Reklama

Kto leczy psy burmistrza?

18/10/2007 22:42
W innych miastach są pogotowia weterynaryjne, całodobowo dyżurują lekarze weterynarii. A w Siemiatyczach? Niewiadomo kto ma się zająć rannym „bezpańskim” psem, bo władze miasta do tej pory nie uregulowały tych kwestii.
          Powracamy do tematu bezpańskich psów. Od jakiegoś czasu często dzwonią do nas Czytelnicy z pytaniami, co zrobić, kiedy znajdą potrąconego psa, kota, który jeszcze żywy, ale mocno poturbowany zdycha na oczach dzieci.
          Teoretycznie powinno się powiadomić lekarza weterynarii, zawieźć zwierzę do tego lekarza. Jednak jest jedno „ale” – w naszym mieście nie ma pogotowia weterynaryjnego, nie ma schroniska, nie ma fachowych służb, które tego typu sprawami by się zajmowały.
          Psy wójta i burmistrza
          - Opieka nad bezpańskimi zwierzętami zgodnie z art. 11 ust. 1 ustawy z dnia 21 sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt należy do zadań własnych gmin – mówi Powiatowy Lekarz Weterynarii, Mirosław Tołwiński. - Dlatego w przypadku każdego zdarzenia, w których ucierpi bezpańskie zwierzę należy poinformować właściwy urząd miasta lub gminy. Podjęcie działań przez samorząd zależy wyłącznie od przyjętych w danym urzędzie rozwiązań. Oczywistym jest, że o udzielenie pomocy lekarskiej jednostka samorządowa powinna zwrócić się do lekarza weterynarii prowadzącego własną praktykę. Na terenie powiatu siemiatyckiego prowadzonych jest 16 praktyk lekarsko - weterynaryjnych, świadczących usługi w zakresie lecznictwa zwierząt, z czego aż 5 w Siemiatyczach. Gabinety lekarsko - weterynaryjne mają swoje godziny pracy, ale gdy zachodzi konieczność udzielenia pomocy w nagłych wypadkach, lekarze podejmują działania także poza godzinami pracy.
          Nie jesteśmy pogotowiem weterynaryjnym
          Oczywiście podejmują, ale są to lecznice prywatne. Prywatne, czyli praktyka weterynaryjna, którą prowadzą jest ich źródłem dochodu, nie robią tego charytatywnie.
          - Zdarza się, że przyjmuję takiego potrąconego psa czy kota. Daję mu leki uśmierzające ból czy po prostu usypiam, by zmniejszyć jego cierpienia. Ale mogę to zrobić raz, dwa, nie ciągle, bo to nawet nie chodzi o koszt mego czasu, ale koszt leków. Nikt mi przecież za to nie płaci – twierdzi lekarz weterynarii, chcący zachować anonimowość. – Poza tym, gdyby zaszła konieczność hospitalizacji zwierzęcia – gdzie mam je przechować? Prowadzę gabinet, a nie szpital czy schronisko. Zdarzają się i takie wizyty, że ludzie przynoszą małe kociaki czy ptaki, które wypadną z gniazda i proszą, chociaż proszą to za delikatne określenie, żądają, by się zająć zwierzęciem, bo przecież jestem weterynarzem, bo to moja praca. Ale jeśli wychodzi się z takiego założenia, to każde błąkające się dziecko należy zaprowadzić do przedszkolanki czy nauczycielki, bo to jej praca...
          Wiemy zaś, że w innych miastach są pogotowia weterynaryjne, całodobowo dyżurują lekarze weterynarii. Takie pogotowia dofinansowywane są przez jednostki budżetowe, ludzie, którym nieobojętny jest los naszych mniejszych braci nie muszą obawiać się kosztów.
          Przechowalnia w PK
          Zgodnie z ustawą, na którą powołuje się Mirosław Tołwiński i logiką rozumowania, siemiatycki samorząd powinien mieć umowę z którymś z 5 lekarzy praktykujących na terenie miasta na świadczenie usług dla zwierząt „samorządowych”, czyli tych oficjalnie nie posiadających właściciela. Tym bardziej, że problem bezpańskich psów istnieje i wielokrotnie pisaliśmy o tym. Wg oficjalnego (wielokrotnie podkreślanego czy to przez burmistrza czy prezesa PK) stanowiska urzędu miasta, to właśnie przedsiębiorstwo odpowiedzialne jest za wyłapywanie i „sprzątanie” zwłok zabitych przez samochody psów czy kotów. Problem załatwiano tymczasowo. Wyłapywano psy, przetrzymywano je w karygodnych warunkach na terenie Przedsiębiorstwa Komunalnego. Ponoć zgłaszali się po zwierzęta ich właściciele. Do nas dochodziły głosy, że psy wywożone były na tereny wiejskie... Mieliśmy też sygnały od mieszkańców, próbujących opiekować się psami przebywającymi w przechowalni PK, że zwierzęta są głodzone, mają nieocieplane „budy” (bo trudno nazwać skrzynkę budą). Sukę oddzielono od szczeniaków, te bez matki zdechły z głodu. Wiosną br. młode dziewczęta zbierały pieniądze na wykup zwierząt z przechowalni, na ich sterylizację i adopcję, ale niestety z wiatrakami nie da się walczyć. Po jednym z telefonów do redakcji, w którym nasza Czytelniczka prosiła o pomoc dla zdychającego psa, też zadzwoniliśmy do PK – usłyszeliśmy głębokie westchnięcie i komentarz, że oni działają bezprawnie, bez żadnej umowy. Niemniej obiecano nam, że ktoś zajmie się psem.
          Policja też nie pomoże
          Mieszkańcy w sprawach zwierząt leżących na poboczach dróg dzwonią też na policję. Nam skarżą się, że policja nie reaguje. Ale to nie policja jest od sprzątania zwłok zwierząt czy też od wożenia rannych do weterynarza.
          - Teoretycznie moglibyśmy interweniować w przypadku gdyby zwierzę było agresywne, zagrażało bezpieczeństwu – mówi Powiatowy Komendant Policji, młodszy inspektor Andrzej Ryński - Ale też nie mamy narzędzi do tego typu działań. Nawet odstrzelenie agresywnego zwierzęcia – nie mamy odpowiedniej broni... Jest to zadanie samorządu, my jako policja możemy tylko pouczyć właściciela, zwrócić uwagę. Niemniej jednak będę chciał poruszyć te kwestie w rozmowach z burmistrzem czy ze starostą.

          Anna Kondraciuk, tygodnik Głos Siemiatycz
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama