Reklama

Hornowo - Nieważne kiedy, ale wrócimy do domu

16/05/2015 23:16

Pół roku minęło od tego pożaru. Wszyscy, którzy ocaleli mieszkali najpierw w Choroszczewie, u rodziny ze strony pani Justyny, później przenieśli się do mieszkania w Dziadkowicach, przydzielonego przez gminę Dziadkowice. To 8-letni Jasio, 7-letni Krzyś i 3-letnia Ania oraz ich mama, pani Justyna. Najbardziej wszystkim brakuje jednego - 36-letniego Mariusza. Męża i ojca, który zginął w pożarze domu, w nocy z 15 na 16 listopada ubiegłego roku, w Hornowie (gm. Dziadkowice).

- Zaraz minie pół roku od tamtych chwil, a ja nadal żyję z myślą, że to wszystko zaraz się skończy. Że tutaj, w mieszkaniu socjalnym w Dziadkowicach mieszkamy tylko tymczasowo i że zaraz wrócimy do domu. Że mąż zaraz po nas przyjdzie, przyjedzie i zabierze stąd. Do domu. Do Hornowa. I wszystko będzie tak, jak dawniej. Ale po chwili, przychodzą wspomnienia z tamtej nocy i już nie łudzę się tym, że znowu będziemy razem. Że tak jak było, już nie będzie. Że domu nie ma. Że Mariusza też nie ma - mówi pani Justyna.

Reklama

Duszący dym

W nocy, ok. godz. 3.00, 16 listopada ubiegłego roku w domu Czarkowskich wybuchł pożar. W środku było pięć osób - pani Justyna, mąż Mariusz i trójka dzieci. Czarkowscy.

- Nigdy nie zapomnę tamtych chwil. Tamte momenty zawsze będą stały mi przed oczami. Wieczorem, jak zawsze, położyliśmy się spać. Wcześniej uspaliśmy z mężem dzieci. Pamiętam, że w nocy obudziłam się na chwilę. Mąż wtedy nie spał. Wstał, chodził po domu. Nie wiem, która była godzina. Ja zasnęłam. Obudziłam się, jak już dym był w domu. Nie pamiętam, czy dzieci jeszcze spały, czy nie, ale wiem, że męża nie było w pokoju. Dymu było już sporo, kaszel zaczynał mnie dusić, od razu przez myśl mi przeszło, że musi się palić. Że to nasz dom się pali. Pobiegłam do kuchni - wszędzie dym. Do drugiego pokoju - też dym. Męża nigdzie nie było. Następnie do łazienki - a tam już ogień od góry buchał. Sufit był już wypalony. I dużo dymu duszącego. Nie pamiętam, czy męża wołałam, czy dzieci były w jednym pokoju, czy w dwóch, czy były w kuchni, czy płakały, czy nie. Zabrałam je. Nie pamiętam, czy coś zdążyłam wziąć z ubrań dla dzieci, czy wyszły w tym, w czym spały. Jak wychodziliśmy z domu, to sąsiad akurat biegł w naszą stronę. Zabrał nas do siebie - tak wspomina tamte chwile Justyna Czarkowska.

Reklama

Dzieci najważniejsze

Na miejsce pożaru sukcesywnie docierały wozy strażackie. Z Dziadkowic, Żurobic, Siemiatycz, Milejczyc, byli też ochotnicy z Hornowa. Domu nie udało się uratować.

- W zasadzie nic nie udało się zabrać z rzeczy takich praktycznych. Początkowo to człowiek nie myśli o tym, by coś ratować. Najpierw sam chce się uratować i dzieci. Dzieci są najważniejsze. Dzieci trzeba było wyprowadzić z domu. Ocalić. Ale co człowiek da radę sam zrobić w takiej sytuacji, jak patrzy na palący się dom? Tragedia. Nie dałam rady nawet o tym myśleć. Sąsiedzi próbowali coś ratować, jak jeszcze cały dom nie był objęty ogniem. Ale nic nie dało się zrobić. Tyle dymu było w środku, duszącego, że kto by wszedł do środka, to by już pewnie nie wyszedł. Dlatego jak wstaliśmy z łóżek, tak wyszliśmy. A zimno było. Był listopad. Sąsiedzi zaopiekowali się nami. Dali w coś się ubrać, jeść. Niedługo rodzina przyjechała - mówi pani Justyna.

Reklama

Gdzie Mariusz?

Dom palił się. Strażacy gasili, próbowali cokolwiek uratować. Ale dom z bala, wykończony łatwopalnymi materiałami, płonął szybko. Zostały tylko ściany zewnętrzne. I zgliszcza w środku.

- No i o mężu myślałam, jak jeszcze dom się palił. Co z nim się stało? Gdzie jest? Czy pobiegł po pomoc? Czy próbuje coś ratować? Czy zaczął dusić się od dymu i stracił przytomność? A może zaraz przyjdzie? Że jest cały i zdrowy. Człowiek żył jeszcze nadzieją. Ale czas mijał. Strażacy powoli kończyli gasić, odjeżdżali, a męża nie było. Pytałam każdego, kogo widziałam gdzie Mariusz? Czy ktoś go widział? Może jest przy domu? Nikt nie wiedział, gdzie jest. Nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy przyjdzie. Wtedy już naprawdę zaczęłam myśleć o tym, że może nie żyje. Że zadusił się od dymu. Albo próbował gasić i coś spadło na niego, np. dach się zawalił. Dlatego teraz często pytam siebie, dlaczego nas nie obudził, jak wstał, kiedy już się paliło? Może nie chciał nas straszyć? Może myślał, że ugasi pożar? A może tylko pobiegł zobaczyć, co się dzieje i chciał po nas wrócić? Myślałam o tym, tuląc do siebie dzieci. Tego już się nie dowiem. Najważniejsze, że w porę obudziłam się i zabrałam dzieci - opowiada nasza rozmówczyni.

Reklama

Mąż nie pojawił się. Prawdopodobnie udusił się od dymu, być może zabił go czad.

Co potrzebne - ludzie dali

- Przez około miesiąc mieszkałam u mojej mamy, w pobliskim Choroszczewie. Dzieci już tak nie bały się, oswoiliśmy się z utratą Mariusza, chcieliśmy o wszystkim zapomnieć, ale tak naprawdę to nigdy o tym nie zapomnimy. Od gminy Dziadkowice dostaliśmy lokal w budynku, gdzie jest ośrodek zdrowia, w Dziadkowicach. Dostałam też zasiłek stały, zasiłek jednorazowy. I tak mieszkamy. Chłopcy wcześniej zaczęli już chodzić do szkoły, więc kontynuowali naukę. Ania też zaczęła chodzić do przedszkola w Dziadkowicach. Mamy odzież, zabawki, talerze, garnki, szafki, półki, łóżka. Mamy dwa pokoiki, kuchnię, łazienkę. Rodzina nas odwiedza, pomaga. Ale najwięcej to zaczęło się z tą pomocą po programie telewizyjnym. Pokazali nasz dom, dzieci. Był apel o pomoc. I ku mojemu zdziwieniu ludzie zaczęli nam pomagać. I znajomi, i nieznajomi. Nawet z odległych części Polski przychodziły paczki - do mnie osobiście, do urzędu gminy, do parafii, była pomoc ze Szlachetnej Paczki, z fundacji, ale nie jestem w stanie tej wszystkiej pomocy wymienić i każdemu osobiście podziękować, dlatego mogę tylko powiedzieć: wszystkim bardzo serdecznie i z całego serca dziękuję. Za każde ubranko, za każdy talerz, za meble, zabawki, inne wyposażenie domu. Jak człowiek mieszkał w Hornowie, to też czasami było słychać o podobnych tragediach - czytało się o czymś takim w gazetach albo oglądało w telewizji. Człowiek myślał, żeby komuś takiemu pomóc, ale jakoś czasu brakowało. Teraz inaczej się takie sprawy postrzega, po przeżyciach i przejściach. No i jest się wdzięcznym. Każdemu, za wszystko. Komu mogłam, to dziękowałam, a mogłam jedynie tym, którzy osobiście mi na miejsce paczki przywozili. Wiem też, że dużo ludzi zbierało dla nas pieniądze - we wsi, okolicy, w gminie, w parafiach, strażacy, już nie pamiętam kto więcej. Bardzo w pomoc dla nas zaangażował się proboszcz parafii katolickiej w Osmoli, ksiądz Marek Żarski. Dziękuję.

Reklama

Odbudować dom

Co potrzeba?

- Postanowiliśmy z dziećmi, że kiedy tylko się da, wrócimy do Hornowa. Do domu. Nieważne kiedy, ale wrócimy. W tym roku, w przyszłym albo za kilka lat. Rodzina obiecała, że nas w tym wspomoże. Parafia też pomogła, założono nam konto w dopiskiem "odbudowa domu". Sami z dziećmi domu nie wyremontujemy, chociaż w tym przypadku nie ma mowy o remoncie, lecz budowie. W Hornowie mieszkaliśmy, tam dzieci się wychowywały, tam spędziliśmy nasze najpiękniejsze chwile, tam jest nasz dom rodzinny. Mam nadzieję, że kiedyś się uda. Wierzę w to. Jeśli ktoś mógłby pomóc, będziemy wdzięczni - mówi pani Justyna.

Reklama

Tylko zdjęcia

- To tatuś - mówi 3-letnia Ania, która pokazuje zdjęcia taty podczas naszej rozmowy. - Kocham go. Wiem, że już nie wróci, ale i tak będę go kochała.

- Mamy tylko jego zdjęcia. Więcej nic po nim nie zostało. Wszystko się spaliło - dodaje 7-letni Krzyś.

- Te zdjęcia udało się wynieść z domu. Z nimi kilka pamiątek rodzinnych. I aparat fotograficzny. W nim też były zdjęcia z mężem - mówi pani Justyna.

 

Każdy może pomóc rodzinie Czarkowskich. Nr rachunku bankowego - 45 8092 0001 0016 2838 2000 0020, z dopiskiem ODBUDOWA DOMU.

Reklama

Cezary Klimaszewski, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot. CK

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama