4 lipca nad Nurcem i okolicami przeszła gwałtowna burza. Nie towarzyszyły jej ani silny wiatr ani pioruny. Ale ilość wody, która spadła z nieba w towarzystwie silnego gradobicia dla wielu była przerażająca. Szczególnie nerwowy czas przeżyli ci, którym dosłownie lało się na głowę.
Spanikowana kobieta dzwoni i krzyczy: - Leje mi się na głowę. Nie nadążymy z opróżnianiem misek i wiader. Wody jest bardzo dużo. Niech pani przyjedzie i zrobi zdjęcie jak my mieszkamy. Dotarcie do Nurca wcale nie było łatwe. Przy takiej ilości deszczu wycieraczki w aucie były zupełnie bezużyteczne, bo widoczność, mimo ich ciągłej pracy, była równa zeru. Na poboczu odcinka drogi od Kajanki do Nurca stało wiele samochodów, które przeczekiwały oberwanie chmury. Po trudnej drodze docieram pod wskazany adres, na ul. Drzewną. Stoi tam jeden z tych budynków, które już dawno zostały przeznaczone do rozbiórki. Pozostałość po latach świetności przemysłu drzewnego w Nurcu. Drewniany barak, niegdyś należący do tartaku, dziś właściwie nie wiadomo czyją jest własnością. Podłoga jak kałuża Jedna z kobiet mieszkających w tym budynku oprowadza mnie po wszystkich 4 mieszkaniach, które wchodzą w skład obiektu. Widok jest przerażający. W niektórych miejscach woda nie kapie, nie przecieka, tylko wręcz się leje jak z odkręconego kranu. Zacieki na ścianach, sufitach. Miski i wiadra stoją wszędzie. Na podłogach, łóżkach, szafkach. Postawione do zbierania wody, co chwila muszą być opróżniane. W jednym pomieszczeniu sufit przecieka w kilku miejscach, więc dopilnowanie, by woda znalazła się w naczyniach jest niemożliwe. Dlatego podłoga w kuchni jest zupełnie zalana. Kilka centymetrów wody zalega na całej powierzchni podłogi. Wysoki próg między kuchnią a pokojem uniemożliwił przedostanie się wody do pokoju, chociaż tu też cieknie. Woda leje się z sufitu, po przewodach elektrycznych. Mieszkańcy nie włączają światła, bo w sytuacji kiedy kapie wprost z żarówki, to bardzo ryzykowne. W zmroku czekają na ustąpienie opadów. - Proszę zobaczyć, w jakich my warunkach żyjemy. Niewiele brakowało, by doszło do jakiegoś wypadku. Syn leżał na łóżku, tylko zdążył się podnieść i niemal natychmiast na łóżko spadł kawałek sufitu – pokazuje jedna z mieszkanek. Faktycznie, z sufitu odpadł duży fragment tynku, choć nie wiem czy tak można to nazwać. - Czyż ja nie chciałabym mieszkać w lepszych warunkach? Jeszcze mnie stać na to, by kupić trochę farby i jakoś odświeżyć te ściany i sufity, ale jaki jest sens to robić? Przyjdzie następna ulewa i zniszczy to. Mąż jest teraz na poddaszu i próbuje stamtąd tę wodę bezpośrednio wylewać na dwór, ale wiadomo, że wszystkiego nie zatrzyma – dodaje inna kobieta. - Było niejedno spotkanie z wójtem. On każe nam kupić sobie ten budynek na własność i wtedy zająć się remontem. Ale za co ja mam go kupić, skoro nie pracuję? Wójt powiedział, żebyśmy kupili ten budynek, a potem po odremontowaniu można wpuścić lokatorów. Ale tych lokatorów trzeba mieć gdzie wpuścić. Do takiej nory jak teraz, nikt nie przyjdzie mieszkać. Łatwo powiedzieć „kupić” jak się zarabia 10 tys. zł miesięcznie – z rozgoryczeniem mówi mieszkanka baraku. Patowa sytuacja Sytuacja jest co najmniej dziwna, bo na dobrą sprawę nie wiadomo, kto jest właścicielem budynku. - Stan prawny obiektu nie jest uregulowany jasno. Ponieważ ten budynek stoi na gruncie, którego właścicielem jest gmina, więc można domniemywać, że i budynek należy do gminy. Ale powtarzam to są tylko domniemania, żadnych oficjalnych dokumentów potwierdzających nie ma – wyjaśnia wójt gminy Nurzec Stacja, Piotr Jaszczuk. - Faktycznie zaproponowałem mieszkańcom, by na podstawie zasiedzenia przejęli ten budynek na własność. Ale oni nie chcą skorzystać z tej możliwości. A nawet gdyby w grę miało wchodzić wykupienie, to gmina dołożyłaby starań, by zastosować wszelkie możliwe upusty, nawet do 90% wartości tego budynku. A ponieważ ma on rozbiórkową wartość, więc wiadomo, że byłyby to bardzo małe pieniądze. Na jednym ze spotkań z mieszkańcami zadeklarowałem nawet, że gdyby oni przejęli budynek, to zrobiłbym wszystko, by pomóc pokryć go nowym dachem. Ale i to jakoś nie zmobilizowało mieszkańców. Zresztą z ich strony brak jest starań, by jakoś własnymi sposobami załatać największe dziury w dachu. Więc na razie sytuacja jest patowa. Gmina nie ma w tej chwili wolnych lokali socjalnych, by móc tam przenieść mieszkańców – dodaje Jaszczuk. Obserwując budynek z zewnątrz, trudno oprzeć się wrażeniu, że konstrukcja jest wręcz słomiana. Gdyby w Nurcu pojawił się taki grad jak w Bisztynku, z dachu tego domu nie zostałoby nic. W tej sytuacji to szczęście w nieszczęściu, że skończyło się tylko zalaniem. Jedno jest pewne – egzystowanie w takim domu to świadome czyhanie na własne zdrowie lub życie. Oby udało się problem rozwiązać zanim dojdzie do jakiejś tragedii.
Komentarze