Reklama

Ludzie Cresovii - Krzysztof Podoliński

19/02/2010 15:05

Kontynuujemy cykl materiałów pn "Ludzie Cresovii". Tym razem prezentujemy Krzysztofa Podolińskiego, który od końca 70-tych i do początku lat 90-tych był bramkarzem siemiatyckiego klubu.

          - Kiedy zaczął pan grać w piłkę?
          - W 1978 r. Najpierw w trampkarzach, potem juniorach i seniorach. Przygodę z piłką zakończyłem w 1993 r. To daje 15 lat gry. Przez dwa lata służby wojskowej grałem w Husarze Nurzec Stacja.
          - Jakie były początki?
          - Klub ogłosił nabór do trampkarzy i zgłosiłem się. Pamiętam, że na wyznaczony termin przyszło ponad stu chłopaków. Graliśmy przy klubie na wszystkich dostępnych boiskach i asfalcie - tam, gdzie teraz są korty. Większość chłopaków nie została zaciągnięta do drużyn młodzieżowych, ja się załapałem. Pierwszym moim trenerem był Zbigniew Kudelski.
          - Na jakich szczeblach rozgrywek graliście?
          - W klasie "A" i okręgówce. To były wzloty i upadki drużyny. Jak wiodło się gorzej, to spadaliśmy do "A" klasy. Było lepiej - graliśmy w okręgówce.
          - Pamięta pan pierwszy mecz w seniorach?
          - Zadebiutowałem w pierwszej drużynie w wieku 16 lat. Graliśmy na wyjeździe z Iskrą Narew wygrywając 5:2.
          - Trenerzy, których wspomina pan najlepiej?
          - Każdy miał swój warsztat i każdy wnosił do drużyny coś nowego. Trenowałem u wspomnianego Zbyszka Kudelskiego, poza tym Józefa Szumiela, Anatola Grygoruka, Ryszarda Grala.
          - Mocne i słabe strony pana gry?
          - Na pewno moim atutem były warunki fizyczne. Z pewnością gorzej wiodło mi się na przedpolu.
          - Najlepszy mecz?
          - Wspomnę o dwóch. Jeden graliśmy w Czarnej Białostockiej. Obroniłem w nim dwa rzuty karne. To był 1989, może 1990 r. Drugi to wyjazdowe spotkanie w Wysokiem Mazowieckiem, na początku lat 90-tych. Wygraliśmy 2:1, przerywając długą passę meczów naszych rywali bez porażki. Cała drużyna grała wtedy bardzo dobrze.
          - A strzelone bramki?
          - Owszem. Sześć goli strzeliłem występując w Husarze, trzy w Cresovii. Wszystkie z rzutów karnych.
          - Sukcesy indywidualne?
          - Trudno je osiągnąć grając na takim szczeblu rozgrywek. Może zaliczyć do nich występy w kadrze województwa, podczas gry w juniorach?
          - Z kim najlepiej współpracowało się na boisku?
          - Jeśli chodzi o graczy z pola, to nie chciałbym kogoś wyróżniać, a innych pomijać. W zasadzie nie narzekałem na współpracę z kolegami. Również dobrze współpracowało mi się z innymi bramkarzami. Zaczynałem grać, kiedy w drużynie występowali Jan Kuca i Jan Kiszczyński. Potem grałem z: Dariuszem Kochańskim, Krzysztofem Walendziukiem, Adamem Wielkosielcem. Ten ostatni niestety już nie żyje.
          - Śmieszne albo ciekawe zdarzenie z boiska?
          - Podczas meczu w Michałowie, kiedy jeszcze grałem w juniorach, z pobliskiego kościoła po mszy wyszli ludzie i podczas meczu - jak gdyby nigdy nic - przeszli wszerz przez boisko. Nie wiedzieliśmy co się dzieje. Pewnie zawsze tak robili. Sędzia przerwał mecz i jak ostatnia osoba opuściła boisko, kontynuował.
          - Wspominał pan o epizodzie w Husarze.
          - Grałem tam w latach 1987-88, w lidze międzyokręgowej. To była niezła drużyna. Przez pewien czas moim kolegą z bramki był Albin Jaskot, który później występował Avii Świdnik i Stali Stalowa Wola.
          - Czy spotkaliście się w tamtych czasach z korupcją w piłce?
          - W Cresovii osobiście z tym nie spotkałem się, ale w Husarze tak. Przed jednym z meczów z białostocką drużyną podszedł do mnie bramkarz przeciwnej drużyny, kolega z kadry województwa, zapytał wprost, czy podłożę się i sprzedam im mecz. Drużyna ta walczyła wtedy o awans do drugiej ligi. Odpowiedziałem nie i to było tyle. Podobne podchody do mnie robiła też inna białostocka drużyna. Z takim samym efektem. Wspomnę jeszcze o próbie przekupstwa całej drużyny Husara, podczas jednego z meczów, kiedy w przerwie ktoś od rywali przyniósł do naszej szatni... wiadro wina, byśmy się podłożyli.
          - A przykre zdarzenia? Czy leciały w was kamienie?
          - Kamienie nie, a epitety owszem. Wolę jednak mówić o pozytywnych zdarzeniach. Np. miłe chwile przeżyłem w Chicago, kiedy tam pracowałem. Kiedy siedziałem ze znajomymi w restauracji, podszedł do mnie mężczyzna i zapytał, czy to ja jestem tym byłym bramkarzem Cresovii? Okazało się, że to siemiatyczanin, który będąc młodym chłopakiem chodził na mecze.
          - Która Cresovia według pana była silniejsza? - wasza?, za trenera Grygoruka?, inna czy obecna?
          - Świat się zmienia, piłka nożna również. Teraz są inne warunki, sprzęt, organizacja. Uważam, że każda kolejna drużyna była lepsza od poprzedniej.
          - Jak potoczyły się pana losy po zakończeniu przygody z piłką?
          - Zostałem w Siemiatyczach. Tutaj też pracuję, obecnie jako kierowca - ratownik karetki pogotowia. Korzystając z sytuacji pozdrawiam kolegów i koleżanki z pracy.
          - Czy śledzi pan wyniki i obecną sytuację klubu?
          - Oczywiście. O ile czas pozwala, staram się być na każdym meczu. Cieszę się, że drużynę objął trener z Siemiatycz. Zespół jest młody i jeśli się nie rozleci, to będzie miał przed sobą przyszłość. Mam też nadzieję, że dojdzie do zmian organizacyjnych w klubie, bo czas działaczy społecznych już minął.
          - Syn Przemysław poszedł w ślady ojca.
          - Owszem, z tą różnicą, że gra na boku lub w środku pola. Zaczynał u trenera Kowalczyka, grał u trenerów Kobusa i Wojnara. Ubiegłej jesieni zadebiutował w pierwszej drużynie u trenera Skoczylasa. Posiada doskonałe warunki fizyczne. Może być z niego dobry piłkarz. Zresztą podtrzymuje rodzinne tradycje piłkarskie, bo i stryj Tadeusz i jego syn Robert też grali w Cresovii.
          - Dziękuję za rozmowę.

          Cezary Klimaszewski, fot. CK

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama