„Siemiatycze... Pierwsza klasa szkoły podstawowej... Kolonie... Zakochał się we mnie chłopak z piątej klasy, Marek. Byłam przerażona, ale Siemiatycze kojarzą mi się cudownie! Gdy jadąc na spektakl minęliśmy Siedlce, na długiej prostej (za Mordami) wykrzyknęłam: o to te lasy! Je pamiętam! I Bug... Było super” - wspomina Justyna Sieńczyłło.
8 marca był dla mieszkańców Siemiatycz datą szczególną. Po pierwsze: kobiety, które znalazły się tego dnia w okolicach „dużego ronda” miały okazję stać się szczęśliwymi posiadaczkami kwiatka i nowiutkich rajstop, po drugie: do miasta zawitał „Teatr Kamienica”. Przez blisko półtorej godziny scena sali widowiskowej w dawnej synagodze tętniła energią, talentem i wigorem Justyny Sieńczyłło w one woman show „Mój dzikus”. Sztuka autorstwa Emiliana Kamińskiego i Jana J. Należytego w żartobliwy sposób relacjonuje blaski i cienie pożycia małżeńskiego, przypuszczając bezwzględny atak na rodzaj męski. Siemiatycka publiczność (z rzadka poutykana panami) nie szczędziła braw. Drugą zaś część wieczoru „przegadałyśmy” z panią Sieńczyłło przy herbacie i ciastkach.
„Jestem ambasadorką tego terenu”, wyznała pochodząca z Białegostoku aktorka. Właśnie tam, pod okiem Antoniny Sokołowskiej z Amatorskiego Teatru „Klaps” rozpoczęła się jej przygoda z dramatem. Potem była warszawska PWST i angaż w Teatrze Powszechnym, gdzie partnerowały jej na scenie takie osobistości jak Krystyna Janda, Janusz Gajos, Jolanta Szczepkowska, Franciszek Pieczka czy Emilian Kamiński (z którym od lat tworzą zgrany duet małżeński i biznesowy). „Miałam trzynaście lat, a on dwadzieścia parę” - wspomina pierwsze ich spotkanie na planie serialu „Szaleństwa panny Ewy”. „Dla mnie był wówczas starym facetem, ale twierdzi, że zapamiętał moje oczy. Ponownie spotkaliśmy się w spektaklu ”Na szkle malowane’’ Brylla. Grała Janda, Stalińska, Deląg, Królikowski – wiele znanych obecnie twarzy. Atmosfera była cudowna, a to sprzyja miłości [...] Bardzo się o mnie starał – w garderobie czekały na mnie a to koszyczek poziomek, a to super cukiereczki, przylaszczki albo chabry. Coś, co wskazywało na to, że musiał się natrudzić. Próby trwały cztery miesiące zanim wreszcie ośmielił się do mnie podejść” - opowiadała z rozbawieniem. Dziś wspólnie prowadzą teatr, mają dwóch synów. „"Kamienica" to więcej niż dom. Stała się naszym życiem […] Mój mąż najczęściej tam nocuje, gdyż powrót do domu w Józefowie zajmuje dobre półtorej godziny. Jest ciężko, nie ukrywam, ale było warto i gorąco państwa zapraszam. Robiliśmy to miejsce z sercem i to widać – zapewniała Sieńczyłło. „Wszystko, co mamy, przychodzi od widza, gdyż to on jest najważniejszy! Cudownie, że wraca, że przyprowadza przyjaciół. Żyjemy tylko dzięki niemu, każdej osobie, która do nas przyjdzie i kupi bilet. Widzowie wiedzą, że ich nie oszukamy, zawsze dajemy z siebie wszystko”.
Aktorka zapytana o to, czy czuje się kobietą spełnioną, odpowiedziała: „Jestem matką, babcią, ojcem w jednym [...] Żyję tak, jakby każdy dzień miał być ostatnim". Jaka jest jej recepta na szczęście? - "Trzeba dawać. To zawsze wraca. To moja idea fix". A po chwili dodała: "Miłość jest najważniejsza, niezależnie od tego, czy jest to miłość do dzieci, bliskich czy do sztuki. Bez niej nie ma prawdziwego życia".
Zgodnie z zapewnieniem pani dyrektor SOK Jolanty Sidorowicz, już w czerwcu czeka nas kolejna siemiatycka premiera z repertuaru "Teatru Kamienica". Serdecznie polecam wiercąc się niecierpliwie.
Coco, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze