Reklama

Nic wielkiego nie zrobiłem

09/07/2015 21:20

We wtorek 23 czerwca w siemiatyckim sądzie zasłabł mężczyzna. Stracił przytomność, nie oddychał, zsiniał. Miał też drgawki. Pierwszej pomocy udzielił mu Łukasz Markowski, sekretarz sądu.

- Wykonałem tylko masaż serca. W sumie też bardzo szybko przyjechało pogotowie. A jak to się stało? Nie wiem. Siedziałem na sali rozpraw, usłyszałem huk. Wybiegłem na korytarz, na korytarzu leżał mężczyzna. Tak na oko trochę ponadczterdziestoletni. Żona mężczyzny płakała, panikowała, krzyczała „ratujcie go!”. Sprawdziłem puls mężczyzny, zobaczyłem, że nie oddycha. Miał drgawki. Zacząłem masaż serca. Nie robiłem sztucznego oddychania ze względu na wydzieliny z ust, mężczyzna też krwawił trochę. W międzyczasie pracownicy z sądu zadzwonili po pogotowie. Sam niewiele bym zdziałał, bo w takim przypadku potrzebne jest współdziałanie. Trzeba było jeszcze uspokoić żonę mężczyzny, bo w sumie przeszkadzała w udzielaniu pierwszej pomocy. Szarpała nas, lamentowała. Szczerze powiedziawszy to nic wielkiego nie zrobiłem. Każdy by tak zrobił na moim miejscu – skromnie mówi pan Łukasz.

Reklama

Pomimo młodego wieku (ma 33 lata) nie był to jego pierwszy raz. Już kiedyś ratował ludzi: - Najechaliśmy na wypadek, przez bagażnik wyciągaliśmy dwójkę dzieci, ich mama była nieprzytomna. Nie czuję się bohaterem. To w sumie koleżanki z pracy przekonały mnie, bym się z panią spotkał. Trzeba jak najczęściej powtarzać, że nie należy się bać udzielać pierwszej pomocy. Te 3-4 minuty, kiedy zatrzymuje się serce, mają ogromne znaczenie. Po tym czasie udaje się przywrócić pracę serca, ale bardzo często uszkodzenia mózgu są tak duże, że uratowany staje się ciężarem dla siebie, rodziny. To tak samo jak słyszę, że boję się robić masaż serca, bo połamię żebra. Owszem, zdarza się i tak, że złamie się żebro. Ale wtedy trzeba zadać sobie pytanie: co jest ważniejsze – życie czy to złamane żebro? Nigdy też nie wiadomo kiedy kogo z nas może spotkać. Dziś pomogłem obcemu człowiekowi, jutro może to być ojciec, brat.

Pan Łukasz mówi, że krótko wykonywał masaż serca: - Bardzo szybko, za chwilę właściwie przyjechało pogotowie. Można myśleć, że czas się wtedy dłuży. Nie wiem, u mnie adrenalina nie pozwalała zastanawiać się nad tym, jak długo to wszystko trwa. To jest impuls, nie planuje się działania w takiej sytuacji. Po chwili, kiedy już zacząłem masaż, uświadomiłem sobie, że z niewłaściwej strony poszkodowanego jestem. Przemieściłem się na drugą. Nie miało to znaczenia, ale to takie analizowanie w trakcie. Co zrobić, by było jak najlepiej. Potem, kiedy mężczyzna dochodził do siebie, zaczął się rzucać. Trzeba było go przytrzymać, przytrzymać głowę, ułożyć bezpiecznie na boku, żeby sam sobie krzywdy nie zrobił. Jeszcze trochę byłem rozdygotany. No na pewno to są duże emocje. Oczywiście dowiadywałem się później się o zdrowie pacjenta. Wiem, że zabrano go do szpitala do Białegostoku.

Reklama

Jak twierdzi pan Łukasz nie było jeszcze w sądzie takiej sytuacji: - Owszem, zasłabnięcia, gdzie wystarczy trochę wody, powachlowanie, świeże powietrze. A naprawdę mamy różnych klientów. Dlatego uważam, że szkolenia, na które kierował mnie pracodawca właśnie z pierwszej pomocy przedmedycznej są jak najbardziej potrzebne. Poza tym jakieś tam predyspozycje odziedziczyłem po rodzinie.

Predyspozycje i szkolenie to jedno. Ważna jest chęć niesienia pomocy. Odwaga i świadomość, że te 3 minuty są najważniejsze.

Reklama

Anna Kondraciuk, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. AK

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama