Reklama

20 lat w internecie, 28 na papierze

"Słowa ulatują, pisma zostają", jak to mówią. A zatem, żeby słowa nie uleciały, a historia została należycie spisana, postanowiłam porozmawiać z Jerzym Nowickim, pomysłodawcą i współzałożycielem Głosu Siemiatycz, obecnie Kuriera Podlaskiego - Głosu Siemiatycz. To jedna z pierwszych gazet lokalnych tworzonych w wolnej Polsce, na pewno pierwsza na Podlasiu. Do dziś tytuł pozostaje w rękach prywatnych, co w dobie koncernów medialnych stanowi nie lada wyzwanie.

          Trzy lata temu gazeta obchodziła 25-lecie istnienia. W tym roku również świętuje małą rocznicę, 20 lat funkcjonowania w internecie.

           - Co się zmieniło?

           - Zmienił się tytuł, obecnie to Kurier Podlaski - Głos Siemiatycz. Zmiana wynikła z poszerzenia zasięgu naszego działania o inne powiaty. W tym roku zmienia się także portal internetowy. Chcemy sprostać wymaganiom współczesnych czytelników internetowych.

           - Co oferuje portal w nowej odsłonie?

           - Nadal prowadzimy prace nad jego ulepszeniem. Przewidujemy, że potrwają jeszcze 2-3 tygodnie, zanim internauci zobaczą ostateczną wersję strony. To, co już teraz jest możliwe, to bezpośrednie komentowanie tekstów czy dodawanie ogłoszeń drobnych online, płatność za nie sms-em, ale przede wszystkim kluczowe jest to, że portal jest nowoczesny i dynamiczny, przystosowany do urządzeń mobilnych. Tego brakowało najbardziej.

Reklama

           - Powiedz mi jaka jest największa porażka w ciągu 28 lat wydawania gazety?

           - W sensie finansowym czy merytorycznym?

           - Merytorycznym

           - Największych porażek nie ma. Główną porażką jest może niedosyt ludzi, którzy umieliby i chcieliby w tej dziedzinie pracować.

          - A finansowa?

          - Czasami można powiedzieć, że w ogóle cała ta gazeta to nie jest zbyt intratne przedsięwzięcie, ale jakoś z miesiąca na miesiąc od lat dajemy radę.

          - Na terenie Podlasia mamy m.in. Gazetę Współczesną, Kurier Poranny, Nowiny Podlaskie. Jak oparłeś się propozycji wykupu tytułu przez koncerny?

Reklama

          - Propozycje były jeszcze od firmy Orkla Press, kiedy gazety województwa podlaskiego należały do tego norweskiego koncernu. Nie oparłem się, po pierwszych rozmowach mieliśmy pomysł, żeby sprzedać im nasz tytuł i założyć od razu nową niezależną, swoją gazetę. Żeby mieć kapitał na tę nową, ale to były żarty. Nie rozważaliśmy takiej opcji, bo uważaliśmy, że będziemy robić tę swoją.

          - Dlaczego nie zdecydowaliście się na to?

          - Postanowiliśmy dalej robić gazetę uważając, że na przestrzeni lat zarobimy więcej niż ta jednorazowa kwota za sprzedaż. Poza tym zakładając tę firmę, nie myśleliśmy o pieniądzach…

Reklama

          - Co leży u podstaw Głosu Siemiatycz?

          - Od samego początku wyznacznikiem gazety był pewien liberalizm, ale rozumiany w sposób bardziej konserwatywny. W tym sensie, że nie lansujemy żadnej religii, chociaż piszemy o wszystkich wydarzeniach. Nie atakujemy zbyt nikogo politycznie czy religijnie czy w jakiś inny sposób, no i na samym początku mieliśmy takie założenia, że na naszych łamach nie ma miejsca dla ideologii nacjonalistycznej oraz komunistycznej. I to do dziś jest bardzo ważnym elementem tego, co drukujemy a czego nie drukujemy. Gazetę założyłem po zniesieniu cenzury, wcześniej lubiłem też pisywać do różnych peerelowskich czasopism.

Reklama

           - Gdzie pisywałeś?

           - W Tygodniku Powszechnym, zdarzało się w takim miesięczniku kulturalnym Kontrasty, a później publikowałem też w opozycyjnej prasie podziemnej.

            -A w tych Kontrastach, to o czym pisałeś?

          - Na przykład o tym, że jest kolejna rocznica bitwy w Siemiatyczach w Powstaniu Styczniowym, a wcale się tego nie obchodzi.

           - Potem przyszedł pomysł na własną gazetę?

          - Nie pomysł, tylko po prostu przyszły możliwości, bo pomysły to miałem o wiele wcześniej, ale przyszły możliwości i w 1990 r. zrobiliśmy przed wyborami biuletyn wyborczy Komitetu Obywatelskiego „Solidarność”, który nazwaliśmy troszeczkę na wyrost Głos Siemiatycz. To była właściwie ulotka składana, propagandowa. Ale opinia społeczna, pytania ludzi o kolejny numer naprowadziły nas na taką myśl, że zarejestrujemy tytuł i będziemy wydawać taką gazetę. To byli zapaleńcy, którzy chcieli pisać o historii, odkłamywać tutaj różne lokalne rzeczy.

Reklama

          - Udało się odkłamać rzeczywistość?

         - To jest jak gdyby ciągły proces, to zawsze istnieje. Jak walka ze złem, które zawsze jest i nigdy nie będzie tak, by go nie było, ale trzeba walczyć.

          - Mówiłeś o tych zapaleńcach chcących pisać o sprawach lokalnych. Roman Panasiuk był twoim szkolnym kolegą, a kim był Mirosław Leszczak?

          - Mirek był w tym czasie również nauczycielem historii w liceum. A kolegą został wcześniej poprzez wspólną działalność w komitecie obywatelskim i w tzw. opozycji, czyli jak to dzisiaj niektórzy obecni patrioci mówią, „żydowsko-masońskich” i „lewackich” organizacjach.

Reklama

          - Jak to było na początku? Pierwszy numer, ale już tak na poważnie.

          - To nie było na poważnie w sensie finansowym czy jakimś innym, tylko wymyślaliśmy sobie kto z nas trzech o czym napisze i pisaliśmy o tym. Później przepisywałem to na maszynie i przyklejałem do dużego kartonu, wycinałem, pisałem flamastrem tytuły. Później pomniejszaliśmy to na takim ksero druku.

          - Kiedy zacząłeś zatrudniać więcej osób?

          - Tak naprawdę dopiero po dziesięciu latach.

          - Dlaczego tak późno?

Reklama

         - Może na początku wydawało mi się, że wiem lepiej i sam to lepiej wszystko zrobię, niż te różne osoby. To jest taka wada charakteru (śmiech), ale głównie dlatego, że do tego czasu był to dwutygodnik. Kiedy zamieniliśmy pismo na tygodnik, wtedy inne osoby były już naprawdę potrzebne.

          - I jak je znalazłeś?

          - Poprzez wcześniejsze znajomości, m.in. kolega Wasilewski z dawnych opozycjonistów zaproponował mi współpracę. Koleżanka Kondraciuk, która wcześniej jako uczennica liceum próbowała coś pisać do naszej gazety. Tak samo Jacek Piotrowski, dawny kolega również z szeregu naszego liceum… więc to nie polegało na ogłoszeniach. Dopiero później tak było po pewnym czasie, kiedy forma tygodnika już okrzepła i logistyka tego zaczęła układać się dobrze

Reklama

           - Obecnie współwłaścicielem gazety jest Jacek Wasilewski, a jak było na początku?

           - To był podmiot gospodarczy jednoosobowy, „Agencja Wydawniczo - Handlowa Jerzy Nowicki”. A teraz jest „Agencja Informacyjna Głos, Jerzy Nowicki Jacek Wasilewski”.

           - Dlaczego zdecydowałeś się przejść na spółkę?

           - To też wiązało się z przejściem na tygodnik. Więcej pracy, a nasza spółka polega na pracy. Nie jestem udziałowcem czy rentierem, tylko jestem pracownikiem. Tak samo Jacek Wasilewski.

Reklama

            - Stworzyłeś z nim spółkę w momencie rozpoczęcia współpracy?

             - Od razu, bo postanowiłem przeskoczyć etap dwutygodnika. To się już wypalało. To był 1999 rok, wchodził internet… Strona naszej gazety w internecie to jedna z pierwszych stron prasowych w Polsce, a na pewno w naszym województwie i istnieje do dzisiaj. W końcu lat dziewięćdziesiątych wszystko zaczęło się zmieniać, jeśli chodzi o technologie i ta formuła bardzo szybko robiła się archaiczna. Kiedy zaczynałem robić gazetę lokalną, nie było wcześniej żadnych wzorców, przez 50 lat PRL-u nie było prasy wolnej od cenzury i państwa. Wśród prasy oficjalnej nie było formuły gazety lokalnej, a więc tę formułę wymyślaliśmy, oczywiście nieraz wyważając drzwi często dawno otwarte gdzieś w innych krajach… Ale o tym nie wiedziałem. Bo nawet na żadnej uczelni czy gdzieś tam nikt nie mógłby mi tego wtedy powiedzieć. Ale w życiu czytałem różne książki, również amerykańskich autorów.

Reklama

           - Co czytałeś?

           - Na przykład opowiadania Marka Twaina o rywalizacji dwóch gazet na Dzikim Zachodzie... Wesołe rzeczy, ale jednak narzucające wolność ich robienia. Jakoś to sobie tak wyobrażałem, że piszemy o ludziach tutaj żyjących, ich sprawach, problemach. Pewien chłopak, kilkanaście lat temu przystępując do pierwszej komunii dostał w prezencie rower. Tak się przypadkiem złożyło, że na zdjęciu wydrukowanym u nas w gazecie na jedynce, był właśnie ten chłopak. Przypadkiem tak wyszło, że zdjęcie było fajne. I później chodził z gazetą po całym mieście. Przychodził do nas i mówił, że to był jego największy prezent, nie ten rower. I to zawsze działało na naszych czytelników. Nie trzeba kogoś zabić albo zgwałcić trzy razy żeby być w gazecie. U nas wystarczy być np. na… balu seniora.

           - Pamiętam próbę założenia konkurencyjnego tygodnika Siemiatyckie Fakty i Opinie. Jak myślisz, co zdecydowało o tym, że inne gazety upadły, zakończyły swoją działalność, a wy przetrwaliście?

           - Mam te próby gdzieś zapisane dokładnie, bo prowadzę szczegółowy rejestr robienia prób innych mediów na naszym terenie. Było np. Echo Siemiatycz, Giełda Siemiatycka, Siemiatyckie To i Owo, Nasze Siemiatyckie Sprawy… Powody były różne. Niektórym wydawało się, że to super biznes i jak otworzą gazetkę, to będą bogaci. Co po miesiącu rozkładało całą firmę. Druga przyczyną było to, że tworzono gazety, żeby osiągać coś ideologicznie czy lansować czyjeś wpływy. To też szybko się wypalało, bo w końcu nie było komu za to płacić. Ludzie kupują u nas gazetę tak jak chleb, z nawyku. Wódkę, papierosy i gazetę. Trudno zmusić kogoś, żeby kupował jakąś inną. Tym bardziej, że dziś większość ludzi korzysta z informacji internetowych.

            - I o czym pisano?

            - O tym samym, tylko że np. grupa przedsiębiorców, którym nie podobało się to, co my piszemy oraz przedstawiciele władzy założyli gazetę. Dali jej nazwę Nasze Sprawy, bo powiedziano tam na ich zebraniach, że Głos Siemiatycz to nie jest żaden Głos Siemiatycz, to jest głos Nowickiego i „my tam, wiecie, rozumiecie towarzysze, musimy…” Tylko, że ludzie od razu zauważyli, że ta gazeta do czegoś dąży i chce przekazać nieobiektywne rzeczy, dlatego ludzie nazwali ją Cosa Nostra, (Nasza Sprawa). Oni zauważywszy to, zmienili tytuł na Nasze Siemiatyckie Sprawy, ale to wszystko było śmieszne.

            - Co nazwałbyś sukcesem?

            - Wydaje mi się, że na terenie wschodniej Polski, gdzie jest mało ludzi, ludzie mało czytają, mało kupują w ogóle gazet, prowadzenie prywatnej komercyjnej gazety przez dwadzieścia osiem lat jest sukcesem.

        Eleni Kryńska

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama