W ubiegłym tygodniu pisaliśmy o nauczycielach, emerytach, których przy okazji świętowania Dnia Nauczyciela odznaczono za 50 lat członkostwa w ZNP. Dziś rozmawiamy z jedną z odznaczonych osób, panią Stanisławą Leoniuk, która w szkole przepracowała blisko 35 lat.
- Nauczycielem byłam dokładnie 34 lata i 8 miesięcy. Pracowałam w trzech szkołach. Jeszcze w latach 60-tych było tak, że przyjeżdżali przedstawiciele wydziałów oświaty i namawiali do swoich szkół. Wtedy zdecydowałam się na Sokółkę, bo podobała mi się tamta szkoła i była wówczas placówką wiodącą. Po trzech latach, ze względów zdrowotnych, ale przede wszystkim z powodu tęsknoty za domem wróciłam tutaj. Początkowo krótko pracowałam w Nurczyku, tam poznałam męża. Po 5 latach pracy w tej szkole, przeprowadziliśmy się do Siemiatycz i tutaj pracowałam już do emerytury. Początkowo po liceum pedagogicznym byłam nauczycielką nauczania początkowego i wychowania fizycznego. Później skończyłam studium nauczycielskie zajęć praktyczno-technicznych z plastyką, więc wówczas głównie uczyłam plastyki. Potem jeszcze przyszedł czas na Wyższą Szkołę Nauczycielską w Olsztynie i wtedy miałam już typowe wychowanie techniczne. W Siemiatyczach przez większość czasu pracowałam w ówczesnej „dwójce”, przez 4 lata byłam też zastępcą dyrektora w „Jedynce”. - Którą z tych szkół wspomina pani najmilej? - Wszystkie te szkoły wspominam równie sympatycznie, ale sercem związana byłam z „Dwójką”. W tej szkole była wysoko wyszkolona i bardzo ambitna kadra. Wielu nauczycieli robiło dyplomowanie i specjalizację jednocześnie. Dyrekcja w tej szkole, a dodam, że pracowałam za czasów trzech dyrektorów – pana Smorczewskiego, pani Półtorak oraz dyrektora Szczygoła, zawsze była bardzo przychylna tym nauczycielom, którzy chcieli się doskonalić. Zawsze można było liczyć na ich pomoc. Między nauczycielami była wielka przyjaźń. Jak komuś szykowała się hospitacja dyrektora czy kuratora, wszyscy oferowali pomoc, chociażby przy zrobieniu jakiś pomocy dydaktycznych. Wtedy nie mieliśmy komputerów i z tymi pomocami nie było tak łatwo, jak jest dziś. Wszyscy starali się pomóc, nie było zazdrości, a była więź. - Dlaczego została pani nauczycielką? - Myślę, że to było pewnego rodzaju powołanie, tylko że ja chciałam bardzo pracować z dziećmi niepełnosprawnymi. Ponieważ nie wyszło, dlatego rozpoczęłam pracę w normalnej szkole i dziś niczego nie żałuję. Kiedyś bycie nauczycielem wiązało się z ogromną odpowiedzialnością. Jeśli nauczyciel dostawał wychowawstwo, to miał obowiązek odwiedzić każdego ucznia w domu. Szedł albo sam, albo razem z pedagogiem, po to, by zobaczyć warunki, w jakich mieszka ten uczeń, zobaczyć jego kącik, porozmawiać z rodzicami. Trzeba było poznać warunki takiego ucznia, by wiedzieć jak z nim pracować. Bo czego można było wymagać od ucznia, jak ojciec alkoholik, matka też, a dziecko wstydzi się przyznać? Czasem było tak, że dzieci przychodziły, siadały na kolanach i opowiadały jak jest w domu, a my musieliśmy wysłuchać i pomóc, zareagować. Nie policja, ale my. Jak już bardzo tragicznie było w domu, to wówczas nawet dążyliśmy do umieszczenia dziecka w prewentorium. - Czy trudno było się rozstać ze szkołą? - Od 14 lat jestem na emeryturze. Pierwsze 3 lata są okropne. Człowiek czuje się taki odstawiony na drugi tor, ale trzeba sobie z tym jakoś radzić. Mieć dużo zajęć innych, mieć działkę, dużo czytać. Ja, mimo choroby, maluję. - Dlaczego wstąpiła pani do ZNP? Czy członkostwo w takim związku dawało coś nauczycielowi? - Jak się zostawało nauczycielem, od razu trzeba było zapisać się do Związku Nauczycielstwa Polskiego. Należenie do tego związku dla każdego nauczyciela, bez względu na to czy młodego, czy doświadczonego, było wielkim zaszczytem. I tak samo to odczuwam. Należę do związku, jestem nauczycielką z krwi i kości. Zostałam nią mając już 19 lat. Nikt nas do takiego członkostwa nie zmuszał, jedynie nam proponowano, ale to leżało chyba gdzieś w naszej mentalności – jeżeli jestem nauczycielem, to powinnam należeć do związku, jest to moim obowiązkiem. I wcale tego nie żałuję, jestem z tego dumna. Co ja bym była warta, gdybym nie należała do ZNP? Siedziałabym w domu, a tak mam okazję 3-4 razy do roku spotkać się z koleżankami, porozmawiać, powspominać, posłuchać pięknych wystąpień dzieci.
Nasze pokolenie nie patrzyło na korzyści, tylko na godność. Przy „Głosie Nauczycielskim” był prawnik i w razie potrzeby nauczyciel zawsze mógł się poradzić prawnika. Z jaką się sytuacją nie zaszło, jeśli nie było za późno ustawowo, związek wkraczał i szybko sprawę załatwiał. Finansowe kwestie też były obecne. Dostawaliśmy nagrody związkowe, w razie zgonu członków rodziny otrzymywaliśmy zapomogi. Zawsze ZNP w takich trudnych chwilach był wśród nauczycieli. - Czym różni się współczesna szkoła od tej sprzed lat? - Już dawno nie mam kontaktu ze szkołą, ale wydaje mi się, że różnica jest bardzo duża. Bardzo mnie zdziwił fakt, że na zabawach szkolnych dziś jest ochrona i pilnuje porządku. Sprawy wychowawcze załatwia policja. My, starzy nauczyciele, sami rozwiązywaliśmy takie problemy. Na pierwszym planie był rodzic, zebranie, dyskusje, czytanie, szukanie, jak postąpić, by dziecka nie skrzywdzić i problem rozwiązać. A problemy były dokładnie takie same, była narkomania, był alkohol, ale myśmy to świetnie sami rozwiązywali. - Jednak chyba jeśli pojawiał się uczeń mający problemy z narkotykami, to był to raczej ewenement w skali szkoły? - Nie powiedziałabym. Wąchali butapren jak szaleni, a jak była zabawa, to i swojskie winko potrafili przynieść. Nauczyciel był wśród dzieci, szybko zaobserwował i reagował na taką sytuację. Kiedyś jednak dzieci były bardziej zdyscyplinowane, bo nie miały tylu bodźców. Poza tym uważam, że w dobie dzisiejszej duża wina spada na młodych rodziców. Oni wychodzą z założenia, że jeśli ja miałem źle, nie miałem tego czy owego, to niech przynajmniej moje dziecko ma lepiej. - Czy dawni uczniowie pamiętają o pani? - Proszę zajrzeć na naszą klasę. Poprosiłam wnuczkę, żeby mnie tam umieściła. Ona tylko dzwoni i mówi: „babciu znowu ktoś cię zaprosił, czy mogę przyjąć do znajomych”? - Których uczniów pani szczególnie pamięta? - Dużo jest takich nazwisk, ale nie będę ich tu wymieniać, by kogoś nie urazić, bo o jednych wspomnę, a o innych zapomnę. Ale pamiętam uczniów z różnych powodów – jedni byli prymusami, inni wręcz odwrotnie. Jeszcze innych pamiętam, bo np. zakochał się w niewłaściwej osobie i przyszedł po radę. Jedna uczennica miała w domu imieniny, w trakcie których zginęła złota bransoleta jej mamy – nie poszła do rodziców z problemem, ani na policję, tylko do mnie. Co warto zaznaczyć, uczniowie, którzy się gorzej uczyli teraz się bardziej kłaniają niż ci, których się chwaliło. Wielu uczniów pamięta do tego stopnia, że w trudnych momentach mogłam liczyć nawet na ich pomoc. Swego czasu zachorowałam i potrzebne mi były leki z Kanady. Okazało się, że jest tam jedna z moich uczennic, która od swoich rodziców dowiedziała się o mojej chorobie. Bardzo szybko do mnie zadzwoniła, zapytała o nazwę leku i przysyłała mi. - Co pamięta pani z pracy w szkole w Nurczyku? - Szkoła w Nurczyku mieściła się na rozstaju dróg, trochę w lesie, między Nurcem Wsią a Nurczykiem, w polu. Był to drewniany budynek, w którym mieściły się 4 klasy, więc maksymalnie około 100 uczniów. Pracowało wówczas 9 nauczycieli. Nauczyciel ze swojej pensji nie płacił za nic, miał się tylko wyżywić. Za mieszkanie oraz inne rachunki płaciła gmina. Ja mieszkałam w Nurczyku w wynajętym pokoju u pani Stefaniuk. Dziś ta szkoła kojarzy mi się z takim prawdziwym współżyciem z ludźmi i z wielkim szacunkiem, jakim darzono wówczas nauczyciela. Pamiętam też ciepłą atmosferę między nauczycielami, pamiętano o imieninach, wszelkich świętach, pomagano sobie wzajemnie. Była prawdziwa przyjaźń. Spośród nauczycieli, którzy tam wówczas ze mną pracowali, pamiętam pana Warpechowskiego, panią Daniłow, Henię Zagubień, panią Pyzowską, panią Jaroszuk. Przedtem nie pracowało się 18 godzin. Jak zaczynałam pracować, to etat liczył 42 godziny, potem było 36, jeszcze później ponad 20. Nauczyciel w tamtych czasach nie był oddany wyłącznie szkole, był społecznikiem, który pracował także z ludnością wiejską, np. z Ligą Kobiet. Korzystając z okazji chciałabym podziękować pani Małgorzacie Godebskiej za tę odznakę i całemu zarządowi ZNP, bo dla nauczyciela emeryta to duża radość, znak tego, że jeszcze o nim pamiętają, że jeszcze się liczy.
Komentarze