Niewiele brakowało, by niedziela 7 czerwca stała się tragicznym dniem dla trójki młodych ludzi i ich rodzin. To, że żyją zawdzięczają panu Zbigniewowi Nielipińskiemu, przewoźnikowi na drohiczyńskim promie:
- Ok. godz. 18.00 na Bugu w Drohiczynie na skuterze wodnym pływała trójka młodych ludzi - mężczyzna, który kierował i dwie młode kobiety. Nie wiem skąd są, ale często ich tu widuję. Płynęli bardzo szybko. Coś im się działo z tym skuterem, chyba zgasł silnik. I podpłynęli za blisko promu. Silnik zaczepił o linę i skuter się wywrócił, a cała trójka wylądowała w wodzie. Całe szczęście, że lina nie zdążyła się schować w wodzie, mieli się za co złapać. Co ważne – żadne z nich nie miało kamizelki ratunkowej. A te dwie dziewczyny na pewno nie umiały pływać. Szybko zatrzymaliśmy prom, żeby lina się nie zanurzała, nie opłacało się rzucać kół ratunkowych, bo by odpłynęły, a dzieciaki zostałyby w wodzie… Udało nam się lekko cofnąć. Ten chłopak wyszedł sam, dziewczyny wyciągnąłem. Ta jedna tak kurczowo trzymała tej liny. Uspokajałem, mówiłem, że już ją mocno trzymam, że już wszystko będzie dobrze. Potem już zajęli się nimi turyści, którzy akurat płynęli ze mną promem. Jeszcze potem, jak dopłynęliśmy do brzegu, to kolega wziął łódkę i popłynął po skuter, który zatrzymał się na pobliskiej wyspie. Naprawdę to wszystko działo się może dwie minuty – opowiada pan Zbigniew.
Pomimo że rozmawiamy po kilku dniach od zdarzenia, pan Zbigniew jest jeszcze pełen emocji.
- Bardzo się zdenerwowałem, przez głupotę dzieciaki mogły stracić życie. Bez kapoków, z brawurą do wody…?
Zbigniew Nielipiński uchodzi w Drohiczynie za znawcę Bugu. – On jeden wie, gdzie może stanąć bezpiecznie. Po kolorze wody rozpoznaje głębiny – usłyszeliśmy. Pan Zbigniew ma ponad 80 lat. Od prawie 60 jest przewoźnikiem. Jego ojciec, Bolesław Nielipiński, też pracował na promie:
- Mieszkaliśmy nad wodą, po tamtej stronie – mówi pokazując „ruską stronę”. – Już jako mały chłopiec inne dzieci woziłem łódką do szkoły. Potem, jak jeszcze targi były w Drohiczynie, to się pływało dużą łodzią. I krowy i ludzi się przeprawiało. Z 50 ludzi się przewoziło. I można było kursować po zmroku. Teraz nie. Dwa auta, 20 pasażerów. Sam prom waży kilkanaście ton. Trzy lata temu, jak kupiono te nowe promy, to okazało się, że nie ma nikogo z patentem żeglarskim i egzaminem zdanym na promy i tak ja zostałem. Szkolę kolegów. Po dwóch jesteśmy na zmianie.
Przewoźnik wspomina dawne dzieje:
- Kiedyś, jak zimy konkretne były i Bug skuty lodem, na czas niekursowania promu śmiałkowie chcieli się lodem przeprawiać na drugi brzeg. Wozem, z końmi. I oczywiście lód się załamał. Trzeba było po kolei rozrąbywać lód, by konie mogły do brzegu dopłynąć, ale się uratowały. Wóz też znaleźliśmy. Poszedł pod lód, ale przepłynął dalej. A skoro wiosna, jeszcze jak kra była, już zaczynał się spływ promem.
Pan Zbigniew nie przypomina sobie niemiłych czy niebezpiecznych sytuacji na promie: - No oprócz tej niedzielnej. I wtedy kiedy prom ukradli.
- Pożyczyli, tak nam przecież napisali, że to użyczenie tylko było. A koszty transportu, całej akcji z szukaniem promu? Jak ktoś rozrabiać nam zaczyna, to łańcuchem przykuwamy – żartuje Maciej Gawrysiuk, zmiennik pana Zygmunta.
Na promie pracują jeszcze Marcin Chajwos i Błażej Ochędalski. Prom kursuje codziennie, w dni robocze w godz. 10 – 13 i 15 – 18, w soboty, niedziele i święta w godz. 10 – 13 i 15 – 20. Prom nie kursuje w czasie deszczu. Telefony do przewoźników: 570 291 319, 664 593 115. Czas pokonania rzeki to ok. 5-10 minut
Anna Kondraciuk, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. JSW
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze