Reklama

Cywilizacja dotarła do Siemiatycz

27/10/2008 10:37
O pani Danucie Bakunowicz z Siemiatycz mówią, że jest jak Irena Kwiatkowska w filmie ”Czterdziestolatek”, bo żadnej pracy się nie boi. Od niedawna panią Danutę można spotkać w Siemiatyczach za kierownicą autobusu. Jest pierwszą kobietą w okolicy, a może i nawet w województwie, która kieruje autobusem.

          Z panią Danutą rozmawiamy o jej nowej profesji.
          - Od kiedy pani jeździ autobusem?
          - Mija miesiąc.
          - Jak się zaczęło?
          - Wcześniej pracowałam w "Polserze" w Siemiatyczach. Potem była krótka przerwa, po czym znowu zaczęłam rozglądać się za pracą. Pomysł, aby zapytać o pracę w siemiatyckim PKS, podrzucił mój mąż Andrzej, który od lat tam pracuje. Potraktowałam to poważnie i już drugiego dnia, ze sporą tremą, zawitałam u prezesa PKS. Zapytałam, czy poszukuje kierowcy autobusu, dodając, że jeśli tak, to ja mogę zostać tym kierowcą. Nie krył zaskoczenia i uśmiechu na twarzy. Po krótkiej rozmowie oraz z pozytywnie podpisanym zaświadczeniem udałam się do urzędu pracy. Wchodząc tam, powiedziałam: "zadam pani pytanie, ale niech pani się z tego nie śmieje". Jednak jak usłyszano moje pytanie o kurs kierowców autobusów, to uśmiech na twarzy pani Beatki z urzędu pracy był tak radosny, że na długo go zapamiętam.
          - Potem było szkolenie?
          - Tak. Trwało prawie pięć miesięcy. Były to wyjazdy, raz w tygodniu, do ośrodka szkolenia w Sokołowie Podlaskim. Na kursie było 16 osób - oczywiście 15 mężczyzn.
          - Czy szkolenie było trudne?
          - Najpierw trzeba było zaliczyć testy teoretyczne. Zaliczyłam je. Po nich zajęcia praktyczne i wtedy pojawiły się pierwsze obawy, czy sobie poradzę, tym bardziej, że już na pierwszych zajęciach instruktor powiedział, że jedziemy na miasto. Po pierwszej jeździe w Sokołowie zapytałam instruktora, jak było? Odpowiedział, że co czwarty mężczyzna pierwszą jazdę zaliczał gorzej, ale nie chce chwalić dnia przed zachodem słońca.
          - Kilku mężczyzn, którzy zdawali egzamin razem z panią, nie zdało go.
          - To prawda. Do egzaminu przystępowało pięć osób, w tym ja. Trzeba było czekać na egzamin, od momentu zakończenia kursu, trzy miesiące. Egzaminowano nas w Siedlcach. Zdałam za pierwszym podejściem zarówno teorię, jak i praktykę. Razem ze mną byli m.in. panowie, którzy podchodzili do egzaminu czwarty raz. Przyznam, że trochę było im przede mną wstyd, ale cóż, takie jest życie.
          - Czy wcześniej widziała pani siebie w takiej roli?
          - Nigdy wcześniej nie sądziłam, że zostanę kierowcą autobusu.
          - Przejdźmy do pierwszych dni pracy. Jakie były reakcje pasażerów, kiedy zobaczyli, że autobusem kieruje kobieta?
          - Przede wszystkim byli zdziwieni. To zauważałam najczęściej. Niektórzy bacznie mi się przyglądali, inni aż zaniemówili z wrażenia, z kolei inni pytali: "nie boi się pani prowadzić takiego dużego autobusu?". Ktoś stwierdził: "ale pani odważna", inny zaś: "w dużych miastach jest to już na porządku dziennym". Ale najbardziej to chyba zapamiętam pewną panią, która wsiadając powiedziała: "wreszcie dotarła cywilizacja do Siemiatycz".
          - A dzieci? Jak one reagowały?
          - Na przykład chłopak ze szkoły podstawowej nr 1, Paweł N., kiedy wchodził do autobusu, a ja wtedy po raz pierwszy obsługiwałam tę linię, zapytał mojego znajomego - pana Sławka, stającego obok: "kiedy odjeżdżamy"? Pan Sławek odpowiedział: "ale to nie ja kieruję". "A kto?" - zapytał Paweł. "Ta pani". "O nie, ja z babami nie jeżdżę" - stwierdził Paweł. Zapytałam, dlaczego? Paweł odpowiedział, że niedawno stracił zaufanie do kobiet prowadzących samochody, bo jego ciocia miała wypadek. Ale kiedy podjechałam na przystanek, zapytałam Pawła - wsiadasz? "Zaryzykuję" - odpowiedział. Teraz mówi, że nabrał już do mnie zaufania i że woli jeździć ze mną, niż innym autobusem, który zatrzymuje się koło jego szkoły.
          - Czy obawiała się pani tych reakcji?
          - Owszem, zastanawiałam się jak zostanę przyjęta przez pasażerów. Myślałam, czy dojdzie do takich sytuacji, że ktoś będzie bał się ze mną jechać. Wielkiego strachu w oczach pasażerów nie widziałam, ale zauważałam, że początkowo niektórzy kurczowo trzymali się poręczy, albo siadali na końcu. Zdarzył się też niemiły komentarz pasażerki, ale w zupełności ją rozumiem. Pani powiedziała, że przez moje opóźnienie spóźni się do pracy. Ale to było rankiem, a wiadomo - mamy poranny szczyt i sygnalizację świetlną, a to może zabrać kilka minut. Poza tym istnieje tolerancja - plus minus trzy minuty. Dodam, że kiedy ta pani wysiadała, powiedziała: "super pani jeździ, szerokiej drogi".
          - Jak reagują inni kierowcy na drodze?
          - Minął już miesiąc od momentu, kiedy zaczęłam jeździć, więc większość kierowców wie już o tym i oswoili się z widokiem kobiety za kierownicą autobusu. Ale początkowo najczęściej jadący z naprzeciwka kierowcy patrzyli z niedowierzaniem, uśmiechali się. Podobnie reagowali idący chodnikami, niektórzy machali mi. Ale najbardziej dało się wyczuć reakcje idących chodnikami dzieci. Często zdarzało się, że jeden chłopak, jak już mnie zobaczył, trącał drugiego i wtedy z ich ust można było wyczytać: "zobacz, baba za kierownicą". Żałuję, że nie mam radia CB. Wtedy można byłoby odpowiadać na niektóre pytania i wątpliwości kierowców na bieżąco.
          - Czym przede wszystkim różni się prowadzenie autobusu od samochodu osobowego?
          - Wielkość, szerokość - te gabaryty powodują, że trzeba brać większe łuki na zakrętach i ostrożniej mijać się z innymi samochodami. Dodam, że autobus, który prowadzę ma automatyczną skrzynię biegów, stąd na początku trochę bolała mnie prawa noga od pedałów gazu i hamulca oraz ręce od zamaszystych ruchów. Ale są też plusy - siedzi się wysoko i wszystko widzi.
          - A jak zareagowali koledzy z PKS - inni kierowcy?
          - Wieść o tym, że robię prawo jazdy na autobusy, za sprawą męża, rozeszła się po zakładzie z szybkością pociągu "intercity". Większość początkowo nie dowierzała. Kiedy kolega Irek zapytał mnie, czy to prawda, że robię prawko, powiedziałam, że to bzdury i że ktoś to wymyślił. Wolałam postawić załogę przed faktem dokonanym. Znalazłam się w typowo męskim gronie, ale zostałam przyjęta serdecznie i z tolerancją podchodzili do moich pytań. Załoga jest miła, inni kierowcy bardzo często uśmiechają się, niektórzy żartują na mój temat. Myślę, że czasami lepiej pracować z mężczyznami, niż kobietami.
          - Czy chciałaby pani jeździć w dłuższe trasy?
          - Na razie obsługuję "jedynkę". Mam przerwę w dzień, więc mogę rozprostować kości, sprawdzić stan autobusu i czy pasażerowie nic nie zostawili. A jak będzie w najbliższej przyszłości? Nie wiem. Na pewno jestem osobą, która lubi jak coś się dzieje. Wtedy życie nabiera szybszego tempa.
          - Jak rodzina podeszła do nowej profesji?
          - Najbardziej zadowolony i dumny z wyczynów mamy jest najmłodszy, 12-letni syn Radek. Przez pierwszy tydzień towarzyszył mi popołudniami w pracy. Ciągle chciał siedzieć za kierownicą. Pozostali dwaj synowie - 14-letni Darek i Paweł, który studiuje oraz mąż mówią, że to zaszczyt mieć mamę i żonę, która wozi ludzi. Zaś rodzina i znajomi nadal mi gratulują. Myślę, że przetarłam pewien szlak i zapraszam kolejne panie do spróbowania swoich sił w tym zawodzie. Na koniec chciałam zdementować powiedzenie, że kobieta za kierownicą autobusu sobie nie poradzi. Wręcz przeciwnie - polubiłam swój nowy zawód, nie boję się jazdy i czuję się jak ryba w wodzie.
          - Dziękuję za rozmowę.

          Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. Radosław Bakunowicz
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama