20-letnia Agnieszka Radź z Mielnika wygrała tegoroczny mielnicki Festiwal Korowaja. Impreza ta od pięciu lat organizowana jest przez ośrodek kultury w Mielniku.
W tym roku do konkursu zgłoszono 7 korowajów. Zdaniem komisji najefektowniejszy i najsmaczniejszy korowaj wykonała Agnieszka Radź. Jej wypiek zdobiły m.in. dwa łabędzie z ciasta. Drugie miejsce zajęła Barbara Hackiewicz, trzecie – Agnieszka Martyniuk. Osoby te otrzymały nagrody, artykuły gospodarstwa domowego. Organizatorzy wyróżnili też wypieki Antoniny Gruszewskiej i Haliny Pytel. Podziękowania za uczestnictwo otrzymali Krzysztof Hackiewicz i Alina Bukrewicz. Przy ocenie pod uwagę komisja brała wygląd i smak. Wszystkie korowaje okazały się smakowite, więc – jak nam powiedzieli członkowie jury – kryterium decydującym o przyznaniu miejsc był wygląd. Zwyciężczyni, zapytana o przepis na swój wypiek, powiedziała: - Nie zdradzę przepisu. Niech pozostanie moją tajemnicą. Cieszę się, że mój korowaj smakował gościom, którzy przyszli na festiwal. Swoje ciasto zwyciężczyni przygotowywała prawie pół dnia – na dzień przed konkursem. - Najwięcej czasu zajęło mi dekorowanie ciasta, a szczególnie uformowanie łabędzi. Zrobiłam je z masy solnej. Reszta to drożdżówka. Spać nie mogłam, bo martwiłam się, żeby nie wyszedł zakalec – powiedziała Agnieszka Radź. Zgłoszone do konkursu ciasta bardzo szybko zniknęły ze stołu. Mielnicką tradycją jest bowiem możliwość spróbowania wszystkich wypieków na zakończenie konkursu. Ciasta oceniała komisja w składzie: Katarzyna Turosieńska – Durlik, Wiesława Bloch – Brick, Anna Maruszeczko, Maria Charkiewicz, Justyna Kowalczyk, Michał Bogacki. Przed rokiem konkurs wygrała Natalia Fiedorczuk z Klukowa, przed dwoma laty Janina Abramczuk, przed trzema Barbara Hackiewicz. W części artystycznej wystąpiły: "Wrzosy" z Wilanowa, "Krynica” z Radziwiłłówki, „Nowina” z Moszczony Królewskiej i „Hiłoczka” z Czeremchy.
Pani Aniela z zespołu „Hiłoczka”, o dawniejszej tradycji korowaja, powiedziała nam: - Kiedyś, kiedy tradycja korowaja była większa, miał być gotowy na sobotę, bo w sobotę były wesela. Korowaj robiło się duży, jak to na wsi, w piecu, a nie jak teraz - w piekarniku. Schodziły się kobiety, śpiewały, masę robiły i piekły. A jak już się upiekł, to siadało się do stołu, jadło, piło i jadło – pod sobotę i pod wesele. A zawsze u kogoś w tym terminie wesele we wsi lub w okolicy było. Dlatego kawałek tego korowaja brało się, zawijałyśmy w ścierkę i wiozłyśmy furą młodym na skosztowanie. No i zostawało się już na tym weselu.
Cezary Klimaszewski, tygodnik Głos Siemiatycze, fot. CK
Komentarze