chyba w Wysokim Mazowieckiem jest klub, a u nas nie ma. Mam 10 chętnych pań do działania w klubie, potrzebnych jest minimum 15, by móc formalnie, prawnie działać. Jestem w kontakcie z panią prezes z Białegostoku, która obiecała nam pomóc. Właśnie w Białymstoku klub liczy ok. 100 amazonek. Organizują sobie pogadanki z lekarzami, wspólne wyjazdy, spotkania, rehabilitację. Zresztą nie jest koniecznością bycie amazonką, wystarczy bycie chorą, czy też zetknięcie się z chorobą, chęć dowiedzenia się więcej na jej temat. Cykliczność spotkań zależałaby od samych zainteresowanych, mogłoby to być spotkanie raz w miesiącu. A działalność? Podobnie jak w innych klubach: pogadanki, spotkania z lekarzami, rozmowy, wsparcie, wspólne wyjazdy, rehabilitacja. Na przykład koleżanki z Białegostoku jeżdżą na basen, który jest bardzo dla nas, amazonek wskazany. Rehabilitować się zresztą musimy do końca życia. Już nigdy nie będę tak sprawna jak trzy lata temu. Przynależność do klubu jest bezpłatna, a działalność myślę, że wsparliby jacyś sponsorzy, każdy by jakąś złotówkę rzucił. Dziewczyny w Białymstoku dostały np. kijki do nordic walking na rehabilitację grupową. My nie mamy żadnej rehabilitacji, ale może, jakby nas się trochę zebrało, coś byśmy zorganizowały.
          Osoby chętne do działania w klubie amazonek mogą skontaktować się z panią Wandą telefonicznie pod numerem 510 460 985:
          - 16 października w Białymstoku jest „Marsz różowej wstążki”, październik jest „miesiącem walki z rakiem piersi”. Możemy się zorganizować, pojechać razem. Będzie spotkanie z lekarzami, porozmawiamy z innymi, którzy doświadczyli choroby. To będzie taki wstęp, by działać, by walczyć o zdrowie.

          Anna Kondraciuk, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. AK

        
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama