Reklama

Katastrofa śmigłowca Straży Granicznej - Klukowicze Kolonia, Wyczółki

02/11/2009 11:12
31 października przed godz. 18.00 śmigłowiec z 3 osobami na pokładzie spadł po białoruskiej stronie granicy. Wykonywał lot patrolowy z Białegostoku do Mielnika. Zginęło 3 funkcjonariuszy: 49-letni pilot, 35-letni nawigator i 34-letni operator.

          Oto relacja z akcji ratunkowej:
          15.15 - śmigłowiec Podlaskiego Oddziału Straży Granicznej marki Kania, z 3 osobami na pokładzie, startuje z Białegostoku. Ma patrolować granicę z Białorusią.
          17.30 - helikopter znajduje się nad granicą w powiecie siemiatyckim.
          17.38 - po raz ostatni załoga kontaktuje się placówką SG w Mielniku. Potem następuje cisza w eterze.
          17.54 - kilku mieszkańców Klukowicz i Wyczółek słyszy warkot, który po chwili zanika. Świadek widział śmigłowiec lecący bez świateł pozycyjnych. Być może pilot korzysta z gogli noktowizyjnych.
          18.00 - dyżurny policji w Siemiatyczach odbiera telefon o prawdopodobnej katastrofie.
          18.02 - w rejon Tokar i Klukowicz wyjeżdżają pierwsze jednostki straży pożarnej, policji i straży granicznej.
          18.18 - wozy ratownicze docierają na miejsce. Pierwsi dojeżdżają ochotnicy z Siemichocz. Wszędzie cisza. W Tokarach, Klukowiczach, Wyczółkach i innych wsiach mieszkańcy wychodzą na ulice. Nie wszyscy jeszcze wiedzą co się stało.
          18.20 - policja oraz straż graniczna zaczynają wypytywać o świadków zdarzenia. Tych brakuje.
          18.45 - w okolicy Klukowicz i Tokar koncentruje się już kilkanaście jednostek straży pożarnej z powiatu siemiatyckiego i hajnowskiego, straż graniczna z Mielnika, dojeżdżają pogranicznicy z innych jednostek, służba leśna.
          18.50 - nadal nie wiadomo, gdzie spadł śmigłowiec. Najbardziej prawdopodobna wersja - to przestrzeń od Tokar do Klukowicz.
          18.55 - większość jednostek ratowniczych koncentruje się przy drodze Tokary - Klukowicze i na żwirówce koło Kolonii Klukowicze. Pierwsi ratownicy wyruszają z latarkami w pole.
          19.40 - dojeżdżają kolejne jednostki straży granicznej, pożarnej i policji. Nad terenem jest już śmigłowiec z reflektorem. Straż pożarna i policja wozi świadków w miejsca, które wskazują. Bez efektów.
          19.57 - pojawia się informacja, że śmigłowiec znalazł miejsce katastrofy koło Wólki Nurzeckiej i oświetla je. Większość jednostek rusza w tamtą stronę. Śmigłowiec odlatuje, bo kończy mu się paliwo. Nad okolicą nie pojawi się już żadne wsparcie z powietrza.
          20.20 - pierwsze jednostki docierają w okolice Wólki Nurzeckiej. Rozjeżdżają się po okolicy.
          20.30 - nic nie znajdują. Wozy dojeżdżają też aż do Zubacz i Bobrówki w gm. Czeremcha. Ratownicy wypytują ludzi - nikt nic nie widział i nie słyszał.
          20.42 - jest już oficjalna informacja o efektach poszukiwań śmigłowca z góry. Załoga nic wtedy nie znalazła. Leżący wrak koło Wólki Nurzeckiej to bujda. Jak doszło do tej dezinformacji? Podane współrzędne to... Lublin. Odwrót do Klukowicz.
          20.45 - zawrócone zostają 3 śmigłowce lecące na pomoc, ze względu na złą pogodę.
          21.00 - w Klukowiczach koncentruje się policja sprowadzona z ościennych jednostek. W okolicznych wsiach niewielu mieszkańców śpi.
          21.30 - ratownicy jadą na drogę żwirową koło Koloni Klukowicze. Następuje krótka odprawa. Tyralierą mają iść lasami i polami w stronę Wyczółek. Tamto miejsce wskazują świadkowie. Jak się potem okazało, świadkowie pomylili się tylko o 150 metrów.
          22.00 - w poszukiwaniach przeszkadzają ciemności, gęste zarośla i bagna. Nadchodzi odgórny rozkaz, aby ponownie rozpocząć przeczesywanie od strony Tokar w kierunku Klukowicz.
          22.05 - droga z Kolonii Klukowicze do granicy jest zablokowana, samochody nie mogą cofnąć ani pojechać do przodu. Stoją tam wozy ratownicze i auta gapiów.
          22.15 - do Tokar dojeżdżają: pogranicznicy z Czeremchy i Dubicz Cerkiewnych oraz żandarmeria wojskowa z Białegostoku. Powoli udaje się rozładować korek koło Kolonii Klukowicze. Czy okoliczne drogi nie powinny być zablokowane, by przejazdów nie tarasowały cywilne pojazdy? Nadal nie wiadomo, gdzie spadł śmigłowiec.
          22.25 - do Tokar dojeżdża wojewoda podlaski.
          23.00 - w ośrodku kultury w Mielniku zbierają się rodziny strażaków i pograniczników z tutejszej placówki, by robić herbatę i kawę, która zostanie dowieziona na miejsce akcji.
          23.50 - do Klukowicz i Tokar wciąż dojeżdżają kolejne jednostki straży granicznej i policji.
          00.50 - samochód GOKSiR z Mielnika z gorącymi napojami dociera do Tokar. Tam w okolicy skrzyżowania od strony Koterki koncentruje się większość sił.
          1.00 - jest ok. 2 stopni Celsjusza. Mokra trawa, rowy melioracyjne i bagna. Wszyscy są przemoczeni.
          1.17 - decydujące wyjście ponad 200 ludzi. Idą od Tokar w na zachód tyralierą, przez błota, bagna i zarośla. Teren jest oświetlany racami na spadochronach.
          1.45 - jeśli przez ok. 2 godziny poszukiwania nie przyniosą efektu, na godz. 4.00 przyjadą do pomocy pogranicznicy z Białowieży, Narewki i Białej Podlaskiej.
          2.20 - komendant Podlaskiego Oddziału SG Leszek Czech, w siedzibie sztabu w budynku po byłej szkole w Tokarach, potwierdza, że urządzenia naprowadzające z rozbitego śmigłowca wysyłają wyraźny sygnał. Sygnał ten udaje się zlokalizować. Jest to koło słupka granicznego 1.378 - w okolicy Wyczółek, ale po stronie białoruskiej. Informacja ta zostaje przekazana Białorusinom, którzy do tej pory prawdopodobnie niewiele zrobili.
          2.25 - grupa ludzi, która przed godziną wyszła z Tokar szukać wraku dotarła pod Klukowicze. Nic nie znaleźli, poza szczątkami jelenia.
          2.30 - pojawia się informacja, że z Warszawy leci specjalistyczny śmigłowiec. Ma lądować w Mielniku, by uzupełnić paliwo.
          2.35 - prawie na sto procent wrak leży po stronie białoruskiej koło Wyczółek. Potwierdzają to też ratownicy, którzy w tamtej okolicy poczuli zapach paliwa i słyszeli sygnał akustyczny jakiegoś urządzenia elektronicznego.
          2.40 - do Tokar ponownie zjeżdżają ratownicy, którzy niedawno szukali wraku nad granicą. Będą czekać na kolejne rozkazy. Podobno strona białoruska już szuka załogi i śmigłowca.
          2.45 - strażnicy z Czeremchy i Dubicz Cerkiewnych zostają odesłani.
          2.50 - śmigłowiec z Warszawy nie przyleci. Nie ma już potrzeby. Białorusini nadal szukają. Ciekawe ilu ich jest?
          3.55 - Przy słupku 1.378 polscy ratownicy wskazują Białorusinom miejsce katastrofy po ich stronie. Białorusini zdziwieni. Na polską stronę niesie się zapach paliwa i słychać sygnał dźwiękowy. Na prośbę strony polskiej, Białorusini idą za niewielki lasek po swojej stronie. Po chwili wracają. - Wracza! (lekarza). Zgadzają się na wpuszczenie 6 osób, w tym lekarza i sanitariusza.
          Niewiele ponad 150 metrów od granicy, na kilkudziesięciohektarowej łące leży rozbity śmigłowiec. Niestety, nikt nie przeżył.
          Sygnał dźwiękowy pochodził z uszkodzonej radiostacji. Urządzenie naprowadzające, które miało automatycznie włączyć się po upadku nie zadziałało. Śmigłowiec nie wybuchł. W miejscu zderzenia z ziemią jest metrowy lej.
          4.40 - jednostki ratownicze są po kolei odwoływane.

          Śmigłowiec, który spadł na ziemię, był w pełni sprawny. Został wyprodukowany 3 lata temu. Kania to zmodernizowany Mi-2 z amerykańskim silnikiem i nową awioniką. Przyczyny katastrofy ustali białoruska prokuratura i polska komisja badania wypadków lotniczych.
          Polskie służby koordynujące działania zza biurka podkreślają dobrą współpracę ze stroną białoruską. Faktycznie, może była ona i dobra, lecz po znalezieniu wraku i zwłok członków załogi, bo wcześniej praktycznie jej nie było lub była bardzo ograniczona.
          W czasie, kiedy ponad pół tysiąca ludzi z wielkim oddaniem przez blisko 10 godzin szukało śmigłowca, z nadzieją odnalezienia żywych członków jego załogi, Białorusini nie zrobili praktycznie nic. Po naszej stronie metr po metrze przeszukano kilkanaście kilometrów kwadratowych pól, lasów i bagien. Po tamtej stronie granicy pojeździł sobie "łazik". Miejsce katastrofy wskazano Białorusinom palcem. Niestety, tak wygląda rzeczywista współpraca transgraniczna, a nie jak w projektach polsko - białoruskich, pisanych, by dostać dotację z Unii. Bezczynność w obliczu tragedii to kompromitacja białoruskich władz. Nawet samochód strażacki, który oświetlał miejsce katastrofy, musiał stać po polskiej stronie.
          Widzieliśmy z bliska pracę strażników, policjantów i strażaków. Łatali oni na bieżąco system łączności i koordynowali swoje działania, bo znają się prywatnie, spotykają i rozmawiają o ewentualnej współpracy na wypadek kryzysu. Robią to, co urzędnicy powinni zrobić w ustawach. Brak sprawnego systemu ratowniczego to kompromitacja polityków odpowiedzialnych za skoordynowane działanie służb ratunkowych.

          Cezary Klimaszewski, Jacek S. Wasilewski, tygodnik Głos Siemiatycz fot. JSW i CK
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama