Kontynuujemy cykl materiałów pod hasłem "Ludzie Cresovii". W tym numerze Krzysztof Walendziuk. Dla młodszego grona kibiców przypominamy, że pan Krzysztof przez ok. 10 lat z powodzeniem bronił bramki siemiatyckiej drużyny.
- Ile lat grałeś w piłkę? - Zacząłem grać w 1985 r. Pierwszym moim trenerem był Ryszard Błoński. Była to drużyna trampkarzy. Potem przeszedłem przez wiek juniora, wtedy trenował mnie Zbigniew Kudelski, na początku lat 90-tych na stałe wskoczyłem już do seniorów. Jak zaczynałem stawiać swoje pierwsze kroki na boisku, pierwszym bramkarzem Cresovii był Krzysztof Podoliński.
- Czy pamiętasz swój debiut w seniorach? - Mam nawet zdjęcie z tego meczu. To było w 1988 r. w Drohiczynie z tamtejszym Żubrem, nie pamiętam czy w lidze czy w Pucharze. Byłem jeszcze wtedy juniorem. Pamiętam, że zagrałem w tym meczu w zwykłych trampkach, takie były czasy. Chętnie pochwalę się, że w debiucie nie puściłem bramki.
- Najważniejszy mecz? - To z pewnością dwa barażowe spotkania o wejście do trzeciej ligi z Mazurem Ełk, w czerwcu 1993 r. Przypomnę, że pierwszy mecz przegraliśmy w Ełku 0:4. Pamiętam dokładnie to spotkanie. Mogliśmy wtedy do przerwy prowadzić 2:0. Piłka po naszych strzałach dwukrotnie zatrzymała się przed bramką przeciwnika w wodzie. Niestety, jednak ulegliśmy znacznie. W rewanżu natomiast padł remis 1:1. Goście wyrównali w końcówce.
- Czy w związku z tym ten mecz uważasz za swój najlepszy? Obroniłeś wtedy karnego. - Na pewno uważam go za jeden z najlepszych w moim wykonaniu. Faktycznie, obroniłem wtedy karnego. Jednak co do tych barażów, to rywale byli od nas zdecydowanie lepsi. Dzięki tym barażom dane było mi uczestniczyć w meczach, które uważa się za największe osiągnięcie Cresovii.
- Inne obronione karne? - Trochę ich było, ale nie jestem w stanie podać jakiejś konkretnej liczby. Pamiętam mecz w Krynkach, w Pucharze Polski, chyba z 1996 r. Po regulaminowym czasie gry był remis i zwycięzcę miały rozstrzygnąć rzuty karne. Obroniłem wtedy dwie decydujące jedenastki. Pamiętam, że ostatnią strzelał zawodnik z numerem "13". Przed tym strzałem powiedziałem do niego: "trzynastka, mam cię". I faktycznie, miałem go.
- Mocne i słabe strony twojej gry? - Na pewno wyróżniałem się pewnym chwytem piłki. Nie bałem się też wychodzić do dośrodkowań i łapać piłkę na polu karnym, gdzie niekiedy obok mnie aż kotłowało się od zawodników. Jeśli zaś chodzi o słabsze strony mojej gry, to na pewno nieco gorzej czułem się na dalekim przedpolu. Dodam, że koledzy czasami żartowali po moich akcjach, kiedy najpierw złapałem piłkę i dopiero po tym krzyknąłem "moja", a powinno być oczywiście odwrotnie.
- Przez dłuższy okres gry nie miałeś na swojej pozycji konkurencji. Jak to na ciebie wpływało? - Przewinęło się oprócz mnie kilku bramkarzy, ale trenerzy stawiali na mnie. A jak wpływał na mnie brak konkurencji? Powiem tak - konkurencja jest wskazana, zawodnik może się wtedy lepiej wykazać. Mimo, że tej konkurencji praktycznie nie było, w większości przykładałem się do treningów.
- Z jakimi obrońcami najlepiej ci się grało? - Przez większą część moich występów graliśmy czwórką obrońców w składzie, od prawej: Mariusz Brzeziński, Ryszard Boratyński, Cezary Wiliński i Jerzy Nowicki. Z tą obroną rozumiałem się najlepiej. Dodam, że jeśli kogoś z tej czwórki zabrakło, to do obrony najczęściej wskakiwali: Andrzej Sawa, Henryk Kozak, Ryszard Zalewski. W kolejnych latach nieźle współpracowało się w obronie z: Jackiem Kirylukiem, Mirkiem Kobusem, Mirkiem Twarowskim, Krzyśkiem Łopaciukiem, Tomkiem Marchelem, Norbertem Marks.
- Jakieś ciekawe lub śmieszne zdarzenie z meczu? - Takich zdarzeń było dużo. Te, które zapamiętałem najbardziej związane są z nietypowymi sytuacjami. A chodzi na przykład o bójki po meczach w Bielsku Podlaskim i Sokółce, wybitą szybę w autobusie po meczu w Choroszczy. Jeśli chodzi o wspomniane zdarzenie w Sokółce, to po meczu, wygranym 5:1, baliśmy się wyjść z szatni. Wyszliśmy dopiero w asyście policji, bo przed szatnią zebrało się wtedy mnóstwo ludzi. Chyba chcieli nas bić za porażkę swojej drużyny. Po tym meczu Sokółka spadała z okręgówki, więc ich złość była uzasadniona.
- Grałeś w drużynie, która "rządziła" w okręgówce. Czy tamten zespół było stać na więcej? - Faktycznie, w okręgówce mieliśmy wtedy kilka niezłych sezonów. Jednak co do naszych możliwości, to na tamtą drużynę, opartą na samych wychowankach, stać było jedynie na baraże do trzeciej ligi. Te baraże i tak były sporym sukcesem. Obiektywnie patrząc, na więcej tamtej drużyny raczej nie było stać.
- Zdaniem wielu kibiców byłeś najlepszym dotychczas wychowankiem Cresovii na pozycji bramkarza. Czy zgadzasz się z tą opinią? Co myślisz o obecnym młodym bramkarzu Cresovii? - Czy najlepszym? Nie chciałbym tego komentować. Dodam tylko, że przede mną bramki Cresovii broniło kilku bardzo dobrych bramkarzy: Ryszard Orzepowski, Jan Kiszczyński, Jan Kuca, Krzysztof Podoliński czy Dariusz Kochański. Natomiast co do obecnego bramkarza pierwszej drużyny, to uważam go za bardzo zdolnego chłopaka. Jest młody, ma duże możliwości i talent.
- Co poradziłbyś młodym chłopakom, którzy chcą lub zaczynają grac w piłkę na pozycji bramkarza? - Każdy musi robić to, co lubi. Jeśli jakiś młody chłopak ma talent i chce trenować, to systematyczna i ciężka praca na pewno przyniesie efekty.
- Czy marzy ci się pożegnalny mecz? - Oczywiście, ale nie chciałbym, żeby taki mecz był zorganizowany wyłącznie dla mnie. Myślę, że koledzy z dawnego zespołu też na taki mecz zasługują. Miło byłoby w sumie spotykać się na takie częściej, na przykład na cykl spotkań w ramach meczów oldbojów.
- Czym się teraz zajmujesz? - Prowadzę w Siemiatyczach zakład ślusarski. Mimo nawału pracy nie opuszczam meczów Cresovii i na bieżąco śledzę wyniki i sytuację w klubie. - Dziękuję za rozmowę. Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze