Ok. 1,1 mln litrów rocznie - tyle mleka produkuje 140 krów Mirosławy i Andrzeja Krzyżanowskich, rolników z Miodus Pokrzywnych, gm. Perlejewo. Spółdzielnia mleczarska "Spomlek" z Radzynia Podlaskiego, w której Krzyżanowscy zbywają mleko, nagrodziła ich niedawno w swoim konkursie "Gospodarstwo roku 2011”. Zajęli pierwsze miejsce zgarniając główną nagrodę.
Zostali też docenieni przez władze gminy Perlejewo, bo zaproponowano im funkcję starostów gminno - parafialnych dożynek, które 3 tygodnie temu odbyły się w Perlejewie. Dziś rolnik z Miodusów Pokrzywnych mówi: - Kto nic nie robi, ten się cofa. Aby stworzyć gospodarstwo na poziomie, potrzebny jest upór. Trzeba określić sobie jasno cel i go realizować. - Na czym polegał konkurs "Spomleku"? - To był konkurs dla dostawców mleka do tej mleczarni - mówi Andrzej Krzyżanowski. - Zgłosiło się około 70 rolników. Konkurs przebiegał etapami. Przedstawiciele mleczarni zwracali uwagę na całokształt i przyznawali punkty za dynamikę gospodarstwa, rozwój, jakość mleka, warunki w oborach. Na koniec przyjechała komisja, która zadecydowała komu przyznać główną nagrodę. Oprócz prestiżu i satysfakcji dostaliśmy okazałą statuetkę oraz samochód. To żółty pikap toyota hiluks z napisem "Serenada". Sporo ludzi w szerokiej okolicy wypytuje: kto jeździ żółtym pikapem? Teraz dla wielu zagadka będzie rozwiązana. - Co miało największy wpływ na to wyróżnienie? - Myślę, że rozwiązania techniczne w gospodarstwie, warunki, duży utwardzony plac, maszyny i to, że nasza działalność dynamicznie rozwinęła się w ostatnich latach. Praktycznie od 2008 r. stawiamy na rozwój i większą produkcję mleka. A cztery lata to nie jest długi okres. Do 2008 r. byliśmy - nazwijmy to - mniejszymi gospodarzami. - A jakie były początki? Gospodarstwo przejął pan od rodziców? - Tak. Nie był to początkowo duży areał i taka liczba krów. Postawiłem jednak na branżę mleczarską i rozwój gospodarstwa. Nie ukrywam, że skorzystałem i nadal korzystam z funduszy unijnych i różnych programów. Przełomowym okresem okazał się rok 2009. Wtedy udało się wybudować nową oborę wolnostanowiskową i kilkakrotnie zwiększyć produkcję mleka - do ponad 1,1 mln litrów rocznie. - Ile uprawia pan ziemi? Główna uprawa to kukurydza na paszę? - Wtej chwili to 110 hektarów, większość w gminie Perlejewo. Mniej więcej połowę dzierżawię. Jakieś 70 hektarów uprawy to kukurydza. Reszta - łąki. - Wspomniał pan o dotacjach i programach unijnych. Czy dziś bez tej pomocy jest szansa na taki rozwój? - Absolutnie nie. Rozbudowa i prowadzenie gospodarstwa są bardzo kosztowne. Dlatego od początku swojej działalności korzystałem prawie ze wszystkiego, z czego się dało. Oprócz dopłat obszarowych, z których korzystam na bieżąco, wszedłem w programy "Modernizacja gospodarstw", "Młody rolnik". Dzięki dodatkowym funduszom postawiłem silosy na kiszonkę, utwardziłem plac kostką. Skorzystałem również z funduszu „Różnicowanie działalności pozarolniczej”, z czego kupiłem koszarki dyskowe do traw. Nie ukrywam, że część maszyn i wyposażenia to efekt preferencyjnych kredytów. - A jakość mleka? - Mam jakościowo dobre mleko. Na bieżąco jest ono badane pod względem zawartości białka, tłuszczu, drobnoustrojów i komórek somatycznych. - Kto obsługuje tak duże gospodarstwo? - To może dziwnie zabrzmi, ale nie trzeba do tego dużo ludzi. Ja z żoną i jeden pomocnik. Krowy stoją w oborze, trzeba im tylko podać paszę paszowozem, a udój jest zmechanizowany. Więcej pracy jest w polu, przy sianiu i koszeniu, ale na szczęście nie wykonuje się tego na okrągło przez cały rok. Zasiew - wiosną, zbiór - jesienią. Mimo to koło gospodarstwa trzeba kręcić się cały czas. - Czy w związku z tym mieli państwo urlop, wakacje? - Ha. Niestety. Nie wiemy, co to wakacje. Najwyżej były to jednodniowe wyjazdy. Teraz czas na pracę. Taki wybraliśmy styl życia. - Ulubione zajęcia w gospodarstwie? - Żona mówi, że jazda pikapem. Ale tak na poważnie, to nie segreguję zajęć jako lepsze i gorsze. Wszystko trzeba robić. Jednak jakbym miał wybierać, to chyba wskazałbym na jazdę traktorem. - Rozmawiając z rolnikami często pytamy ich, czy opłaca się na wsi? Jak pan odpowiedziałby na to pytanie? - To zależy. Jeśli spojrzymy na gospodarstwo długookresowo, to raczej warto w to inwestować. Jeśli zaś mamy mały areał i niewielkie pogłowie, to chyba nie. Łatwo odpowiedzieć na to pytanie biorąc pod uwagę cenę mleka. A porównując koszty utrzymania gospodarstwa, które pochłaniają większość dopłat, z dochodami uzyskanymi ze sprzedaży mleka wyjdzie czysty rachunek. Na razie, przy dużym gospodarstwie, opłaca się. - Czy, według pana rząd zrobił coś na przestrzeni ostatnich lat, by wspomóc rolników? - Mógłby bardziej troszczyć się o rolników, a chodzi oczywiście o finanse. Przydałby się większy zwrot akcyzy za paliwo. Ile my go spalimy w ciągu roku? Tysiące litrów. Ale nie wypada tylko narzekać. Wprowadzono szereg programów unijnych. Skorzystanie z nich ułatwia start, drogę i działalność. Do wzięcia dla rolników nadal są spore pieniądze, ale z drugiej strony już na początku zniechęcamy się ilością dokumentów, wniosków, warunków i wymogów, które trzeba spełnić, czyli biurokracją. - Jak pan ocenia pozycję polskiego rolnika na tle rolników europejskich? - Jest różnie. Byłem za Zachodzie w podobnych gospodarstwach, widziałem stan i warunki w oborach. Jak u nas - jest dobrze i źle. Generalnie w Niemczech czy we Francji gospodarze dbają o dobytek, ale najlepiej mają ci najwięksi rolnicy. Ci, którzy trzymają 20 krów, nie mają lekko, bo dochód ze sprzedaży mleka nie pokrywa kosztów, stąd funkcjonują na dopłatach. A te dopłaty mają wyższe niż my. To spora różnica. - Jak pan sobie wyobraża przyszłość swojego gospodarstwa? - Nadal chcę inwestować, co oczywiście zależy od moich finansów i koniunktury na rynku. Trudno powiedzieć, jakie za kilka lat będą ceny mleka, paliwa, nawozów. Na pewno najbliższym celem jest zakup lub dzierżawa ziemi. - Dziękuję za rozmowę. Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK
Komentarze