:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  0°C

Jak wikary stracił aureolę - zgubne skutki uległości /felieton/

Sprawy kryminalne, wikary stracił aureolę zgubne skutki uległości /felieton/ - zdjęcie, fotografia

System powszechnej edukacji od zawsze opiera się na podstawowej zasadzie: „Jak wół pierdzi, to obora słucha!”. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie dzieci słyszą przekraczając próg szkoły jest: „Bądź grzeczny/grzeczna, słuchaj się pani”.

Chłopakom wybacza się więcej, bo wiecie państwo, rozumiecie… Z chłopakami już tak jest, że muszą się wybiegać, wykrzyczeć, napsocić. Wyrosną z tego, jak każdy. Z dziewczynkami jest inaczej. Dziewczynka w szkole ma być pilna, dobrze ułożona. Janek pociągnął Kasię za warkoczyk, zabrał jej długopis? A Kasia uderzyła Janka? O, zgrozo! No, ale jak tak może być? Dziewczynce to nie przystoi. Co przystoi dziewczynkom? Płacz. Co przystoi ogółowi uczniów bez względu na to, czy mówimy o szkole podstawowej, (niegdyś o gimnazjum), czy liceum/technikum? Czołobitność.

Nauczyciel ma władzę. Niejeden z przyjemnością z niej korzysta, a to stawiając uwagi, a to biorąc niepokornego delikwenta do odpowiedzi. Nie oszukujmy się, jeśli ktoś czytając ten tekst uśmiecha się i myśli: „Co za bzdura!”, znaczy to tylko tyle, że zbyt wiele lat minęło po opuszczeniu szkolnych murów i zdążył zapomnieć o znienawidzonej polonistce, historyku, matematyku lub… jest nauczycielem. Starsi czytelnicy mają zapewne w pamięci bicie linijką po rękach, nawet za to tylko, że uczeń był leworęczny lub klęczenie na grochu, czasem w kącie, czasem pod tablicą.

Lata mijają i tak jak ciebie Czytelniku uczono czołobitności wobec majestatu miłościwie panującego nauczyciela, tak i ty teraz uczysz tego swoje dziecko. Układ posłuszeństwa w szkole ma sens, owszem, ale tylko wtedy, kiedy pozostaje w granicach rozsądku, nie jest ślepym posłuszeństwem. Co to znaczy? To znaczy, że jeśli dziecko słyszy od nauczyciela, że jest: „baranem, głąbem kapuścianym” czy przyszło na zajęcia „odrabiać pańszczyznę” (swego czasu te i wiele innych określeń było kultowych wśród siemiatyckich licealistów), ma prawo wstać i wyjść z sali. Ma prawo zareagować, kiedy jest zmuszane na zajęciach wf-u do wykonywania ćwiczenia, którego nie jest w stanie wykonać. To znaczy, że jeśli katechetka/katecheta, ksiądz mówi lub robi coś, z czym dziecko czuje się źle, uczeń ma prawo zareagować. TU i TERAZ. W momencie kiedy TO się dzieje.

Ze ślepym posłuszeństwem jest też istotny problem: działa zarówno wobec tzw. surowego nauczyciela (w skrajnej sytuacji ma on despotyczne zapędy), jaki i „brata łaty” czy „opiekuńczej mamy nr 2”. O ile w przypadku despoty uczniowi łatwiej jest zdobyć się na sprzeciw, o tyle z „bratem łatą” nie jest tak prosto. On nie tylko jest wyżej w hierarchii szkolnej, ale jest też miły, pomocny. Taka cudowna to odmiana i jakie wyróżnienie, kiedy nauczyciel okazuje sympatię uczniowi, uczennicy. Bardzo trudno wtedy nawet wpaść na myśl, dorosły ma wobec ucznia złe zamiary lub uczeń jest jakoś wykorzystywany, niekoniecznie seksualnie.

Być może, gdyby nie owa czołobitność wobec nauczyciela, a do tego księdza (bo przecież, ksiądz to czysta doskonałość! Jest najbliżej Boga, obrazić księdza to tak jak obrażać Boga samego!), być może gdyby nie to, ksiądz Marcin Ł. nie miałby szansy zgwałcić 14-latki czy zmusić jej do innych czynności seksualnych. Nie miałby szansy, bo nie pozwoliłaby mu na dominację, zaczynając od sfery psychicznej („Jam jest wyżej, mnie trza słuchać i basta!”), a kończąc na sferze fizycznej – wykorzystania seksualnego i ograniczenia wolności.

Oczywiście głupotą i niesprawiedliwością byłoby posądzanie każdego nauczyciela i każdej nauczycielki o złe intencje, kiedy są po prostu sympatycznymi i dobrymi ludźmi dla dzieci, z którymi pracują. Jednak warto pomyśleć o „braciach łatach”, kiedy nastolatki bezkrytycznie zachwycają się superanglistką, superksiędzem, supergeografem itd.

W psychologii takie zachowanie nazywane jest „efektem aureoli”. Polega ono na przypisywaniu człowiekowi pozytywnych lub negatywnych cech (szatański efekt halo) na podstawie pierwszego wrażenia. Jeśli więc człowiek ceni sobie np. kulturę osobistą czy atrakcyjny wygląd fizyczny i trafi w swoim otoczeniu na osobę kulturalną i atrakcyjną, jest skłonny automatycznie, bez zastanowienia, przypisać jej inne pozytywne cechy np. inteligencję, mądrość, dobroć. Choć osoba ta wcale nie musi posiadać takich cech. Podobnie w drugą stronę, jeśli nie lubimy wulgarności, a poznamy osobę, która jest wulgarna, naturalnie przypiszemy jej inne negatywne cechy np. brutalność czy fałszywość. Nauczyciele, nawet katecheci nie są „super”, nie są „nadzwyczajni”. Tak samo jak piekarz czy sprzedawca biorą co miesiąc wypłatę i wykonują obowiązki. I tak samo jak piekarz czy sprzedawca mogą okazać się zagrożeniem.

Księdzu Marcinowi Ł., którego osobowość jeszcze do niedawna nie była zredukowana do pierwszej litery nazwiska, współczuję. To ci była osobowość dopiero, wikariusza parafialnego w Wyszkach! Duma, szczęście w rodzinie! Najpierw do sali lekcyjnej, ba, co ja mówię? Do pokoju nauczycielskiego, wkraczała wspaniałość księdza, a dopiero za nią sam ksiądz. (Jaki i w wielu innych przypadkach księży katechetów.) A teraz co? Sromota i publiczny ostracyzm, wysyłają człowieka do jakiegoś klasztoru, za karę… izolacja, a tam ponętnej nastolatki czy gorliwej parafianki ze świecą szukać. Szczególnie to dotkliwe dla młodego mężczyzny.

Tyle namęczył się w seminarium, a i studia musiał skończyć. Wszystko pod ścisłą kontrolą przełożonych, pod czujnym okiem kolegów, czy ksiądz Marcin stosuje się do regulaminu seminarium, czy nie łamie zasad, czy bywa na wszystkich wykładach, nie wagaruje, czy biskup jest zadowolony? Nie etyczność, a opinia zwierzchnika kluczem do sukcesu. Bo jak biskup tupnie nogą, to i święty boże nie pomoże! No… i tupnął biskup nogą, nie był zadowolony, że rodzice dziecka dowiedzieli się o harcach jurnego wikariusza. Są dwie zasady, o których każdy kleryk powinien pamiętać – posłuszeństwo wobec zwierzchnika i dyskrecja. Ksiądz Marcin Ł. nie był posłuszny, nie dotrzymał złożonych biskupowi ślubów, ściągnął niepotrzebną uwagę na instytucję kościelną. Wszystko skończyło się zanim zdążyło się na dobre zacząć. Dopiero rok minął od święceniach kapłańskich. „Już był w ogródku, już witał się z gąską; Kiedy skok robiąc wpadł w beczkę wkopaną”. Jak pisał pewien poeta… Cóż zrobić, krew nie woda, a ksiądz Marcin tak bardzo chciał sam spróbować jak to jest być dominującym, zamiast bycia ciągle zdominowanym… Chłopakom wybacza się więcej, więc i ks. Marcinowi Ł. zostanie wybaczone.

W Ministerstwie Edukacji Narodowej pojawił się pomysł, aby księżom katechetom umożliwić objęcie stanowiska wychowawcy klasy. Niejeden spragniony władzy i „rządu dusz” ucieszy się z takiej możliwości. A dyrekcja? Cytując Gombrowicza, zostali już dawno „upupieni” i niejeden/niejedna na pewno z radością przyjmie księdza w szeregi wychowawców. Wszystko dla zwabienia, ekhm, zbawienia ucznia.

Kiedy baran idzie w stronę przepaści, owce podążają za nim. Inaczej jest z kurami – te idą gdzie chcą, bez względu na to, gdzie znajduje się kogut. Oby wśród uczniów więcej było kur niż owiec.

PS.

Wg danych z diecezji dla Komisji Wychowania KEP (2014/2015) księża diecezjalni uczyli w badanym okresie w 17,4% przedszkoli; 28,7% szkół podstawowych; 39,6% gimnazjów; 50,6% liceów ogólnokształcących; 45% techników, lic. zawodowych; 42,1% szkół zawodowych.

W 2014 r. ilość katechetów w poszczególnych placówkach wynosiła kolejno: przedszkola – 5870, szkoły podstawowe – 14440, gimnazja – 6964, licea ogólnokształcące – 3009, technika i licea zawodowe – 2281, szkoły zawodowe i inne – 1400.

Księża diecezjalni stanowili w tej grupie 8381 katechetów, księża zakonni 799, siostry zakonne 1989, a nauczyciele świeccy 14344 osób.

Eleni Kryńska, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot JSW

Jak wikary stracił aureolę - zgubne skutki uległości /felieton/ komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się