Reklama

Malewszczyzna - Tutaj nasze miejsce

30/12/2001 15:05
Kikuty wystających belek, resztki nadpalonych ścian, sczerniałe deski, osmalona podmurówka, resztki mebli i domowego sprzętu, w środku biel kaflowego pieca, słowem pogorzelisko. Taki zastaliśmy widok spalonego domu Krzysztofa Molskiego. Pożar wybuchł nad ranem 5 grudnia. W domu, oprócz rodziców, przebywało sześcioro dzieci. Zdarzenie miało miejsce na Kolonii Malewszczyzna w gminie Milejczyce. Gospodarstwa mieszkańców oddalone są od siebie o co najmniej 1 km. Wokół las, śnieg, osiem stopni mrozu.
          Pożar wybuchł około godziny 4 nad ranem. Dom był drewniany, kryty eternitem. Płonął już dach, kiedy domownicy obudzili się. Na dwór wybiegli w tym, co mieli na sobie. Ogień rozprzestrzeniał się bardzo szybko. Nic się nie dało uratować. Dzieci schroniły się w stodole. Matka pobiegła do najbliższych sąsiadów po pomoc. Pobudziła domowników. Ci z przerażeniem spojrzeli na przestraszoną kobietę. Odblask pożaru przekonał ich o rodzącej się tragedii. Straż pożarną powiadomiono o 4.41. Niestety, niewiele udało się ugasić. Prawie cały budynek doszczętnie spłonął. Na widok wystraszonych i zziębniętych dzieci, które nie miały na sobie ciepłej odzieży, strażacy oddawali im swoje kurtki. Tym, które potrzebowały, również buty. Wkrótce dzieci przewieziono do ZOL w Bacikach. Rodzice ich nie mogli patrzeć na pogorzelisko. Sąsiedzi zabrali ich do siebie. Płacz i lament. I to nie tylko ze strony poszkodowanych. Ci, co mieszkali najbliżej i dobrze znali rodzinę, również byli wstrząśnięci rozmiarem tragedii. Zaoferowali każdą pomoc, jaka tylko będzie możliwa z ich strony. Bo ta będzie akurat teraz potrzebna najbardziej.

          Najważniejsze są dzieci
          - Około godziny 6 nad ranem - mówi Janusz Bąk, dyrektor Zakładu Opiekuńczo - Leczniczego w Bacikach Średnich - otrzymałem telefon. Spytano mnie, czy mogę przyjąć do zakładu szóstkę  dzieci. Opisano mi całą sytuację. Tragedia. Najważniejsze były te dzieci. Nie mogłem się nie zgodzić. Zaoferowałem pomoc
          - W jakim wieku są dzieci?
          - Najstarsze uczęszcza do III klasy gimnazjum, najmłodsze do I klasy podstawówki. Wszystkie dzieci były przestraszone, przygnębione, zniechęcone. Obecnie jesteśmy w trakcie załatwiania spraw związanych z ich pobytem w zakładzie. Należy przewidywać, że pobyt tych dzieci u nas będzie długi. Podejrzewam, że będą mogły przebywać tyle czasu, przez ile będzie potrzeba. Koszty wyżywienia tych dzieci pokrywa Caritas Diecezji Drohiczyńskiej. Dzieci w wieku szkoły podstawowej będą uczyły się u nas, zaś te starsze bedą dojeżdżały wraz z innymi do gimnazjum w Siemiatyczach. Pomoc w postaci zapewnienia tym dzieciom nauki oraz wszelka inna, zapewniana jest również przy udziale innych organów. Mamy już odzież, brakuje tylko podręczników oraz innych przyborów szkolnych, które będziemy musieli zdobyć jak najszybciej. Poza tym jest jeszcze trójka dzieci, które uczą się w Białymstoku. Najstarsza córka studiuje. Możemy również zorganizować tej rodzinie najbliższe święta, będą mogli przyjechać rodzice i starsze rodzeństwo.
          Gdzie będą mieszkać?
          - Po otrzymaniu tej wiadomości - mówi Mikołaj Sołyszko, wójt gminy Milejczyce - od razu udałem się na miejsce zdarzenia. Strasznie to wyglądało. Po prostu tragedia. Najważniejsze, że nikomu nic nie stało się i dzieci są bezpieczne. Rodzice najprawdopodobniej w najbliższych dniach przebywać będą u swoich znajomych w Nowosiółkach, może w Milejczycach. Przecież nikt teraz takiej pomocy nie odmówi.
          - Na jaką pomoc może liczyć rodzina ze strony gminy?
          - Na każdą. Oczywiście w miarę możliwości oraz posiadanych środków. Przede wszystkim mogą liczyć na pomoc w postaci sprzętu domowego, wyposażenia mieszkania. Mamy trochę mebli, kuchenkę gazową, wykładziny. To wszystko czeka na tę rodzinę i będzie do ich dyspozycji. Wygospodarujemy również środki finansowe z przeznaczeniem na bieżące wydatki i życie. Poza tym proponujemy miejsce kolejnego zamieszkania, bo jest taka możliwość w jednym z pustych domów w Kleszczelach. W każdej chwili rodzina może tam przenieść się. Pomożemy również w dostarczeniu tego całego sprzętu, o którym wspominałem. Niestety, nie wiem jak rozstrzygnie się sprawa z miejscem zamieszkania tej rodziny, ale dom w Kleszczelach byłby przynajmniej okresowym rozwiązaniem tego problemu. Oni sami muszą zadecydować. Niezależnie od ich decyzji, mogą liczyć na naszą pomoc.
          Pomoc społeczna nie od dziś
          - Czy rodzina Molskich korzystała dotychczas z jakiejkolwiek pomocy?
          - Obejmowaliśmy ich swoją pomocą - mówi Walentyna Błaszczuk, kierownik Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Milejczycach - GOPS był u nich zawsze, kiedy zachodziła taka potrzeba. Dzieci miały opłacone obiady w szkole, te starsze internat w Białymstoku. Rodzina korzystała z zasiłków okresowych. Teraz pomoc będzie im potrzebna jeszcze bardziej i na taką również mogą liczyć.
          Sąsiedzi pomogą
          - Był dom i nie ma domu - mówią okoliczni sąsiedzi - Co tu dużo mówić. Byliśmy tam zaraz po wszystkim. Oj, strasznie to wygląda. Ale w biedzie trzeba pomagać. W każdej chwili weźmiemy wszystkich do siebie. A i dobytek został. Jak trzeba będzie to i dobytek zabierzemy i przechowamy u siebie. A jak będą się odbudowywać, to przy pracy pomożemy. Ale najgorzej, że zima. Mróz trzyma i dlatego ciężko będzie im teraz pozbierać się.
          Pytamy o rozwieszoną na sznurkach odzież.
          - Pani Molska w dzień pranie robiła. Na noc nie pościągała. Jakby coś przeczuwała. Bo i to razem spaliłoby się z resztą.
          Dzień po tragedii
          W dzień po tragedii kilka osób przez cały czas kręciło się na terenie gospodarstwa poszkodowanych. Sąsiedzi, znajomi, rodzina - oni już zaczęli pomagać. Cały czas coś dowożą, proponują, doradzają. Gospodarza zastaliśmy przy pogorzelisku w momencie, kiedy sąsiedzi przywieźli wodę dla dobytku. Krowa, koń, trochę świń, kozy, kury - to ocalało w sąsiedniej oborze.
          - Studnia głębinowa, pompa na prąd - wyjaśniają wszyscy jednocześnie - a prądu teraz nie ma, więc wody nie ma jak wyciągnąć. Jak właściciel zdecyduje, to będziemy dowozić. Przecież dobytku nie można zostawić. To samo mogło spotkać każdego z nas.
          - Albo od komina się zajęło, albo zwarcie elektryczne - mówi Krzysztof Molski - Tylko te dwie przyczyny pożaru wydają się najbardziej możliwe. Jak się obudziliśmy, to cały sufit trzeszczał. Dach był zajęty ogniem, strych też. Żeby nie żona, to pewnie wszyscy spalilibyśmy się żywcem. Żona pierwsza coś usłyszała. Później mówiła, że słyszała jakby ktoś po górze chodził i szurał. Jak się zerwałem z łóżka, tak wybiegłem. Nawet cokolwiek ratować nie było kiedy. O, widzisz pan. Jeden but taki, drugi inny. Bez skarpet, w podkoszulce wybiegłem. I zaraz po dzieci. One też niewiele zdążyły złapać. Chyba tylko jedno kurtkę zabrało. Dzieci wyprowadziłem, ale nie było możliwości ratowania czegokolwiek. Zdążyłem tylko butlę z gazem wynieść, bo by wybuchło. Syn za mną wbiegł, zakręciłem butlę, a on przewód przeciął. Żona boso po śniegu do sąsiadów pobiegła przez las, prawie kilometr. Goły i bosy człowiek został.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama