Antoni Pykało z Siemiatycz prowadzi przy ulicy Zaszkolnej w Siemiatyczach usługowy zakład mechaniki precyzyjnej. Dorabia klucze, naprawia różne urządzenia itp. Jednak większość miejsca w jego zakładzie nie zajmują maszyny ślusarskie, klucze i inne narzędzia. Przestrzeń wypełniona jest przedmiotami codziennego użytku sprzed wojny, powojennymi, rolniczymi, rzemieślniczymi, starym sprzętem rtv. Takiego zbioru nie powstydziłoby się niejedno muzeum.
Z panem Antonim rozmawiamy o jego zbiorach, historii przedmiotów.
- Co było pierwsze?
- W moim przypadku stare monety, które stały się zalążkiem do zbierania kolejnych staroci - mówi Antoni Pykało. - A początki tego były za dzieciństwa. Pochodzę z Bużysk koło Śledzianowa w gminie Drohiczyn i tam trafiły w moje ręce pierwsze przedmioty, cenne przede wszystkim z historycznego punktu widzenia. Mój dziadek trafił do carskiej niewoli. Wrócił do domu z Brześcia z drewnianym kutym kuferkiem. W kuferku znalazłem tych kilka starych monet. Wprawdzie nam - dziatwie początkowo służyły te monety do gry i zabawy, rzucaliśmy nimi o bal lub ścianę i ta, która po odbiciu znalazła się najbliżej innych, zdobywała te inne. Jednak z biegiem czasu zainteresowały mnie te monety. Traktowałem je nie tylko jako pamiątkę po dziadku, lecz również jak coś rzadkiego, co warto trzymać, bo później stanie się jeszcze rzadsze. W czasach szkolnych sporo rzeczy przynosili mi koledzy. Tak samo było jak uczyłem się i później pracowałem w Warszawie. Z biegiem czasu zacząłem jeździć na jarmarki staroci, by wypatrzyć jakiś okaz za niewielkie pieniądze.
- Dlaczego pan to zbiera?
- Z przeświadczenia, że jeżeli ja tego nie wezmę lub nie odkupię, to taka rzecz przepadnie. Skończy na wysypisku, złomowisku, zostanie spalona, zniszczona, wywieziona za granicę. Stare drewniane domy są już rozbierane - do remontu, albo już na opał. Ich też już nie będzie, a tym samym tego, co jeszcze można w nich znaleźć.
- Jak duży to zbiór?
- Nie próbowałem jeszcze skatalogować i opisać tego, co mam, a być może nawet nie uda mi się tego zrobić, bo nie mam na to czasu. Nie wiem ile tego mam, ale dużo. Albo bardzo dużo. Setki staroci. Zakład mam tym zawalony w całości. Coś jeszcze wcisnę, ale drobnego. Sporo rzeczy przechowują mi też znajomi.
- W części zakładu widać radia, telewizory, maszyny do pisania i liczenia, do szycia, czapki. Co pan jeszcze ma?
- Przedmioty kowalskie, narzędzia ogrodnicze, rzemieślnicze, religijne - typu obrazy i krzyże, monety, znaczki, pieczątki, hełmy, garnki, dzbanki - głównie przedwojenne, oraz powojenne – radia, magnetofony, gramofony, sprzęt gospodarstwa domowego, pamiątki po PRL-u takie jak tabliczki z domów, ulic, instytucji. Jeszcze rzutniki do przeźroczy, mundury. To chyba główne kategorie.
- Najcenniejsze z sentymentu?
- Z sentymentu w zasadzie wszystkie są cenne, bo nie próbowałem również wyceniać ich wartości, nawet nie chcę. One mają przede wszystkim wartość historyczną, sentymentalną, nawet rodzinną. I odpowiadając na pytanie, co jest najcenniejsze - dwa stare drewniane kuferki, ręcznie kute. Jeden posagowy mamy, drugi taty, wojskowy, który ojciec przyniósł z Brześcia, z jednostki. Są dla mnie bezcenne.
- A odrzucając sentymentalny wątek rodzinny?
- To na pewno rzeczy rzadkie i które mają ciekawą historię. Na pewno mundur ułański, z 1936 roku. Mundur przeszedł tyle, co ułan. Wojował w nim pochodzący z Bużysk Piotr Pykało, już nieżyjący. Ukrywał go w czasach PRL-u. Dostałem go od jego dzieci. Z naprawdę starych rzeczy, które są tylko w muzeach, mam siekierkę kamienną. Skupiam się na tym, że te rzeczy pochodzą z naszych terenów, albo tutaj były użytkowane.
- A najrzadsze?
- Ze starszych - jarzma na woły. To niespotykane, drewniane długie narzędzie, z elementami metalowymi. Mam je od mieszkańca Czarnej Cerkiewnej, stolarza. Mam kantar konny należący do Brzezińskiego, niegdyś właściciela majątku w Grodzisku, ze srebrnymi inicjałami. Zaś z bardziej współczesnych rzeczy to telewizor Neptun z lat 50. XX wieku, który dał mi Stanisław Wojtkowski z Drohiczyna. Albo stary patefon z tubą, patelnie i rondle hrabiego Ciecierskiego. Długo by wymieniać.
- Może jakieś przedmiot mają ciekawą historię?
- Duży stylowy zegar należący kiedyś do Hanki Bielickiej. Znajomy był jej sąsiadem. Jak zmieniała meble w domu, oddała mu, on dla mnie. Stoi u mnie od lat. Mnóstwo osób chciało go kupić. Nikomu nie odstąpiłem.
- A te stare telewizory działają?
- Nie tylko telewizory, ale i radia, magnetofony i inne.
- A czy oddaje lub sprzedaje pan coś ze swoich zbiorów?
- Zbieram je z myślą, by to zachować. I komuś kiedyś przekazać. Nie sprzedaję, nie handluję. Wiele osób przychodzi np. dorobić klucz i pyta - za ile pan to sprzeda? Odmawiam, albo żartobliwe odpowiadam - nie stać pani czy pana. Niestety przez przypadek zdarzyło się, że taką osobę, dodam - zamożną, obraziłem, ale i nie sprzedałem takiej żadnej rzeczy. Znajomi i nieznajomi przynoszą je do mnie z myślą, że zostaną zachowane, trafią w dobre ręce. Na razie te ręce nie zawiodły ofiarodawców. Co pomyślałaby osoba, która przyniosła jakieś starocie mówiąc: "Antek, weź to, będziesz wiedział, co z tym zrobić, zachowaj, otwórz muzeum...". A na drugi dzień mam to sprzedać?
- Dlaczego nie jest to gdzieś wyeksponowane? Czy ktoś proponował taką współpracę?
- Kilka lat temu był u mnie wójt. Nie powiem jakiej gminy. Zapytał, czy sprzedam gminie. Powiedziałem - gminy na to nie stać, nie macie tyle pieniędzy. To on mówi - stać, że mają dużo. No to ja, że nic z tego. Wyszedł zawiedziony. Widzę to wszystko wyeksponowane w skansenie. Oczywiście w naszej okolicy. I ze względu na to, że darzę te rzeczy dużym sentymentem i są dla mnie cenne, to sam chciałbym się nimi zajmować, odrestaurowywać, naprawiać, eksponować. Moje marzenie to prywatny skansen. Wielu wie, że kiedyś podobne eksponaty ginęły w naszych instytucjach. Stąd mój apel - może ktoś w okolicy ma do sprzedania posesję z budynkami nadającymi się do założenia prywatnego muzeum lub skansenu? Chętnie obejrzę, może kupię. To moje marzenie. A jaki będzie los? Okaże się.
- To może chociaż małe siemiatyckie muzeum PRL-u? Oprócz przedmiotów codziennego użytku z tego okresu ma pan też mnóstwo szyldów i tabliczek z nazwami ulic, instytucji.
- Być może. Jak mówiłem - marzy mi się prywatna ekspozycja, ale jeśli tego nie uda mi się osiągnąć, to będę otwarty na propozycje. Najważniejsze, by te rzeczy nie wylądowały na śmietniku. Korzystając z okazji chciałbym podziękować wszystkim, którzy ofiarowali mi wiele cennych historycznie rzeczy i tym samym też przyczynili się do tego, że one nie zniszczyły się.
Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze