O pani Danucie Bakunowicz z Siemiatycz mówią, że jest jak Irena Kwiatkowska w filmie ”Czterdziestolatek”, bo żadnej pracy się nie boi. Od niedawna panią Danutę można spotkać w Siemiatyczach za kierownicą autobusu. Jest pierwszą kobietą w okolicy, a może i nawet w województwie, która kieruje autobusem.
Z panią Danutą rozmawiamy o jej nowej profesji. - Od kiedy pani jeździ autobusem? - Mija miesiąc. - Jak się zaczęło? - Wcześniej pracowałam w "Polserze" w Siemiatyczach. Potem była krótka przerwa, po czym znowu zaczęłam rozglądać się za pracą. Pomysł, aby zapytać o pracę w siemiatyckim PKS, podrzucił mój mąż Andrzej, który od lat tam pracuje. Potraktowałam to poważnie i już drugiego dnia, ze sporą tremą, zawitałam u prezesa PKS. Zapytałam, czy poszukuje kierowcy autobusu, dodając, że jeśli tak, to ja mogę zostać tym kierowcą. Nie krył zaskoczenia i uśmiechu na twarzy. Po krótkiej rozmowie oraz z pozytywnie podpisanym zaświadczeniem udałam się do urzędu pracy. Wchodząc tam, powiedziałam: "zadam pani pytanie, ale niech pani się z tego nie śmieje". Jednak jak usłyszano moje pytanie o kurs kierowców autobusów, to uśmiech na twarzy pani Beatki z urzędu pracy był tak radosny, że na długo go zapamiętam. - Potem było szkolenie? - Tak. Trwało prawie pięć miesięcy. Były to wyjazdy, raz w tygodniu, do ośrodka szkolenia w Sokołowie Podlaskim. Na kursie było 16 osób - oczywiście 15 mężczyzn. - Czy szkolenie było trudne? - Najpierw trzeba było zaliczyć testy teoretyczne. Zaliczyłam je. Po nich zajęcia praktyczne i wtedy pojawiły się pierwsze obawy, czy sobie poradzę, tym bardziej, że już na pierwszych zajęciach instruktor powiedział, że jedziemy na miasto. Po pierwszej jeździe w Sokołowie zapytałam instruktora, jak było? Odpowiedział, że co czwarty mężczyzna pierwszą jazdę zaliczał gorzej, ale nie chce chwalić dnia przed zachodem słońca. - Kilku mężczyzn, którzy zdawali egzamin razem z panią, nie zdało go. - To prawda. Do egzaminu przystępowało pięć osób, w tym ja. Trzeba było czekać na egzamin, od momentu zakończenia kursu, trzy miesiące. Egzaminowano nas w Siedlcach. Zdałam za pierwszym podejściem zarówno teorię, jak i praktykę. Razem ze mną byli m.in. panowie, którzy podchodzili do egzaminu czwarty raz. Przyznam, że trochę było im przede mną wstyd, ale cóż, takie jest życie. - Czy wcześniej widziała pani siebie w takiej roli? - Nigdy wcześniej nie sądziłam, że zostanę kierowcą autobusu. - Przejdźmy do pierwszych dni pracy. Jakie były reakcje pasażerów, kiedy zobaczyli, że autobusem kieruje kobieta? - Przede wszystkim byli zdziwieni. To zauważałam najczęściej. Niektórzy bacznie mi się przyglądali, inni aż zaniemówili z wrażenia, z kolei inni pytali: "nie boi się pani prowadzić takiego dużego autobusu?". Ktoś stwierdził: "ale pani odważna", inny zaś: "w dużych miastach jest to już na porządku dziennym". Ale najbardziej to chyba zapamiętam pewną panią, która wsiadając powiedziała: "wreszcie dotarła cywilizacja do Siemiatycz". - A dzieci? Jak one reagowały? - Na przykład chłopak ze szkoły podstawowej nr 1, Paweł N., kiedy wchodził do autobusu, a ja wtedy po raz pierwszy obsługiwałam tę linię, zapytał mojego znajomego - pana Sławka, stającego obok: "kiedy odjeżdżamy"? Pan Sławek odpowiedział: "ale to nie ja kieruję". "A kto?" - zapytał Paweł. "Ta pani". "O nie, ja z babami nie jeżdżę" - stwierdził Paweł. Zapytałam, dlaczego? Paweł odpowiedział, że niedawno stracił zaufanie do kobiet prowadzących samochody, bo jego ciocia miała wypadek. Ale kiedy podjechałam na przystanek, zapytałam Pawła - wsiadasz? "Zaryzykuję" - odpowiedział. Teraz mówi, że nabrał już do mnie zaufania i że woli jeździć ze mną, niż innym autobusem, który zatrzymuje się koło jego szkoły. - Czy obawiała się pani tych reakcji? - Owszem, zastanawiałam się jak zostanę przyjęta przez pasażerów. Myślałam, czy dojdzie do takich sytuacji, że ktoś będzie bał się ze mną jechać. Wielkiego strachu w oczach pasażerów nie widziałam, ale zauważałam, że początkowo niektórzy kurczowo trzymali się poręczy, albo siadali na końcu. Zdarzył się też niemiły komentarz pasażerki, ale w zupełności ją rozumiem. Pani powiedziała, że przez moje opóźnienie spóźni się do pracy. Ale to było rankiem, a wiadomo - mamy poranny szczyt i sygnalizację świetlną, a to może zabrać kilka minut. Poza tym istnieje tolerancja - plus minus trzy minuty. Dodam, że kiedy ta pani wysiadała, powiedziała: "super pani jeździ, szerokiej drogi". - Jak reagują inni kierowcy na drodze? - Minął już miesiąc od momentu, kiedy zaczęłam jeździć, więc większość kierowców wie już o tym i oswoili się z widokiem kobiety za kierownicą autobusu. Ale początkowo najczęściej jadący z naprzeciwka kierowcy patrzyli z niedowierzaniem, uśmiechali się. Podobnie reagowali idący chodnikami, niektórzy machali mi. Ale najbardziej dało się wyczuć reakcje idących chodnikami dzieci. Często zdarzało się, że jeden chłopak, jak już mnie zobaczył, trącał drugiego i wtedy z ich ust można było wyczytać: "zobacz, baba za kierownicą". Żałuję, że nie mam radia CB. Wtedy można byłoby odpowiadać na niektóre pytania i wątpliwości kierowców na bieżąco. - Czym przede wszystkim różni się prowadzenie autobusu od samochodu osobowego? - Wielkość, szerokość - te gabaryty powodują, że trzeba brać większe łuki na zakrętach i ostrożniej mijać się z innymi samochodami. Dodam, że autobus, który prowadzę ma automatyczną skrzynię biegów, stąd na początku trochę bolała mnie prawa noga od pedałów gazu i hamulca oraz ręce od zamaszystych ruchów. Ale są też plusy - siedzi się wysoko i wszystko widzi. - A jak zareagowali koledzy z PKS - inni kierowcy? - Wieść o tym, że robię prawo jazdy na autobusy, za sprawą męża, rozeszła się po zakładzie z szybkością pociągu "intercity". Większość początkowo nie dowierzała. Kiedy kolega Irek zapytał mnie, czy to prawda, że robię prawko, powiedziałam, że to bzdury i że ktoś to wymyślił. Wolałam postawić załogę przed faktem dokonanym. Znalazłam się w typowo męskim gronie, ale zostałam przyjęta serdecznie i z tolerancją podchodzili do moich pytań. Załoga jest miła, inni kierowcy bardzo często uśmiechają się, niektórzy żartują na mój temat. Myślę, że czasami lepiej pracować z mężczyznami, niż kobietami. - Czy chciałaby pani jeździć w dłuższe trasy? - Na razie obsługuję "jedynkę". Mam przerwę w dzień, więc mogę rozprostować kości, sprawdzić stan autobusu i czy pasażerowie nic nie zostawili. A jak będzie w najbliższej przyszłości? Nie wiem. Na pewno jestem osobą, która lubi jak coś się dzieje. Wtedy życie nabiera szybszego tempa. - Jak rodzina podeszła do nowej profesji? - Najbardziej zadowolony i dumny z wyczynów mamy jest najmłodszy, 12-letni syn Radek. Przez pierwszy tydzień towarzyszył mi popołudniami w pracy. Ciągle chciał siedzieć za kierownicą. Pozostali dwaj synowie - 14-letni Darek i Paweł, który studiuje oraz mąż mówią, że to zaszczyt mieć mamę i żonę, która wozi ludzi. Zaś rodzina i znajomi nadal mi gratulują. Myślę, że przetarłam pewien szlak i zapraszam kolejne panie do spróbowania swoich sił w tym zawodzie. Na koniec chciałam zdementować powiedzenie, że kobieta za kierownicą autobusu sobie nie poradzi. Wręcz przeciwnie - polubiłam swój nowy zawód, nie boję się jazdy i czuję się jak ryba w wodzie. - Dziękuję za rozmowę.
Komentarze