Reklama

Grodzisk, Koryciny - Po nawałnicach

15/09/2012 20:05
Już półtora miesiąca minęło po gwałtownej nawałnicy, która 29 lipca przeszła nad naszymi terenami zrywając dachy, niszcząc uprawy, naruszając budynki i łamiąc drzewa - głównie w gminach Drohiczyn, Siemiatycze, Grodzisk i w Siemiatyczach. Wiele osób zostało poszkodowanych, a szkód do końca jeszcze nie usunięto. Tymi, którzy ciągle nie mogą wprowadzić się do swego domu, są państwo Wiosna z Korycin, gm. Grodzisk.

          Nie mogą, bo ich dom w chwili obecnej to tylko mury. Bez dachu, sufitu, krokwi, komina, mebli i podstawowego wyposażenia. Czy na zimę wprowadzą się do swojego mieszkania?
          - Chcielibyśmy. Na razie prace związane z remontem bez rewelacji, ale posuwają się naprzód. Dlatego mamy nadzieję, że się uda. Ale jaki nasz los? Okaże się – mówi 82-letni Aleksander Wiosna.
          Moment

          W domu tym mieszkał pan Aleksander z 78-letnią żoną Marią i synem Henrykiem. We trójkę trzymali 3 krowy, 2 cielaki, 4 świnie, konia. Jakoś sobie radzili. Dobytek mają nadal, ale gospodarstwo zubożało o budynki.
          - Cały czas przed oczami stoją mi tamte chwile. Nie mogę tego zapomnieć. To było południu. W niedzielę. Trwało chwilę. Moment. Czarno się zrobiło, zaczęło wiać tak mocno, że trzeba było się chować. Krowy napoiłem i przyszedłem do domu. Aż tu huk wielki. Początkowo człowiek nie wiedział co się stało. Różne myśli w głowie się kołatały. Ale po chwili zacząłem przytomnieć. Huk było słychać z sąsiedniego pokoju i z podwórza. Ja do tego pokoju, a tam sufitu nie ma. Niebo widać – opowiada pan Henryk. Wichura zerwała blachę, połamała więźbę, zwaliła komin. Cegły z komina, część więźby, kawałki blachy i fragmenty sufitu wpadły do mieszkania. Do pomieszczenia, w którym na szczęście nikogo nie było.
          - Byłem akurat w sąsiednimi pokoju. Co byłoby gdybym poszedł do pokoju obok? – mówi pan Henryk.
          Gdy po dłuższej chwili wiatr ucichł pan Henryk z ojcem Aleksandrem wyszli na zewnątrz. Chcieli zobaczyć, czy podobny los spotkał ich budynki gospodarcze i znaleźć panią Marią. Znaleźli ją koło obory. A właściwie koło tego, co z obory pozostało.
          - Jak zaczęło wiać, to byłam akurat w oborze. Obora była na betonowej podmurówce, ale drewniana. Wiało i wiało, więc nie wychodziłam. Nagle zaczęło się wszystko walić. Ściany, dach, deski leciały. I wtedy jakby ktoś mnie pchnął. Upadłam. Ile leżałam? Nie wiem. Jak się ocknęłam, to zaczęłam się wygrzebywać i jakoś wyczołgałam się na zewnątrz. Wtedy zobaczyłam syna. Deska musiała mnie w głowę uderzyć i leżałam tak na oborniku – opowiada pani Maria.
          - Matka miała rozciętą głowę. Była we krwi. Zadzwoniliśmy po karetkę. Okazało się, że na szczęście nic jej się nie stało poza rozcięciem głowy, ale pięć dni została w szpitalu na obserwacji – dodaje syn Henryk.
          Na zewnątrz, zaraz za synem, wyszedł pan Aleksander. - Pobojowisko. Jakby front przeszedł. Wszędzie pustaki, cegły, kawałki blachy, deski. Całe podwórko było tym zarzucane. A oborę to całą zmiotło. Jak stała. I pozrywało dachówkę ze stodoły i garażu – mówi pan Aleksander.
          - Ze stodoły to z dwie trzecie, a z garażu też więcej jak połowę – dodaje Henryk.
          A do domu lał się deszcz.
          - Wszystko zamokło. Pościel, ubrania, meble – opowiada pani Maria.
          Często zapłaczę

          W domu oczywiście nie dało się mieszkać. Zaraz po przejściu nawałnicy przyjechali strażacy – z Korycin, Grodziska. Przywieźli folie i nakryli dom. Usunęli też sporo gruzu, cegieł i innych rzeczy. Tak, aby dało się chodzić. Przyjechali też pracownicy urzędu z Grodziska. Zapewnili poszkodowanym lokum w budynku gospodarczym przy byłej szkole w Korycinach. Państwo Wiosna mieszkają tam do dziś.
          - Dobrze, że był u nas taki budyneczek, przy szkole. Blisko naszego domu. To niecałe 200 metrów. Gdzie mieszkalibyśmy, gdyby szkoły tutaj nie było? – pyta Henryk.
          - Jakoś sobie tu radzimy. Mieszkamy w trójkę. Ciasno, ale nie będziemy narzekać. Musimy tu mieszkać – dodaje pani Maria.
          - Ale jak wyjdę i na dom popatrzę, to często zapłaczę. Pójdę tam, pokrzątam się i przyjdę. A jak do sklepu po chleb idę i wracam, to często zapomnę się i zamiast tu do szkoły skręcić, to do domu idę – mówi pan Aleksander.
          - Nie możemy powiedzieć, że nikt nam nie pomógł. Oprócz strażaków, to ludzie ze wsi przychodzili. Pomagali rozbierać budynki, składać drzewo, uprzątać. Dziękujemy za to. I wójt był. Powiedział, żeby się nie załamywać i że jakieś pieniądze będą – opowiada Henryk.
          Państwo Wiosna dostali pomoc z GOPS-u i urzędu wojewódzkiego.
          Pies do dziś nie chce do budy

          Po uprzątnięciu trzeba było zabezpieczać te budynki, które zostały tylko naruszone.
          - Mieliśmy sporo dachówki cementówki, więc przydała się. I eternit. Na stodołę i garaż wystarczyło. Obory nie stawialiśmy, bo nie ma z czego. Do dziś jej nie mamy. Czy postawimy? Nie wiem. Teraz dom jest najważniejszy – twierdzi Henryk.
          - Nie tylko my pamiętam tamte chwile. Pies do dziś do budy nie chce wejść. Budę mu przywaliło, bo stała przy stodole. Teraz są tam deski. Wykopał pod nimi dziurę i tam śpi – mówi pan Aleksander.
          - Dobrze, że żyjemy, bo mogło być różnie. Jakby ktoś z nas wtedy koło domu stał, to cegła mogłaby zabić. Szczęście w nieszczęściu, bo kobyłka wtedy na podwórzu chodziła. Nic w nią nie trafiło. Nie chciała przed deszczem do obory wejść. Ja wołałam: „Kasztanka, Kasztanka”, ale nie poszła. Tylko sama się schowałam. Kto wie, czy wyszłaby z tej obory. Świniom nic się nie stało. Krowy za budynkami były – mówi pani Maria.
          Codziennie na podwórku państwa Wiosna pracują rzemieślnicy. Ściany domu zostały już wzmocnione. Majster stawia komin. Ale do zrobienia jest jeszcze dużo. Pan Aleksander wylicza:
          - Dach, ściany wewnątrz, trzeba mebli. Ale najpilniejsze są materiały budowlane. Różne – cement, blacha, wszystko do wykończenia w środku.
          Oprócz pomocy ze strony gminy, mieszkańców Korycin i strażaków była też zbiórka pieniędzy dla poszkodowanych w parafii Rudka, bo do niej należą Koryciny. Pomógł też bank spółdzielczy oddział w Grodzisku.
          - Ale to kropla w morzu, by jakoś się zagospodarować. Najważniejsze to na zimę do domu się wprowadzić – mówi pan Aleksander.
          Państwo Wiosna, za naszym pośrednictwem, proszą o pomoc. Jeśli ktoś z Czytelników mógłby przekazać im materiały budowalne – będą wdzięczni. Telefon kontaktowy – 86 277 67 30 (pani Ewa).

          Cezary Klimaszewski, Kurier Poranny – Głos Siemiatycz, fot. CK
        
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.


Reklama

Wideo kurierpodlaski.pl




Reklama