Jacek Pieniążek - sobowtór Chucka Norrisa - występował w wielu reklamach i programach telewizyjnych, grał w epizodach: "Tygrysów Europy", "Nie panikuj", serialu "Graczykowie". Gościł w Siemiatyczach w piątek, 22 sierpnia, podczas gali sztuk walki zorganizowanej przez Andrzeja Nowaczuka.
- Co pan robi na co dzień? - Prowadzę agencję sobowtórów w Warszawie. W zakres działalności wchodzi przede wszystkim wynajem sobowtórów do reklam, epizodów filmowych, imprez okolicznościowych firm i przedsiębiorstw. Zajmujemy się też organizowaniem imprez i wieczorów z udziałem sobowtórów gwiazd i polityków, tworzymy nawet całe scenariusze imprez. Dodatkowo, klient może zamówić u nas obecność sobowtóra wedle własnego pomysłu bądź scenariusza. - Czyich sobowtórów spotkamy w pana agencji? - Breżniewa, Napoleona, Fidela Castro, Marcina Dańca, Hanny Gronkiewicz - Waltz, Michaela Jacksona, Wojciecha Jaruzelskiego, Jolanty Kwaśniewskiej, Lenina, Elvisa Presleya, Maryli Rodowicz, Lecha Wałęsy - to ci najbardziej znani. - Jak zaczęła się przygoda z Chuckiem Norrisem? - Różne to były koleje losu. Znajomy, pan Tadeusz, dał ogłoszenie do gazety, że szuka sobowtórów. To było co najmniej 15 lat temu. Już wtedy oczywiście stylizowałem się na Norrisa, może tylko nie tak na serio. Skorzystałem z oferty pana Tadeusza, zadzwoniłem do niego i powoli ta przygoda zaczęła się kręcić. Najpierw były to spotkania z okazji różnych imprez filmowych i promocyjnych. Liczył się przede wszystkim marketing. Jeśli w ofercie imprezy, czy spotkania, jest informacja, że będzie jakiś sobowtór, albo kilku, teoretycznie powinno być więcej ludzi i w zasadzie tak jest. Jak na razie, my - sobowtóry znanych osób, przyciągamy ludzi. Jeszcze chcą nas oglądać. - Zapewne zdarzyło się mnóstwo zabawnych sytuacji, w których ktoś wziął pana za prawdziwego Norrisa. - Było tego sporo. Najbardziej to chyba pamiętam zdarzenie z kręcenia reklamy przyczep samochodowych. Zdjęcia były kręcone w Bieszczadach. Fabuła była taka, że jechałem amerykańskim tirem jako Chuck Norris. Obok przejeżdżał mieszkaniec tamtych terenów, który doszedł do wniosku, że okradają tira. Bo w sumie z boku tak mogło to wyglądać - w środku tir, obok kilka samochodów, które go zblokowały i biegający wokoło ludzie. Zadzwonił na policję. Policja podjechała po cichu, więc nic nie spostrzegliśmy. Obstawiła teren. Raptem policjanci w kominiarkach podeszli do samochodu, w którym siedział ktoś z ekipy filmowców, jeden z policjantów przyłożył lufę do szyby i zapytał: "co wy tu robicie"?. Ten z ekipy odpowiedział: "kręcimy reklamę". "Jaką reklamę"? - padło kolejne pytanie. "Z Chuckiem Norrisem" - odpowiedź. "Ja ci k... dam Chucka Norrisa" - powiedział policjant, myśląc, że robią sobie z niego jaja. Członek ekipy skojarzył wtedy, że chyba rzeczywiście coś jest nie tak, bo wokoło zaroiło się od policji oraz chłopów w kominiarkach i z długą bronią. Na szczęście szybko wyjaśniło się, że to faktycznie zdjęcia do reklamy, a kiedy już ja pokazałem się policjantom, ci zaczęli się śmiać. - Jak reagują ludzie, kiedy pana widzą? - To zależy od miejsca - czy jest to hotel, lotnisko, ulica. Jeśli na lotnisku, to niektórzy wierzą, że to Chuck Norris, bo teoretycznie w takim miejscu mógłby być. Natomiast jak idę ulicą i w okularach oraz kapeluszu, to raczej kojarzą, że to sobowtór. - Czy poznał pan prawdziwego Chucka Norrisa. - Mam kontakt pośredni. On wie o moim istnieniu, widział moje zdjęcia i moją stronę internetową. A zaczęło się od tego, że kilka lat temu w Warszawie kręcono film z udziałem Stevena Seagala. Jeden ze współproducentów filmu to Polak, który zna innych producentów filmowych w Stanach Zjednoczonych oraz samego Chucka Norrisa. To on dał znać prawdziwemu Norrisowi o mnie. Na razie nie było możliwości spotkania z prawdziwym Norrisem, ale mam nadzieję, że do tego dojdzie. - Czy zna pan jakiś dowcip o Chucku Norrisie? - Oczywiście, nawet mnóstwo. Oprócz setek dowcipów o Chucku Norrisie powstało też o nim mnóstwo powiedzeń. Oto jedno z nich: "Chuck Norris nie potrzebuje parasola. Deszcz boi się na niego padać". - Jest pan już drugi raz w Siemiatyczach. - Znam pana Andrzeja i mam słabość do sztuk walki, bo sam kiedyś ćwiczyłem karate. Są tutaj bardzo mili ludzie. A czy będzie to dłuższa współpraca? Zobaczymy. Pierwszym razem było miło, teraz również. - Dziękuję za rozmowę.
Cezary Klimaszewski, Tygodnik Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze