:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Notatnik historyczny, Wywózki sowieckie Notatnik historyczny - zdjęcie, fotografia
Kurier Podlaski 04/05/2019 10:17

„Załadowano nas na wóz konny, który zawiózł nas na stację kolejową w Siemiatyczach. Tam zastaliśmy długi pociąg towarowy, do którego ludzie i dzieci byli wpychani jak bydło. Ja z Mamusią zostałem wsadzony do wagonu, który zawierał 30 osób, mieszkańców Siemiatycz i okolicy” – wspominał Henryk Kłopotowski, zesłany na Syberię 13 kwietnia 1940r.

     Przemoc i terror miały przez cały okres okupacji sowieckiej służyć usunięciu wszystkich, których Sowieci uważali za zagrożenie i przeszkodę w budowaniu nowej rzeczywistości.

     Jedną z metod usuwania wrogich elementów - poza morderstwami, aresztowaniami, zsyłkami do łagrów - miały być deportacje całych rodzin daleko na wschód, na Syberię i do Kazachstanu.

     Mimo, że bolszewicy wkroczyli do Siemiatycz dopiero 29 września, już na początku grudnia tego samego roku, na najwyższych szczeblach w Moskwie zostały podjęte decyzje o przystąpieniu do realizacji planu wywózek. Miesiąc po zajęciu naszych terenów przez Armię Czerwoną, Rada Komisarzy Ludowych Związku Sowieckiego zatwierdziła instrukcję Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych o porządku przesiedlenia z tzw. zachodnich obwodów.

Siemiatycze 1939, przed budynkiem milicji ludowej - autor zdjęcia nieznany 

     I Wywózka

    NKWD ( Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych – przyp.) wykorzystywał różne metody, kwalifikując ludzi do wywózki. Sowieci mieli do dyspozycji przejęte polskie archiwa, korzystano również z informacji zbieranych od miejscowych kolaborantów nowej władzy oraz wywiadów w terenie. Planowane deportacje miały do końca pozostać tajemnicą.

     Pierwsza wywózka miała miejsce 10 lutego 1940r., tyle że nie objęła, jak się wydaje – poza kilkoma rodzinami (Charytoniuków z Krupic, Klencnerów z Czartajewa, Wysockich z Malesz - do Kraju Ałtajskiego) – większej liczby osób z naszych terenów. W wagonach znaleźli się, zgodnie z instrukcjami, głównie rodziny osadników polskich przybyłych na te tereny i służba leśna. Otrzymali status tzw. specjalnych przesiedleńców.

     II wywózka

     Kolejna wywózka nastąpiła wkrótce. Biuro Polityczne Komitetu Centralnego WKP(b) (Wszechzwiązkowa Komunistyczna Partia Bolszewików) 2 marca 1940 roku (trzy dni przed podpisaniem rozkazu o rozstrzelaniu polskich jeńców wojennych przebywających w obozach w Ostaszkowie, Starobielsku i Kozielsku oraz w więzieniach na terenie tzw. Zachodniej Ukrainy i tzw. Zachodniej Białorusi) podjęło uchwałę polecającą NKWD ZSRS „przeprowadzić do 15 kwietnia br. deportację do rejonów Kazachskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej na okres 10 lat wszystkich członków rodzin represjonowanych i znajdujących się w obozach dla jeńców wojennych byłych oficerów armii polskiej, policjantów, służby więziennej, żandarmów, wywiadowców, byłych właścicieli ziemskich, fabrykantów i wysokich urzędników byłego polskiego aparatu państwowego w liczbie 22–25 tys. rodzin”. Dyrektywa komisarza ludowego spraw wewnętrznych ZSRS Berii z 7 marca 1940 roku uściślała m.in., że „za członka rodzin uważa się żonę, dzieci, a także rodziców, braci i siostry, w przypadku jeśli zamieszkują razem z rodziną aresztowanego lub jeńca wojennego”. Uzupełniając tę decyzję, 10 kwietnia Rada Komisarzy Ludowych ZSRS sprecyzowała tryb i stronę organizacyjną akcji. Otrzymali status przesiedlonych administracyjnie.

     Akcję rozpoczęto 13 kwietnia 1940 roku, Skąd ten termin? Tyle trwał powrót i ponowne podstawienie wagonów bydlęcych służących do pierwszej wywózki. W ogólnej liczbie ogromną większość wywiezionych stanowili Polacy, było również trochę Żydów (np. z Siemiatycz Monczarowie) i Białorusinów mieszczących się w którejś z wymienionych przez NKWD kategorii. Rodzinom dano prawo do zabrania 100 kg rzeczy na osobę. Opuszczone domy i mieszkania miały przejść na własność państwa sowieckiego i podlegać ponownemu zasiedleniu. Ogromna większość wywiezionych do Kazachstanu pracowała w kołchozach i  sowchozach.

     Wspomnienia

     W nielicznych dostępnych nam wspomnieniach ofiary i świadkowie tamtych zdarzeń tak opisują wywózkę kwietniową.

     Henryk Kłopotowski, syn Edwarda, zamordowanego w październiku 1939r., żołnierz Armii Andersa:

     „(…) Właśnie po kilku tygodniach nadszedł ten przeklęty dzień 13 kwiecietnia 1940r. Dzień zsyłki na Sybir, bez możności powrotu. O godz. 2.00 nad ranem przybyło do naszego mieszkania  około ośmiu enkawudzistów wraz z członkami miejscowej milicji. Kazali Mamusi i mnie się zebrać, dając nam 15 minut na pakowanie osobistych rzeczy i trochę jedzenia. Powiedzieli nam, że jedziemy w daleką drogę, skąd już nigdy nie wrócimy. Wszystko, co należało do naszych rodziców - pozostało za nami. Załadowano nas na wóz konny, który zawiózł nas na stację kolejową w Siemiatyczach. Tam zastaliśmy długi pociąg towarowy, do którego ludzie i dzieci byli wpychani jak bydło. Ja z Mamusią zostałem wsadzony do wagonu, który zawierał 30 osób, mieszkańców miasta Siemiatycze i okolicy. W wagonie tym były zrobione prowizoryczne półki (prycze), na których ludzie mieli spać. Jednak nie było wystarczającego miejsca dla wszystkich, tak że wielu z nas musiało ulokować się na podłodze wagonu. Przy drzwiach była zrobiona dziura w podłodze dla celów ubikacji. Ludzie byli w różnym wieku. Były kilkuletnie dzieci pod opieką matek. Tak samo starszy pan, ojciec żony wójta miasta Siemiatycz w bardzo podeszłym wieku. Po całkowitym załadowaniu naszego wagonu, drzwi zostały zamknięte i zablokowane z zewnątrz, tak aby nikt w tym wagonie i innych nie wiedział, co się dzieje na zewnątrz. Późnym wieczorem pociąg ruszył i wtenczas zaczął się płacz i gniew wśród wszystkich obecnych. Ponieważ ja umiałem trochę grać na skrzypcach, które miałem ze sobą, więc zacząłem grać polskie piosenki, co do pewnego stopnia uspokoiło płaczących. (…) Dopiero w 28 kwietnia 1940r. przybyliśmy do stacji kolejowej Smirnowo, około 40 km od Pietropawłowska. Tam załadowano na ciężarówki i przewieziono do kołchozu we wsi Połtawka” (fragmenty wspomnień spisanych w styczniu 1995r., Archiwum Ośrodka „Karta”, nr ZS 130, Henryk Kłopotowski, Wspomnienia o mojej zsyłce i ucieczce z Kazachstanu).

     Inne wspomnienia, dr Adama Wołka, ukazały się przed laty na łamach Głosu Siemiatycz („Wywózka kwietniowa”):

     „(…) Tu mogę posłużyć się swoim dzienniczkiem pisanym zaraz po przyjechaniu, już na Syberii. Zapisy są bardzo lakoniczne, krótkie. Relacje 11-letniego chłopca.

     „13 kwietnia, sobota. Przyjechali o 7 –ej godzinie, zrobili rewizję, kazali się pakować i jechać do NKWD. Tam kazali jechać na stację, a jak na stację to i do pociągu. Wiózł nas Grabowski naszą starą klaczą i jakimś „kawaleryjskim koniem” (wymienionym przez wojsko sowieckie). Na stacji zobaczyliśmy ciocię i drugą babcię. Pozwolili nam wejść do tego samego wagonu. Były to towarowe wagony i znać było, że wożono nimi niedawno krowy czy konie. W oknach były kraty. Staliśmy w Siemiatyczach do wieczora, po czym jechaliśmy całą noc”.

     We wspomnieniach zaś, zapisanych w 1980 roku, przebiegało to tak:

      „Jadłem śniadanie w stołowym pokoju i z mego miejsca było widać dróżkę Ukośną w ogrodzie. Zobaczyłem jadącą furmankę jednokonną i na niej kilka siedzących osób. Gdy się zbliżali, dojrzałem stojącego na tyle fury żołnierza sowieckiego w charakterystycznej spiczastej czapce z dzianiny, z czerwoną gwiazdą naszytą z przodu. Wspierał się na długim karabinie opartym o spód wozu, i wysoko wystającym cienkim bagnecie. Z nim, oprócz zbrojnej ochrony, podjechało dwóch ludzi: oficer MKWD i jakiś cywil. Weszli do domu, a krasnoarmiejec pozostał na zewnątrz. Wypytywali babcię kto jest kto, potem gdzie jest reszta rodziny. Potem przystąpili do skrupulatnej rewizji. Ponieważ ja wybierałem się do szkoły, enkawudzista powiedział do mnie, że dziś do szkoły nie pójdę. Polecił mi wziąć czyste koszule, swoje ubrania, „pojedziesz do mamy”. Wówczas zrozumiałem, że nas wywożą – tylko dokąd? Zacząłem pakować swoje skarby z szufladki, trochę jakichś narzędzi. Książek nie brałem, zresztą i babcia nie brała. Pakowała wszystko z ubraniowych i pościelowych rzeczy. Powiedzieli, że można wziąć po 6 pudów na osobę. To właściwie dużo, bo mogliśmy zabrać 400 kg. Z szuflad, pudełek wszystkie fotografie były sortowane i te z osobami zabierane. Papiery, zeszyty oglądane, gdzie tylko coś było napisane ręcznie. Czytał to z pewnym trudem cywil, dobrze mówiący po polsku.

     Przyszła Irka Grochowska, która służyła u babci. Pomagała pakować. Przyszli jeszcze jacyś ludzie też pomagać. Stali też pod domem przyglądający się. Sytuacja nasza, wobec wybierania się w długą nieznaną drogę, była szczególna. Poprzedniego bowiem dnia było u babci świniobicie i wszystkie mięso zostało przygotowane do przerobienia. Zabrana została tylko słonina, a reszta oddana Grochowskim. Naczynia kuchenne też zostały spakowane i zabrane. W ładowaniu na wóz pomagali Grochowski i Grabowski, który miał nas wieźć. Na furę naszą dosiadł się z tyłu krasnoarmiejec. Tak pod konwojem jechaliśmy oglądani przez płaczące kobiety z czworaków. Potem przed szkołą, w oknach dzieci i pani Dudzicowa stała. Dalej przez całą wieś Czartajew, do Siemiatycz pod siedzibę NKWD - kino obecne (po przebudowie). Wprowadzono nas na górę do pokoju. Znów jakieś przesłuchanie, przepytywania. Gromada fotografii znów na stole – kto to, a to? Urzędujący w czapkach na głowach.

     Na stacji stał długi towarowy transport. Wagony już pełne ludzi. Wszystko otoczone kordonem żołnierzy z karabinami  i tym dziwnymi dla nas bagnetami (kb). Krzyczeli, nie pozwalali wychodzić. Z jednego wagonu zawołała do nas jadących na wozie ciocia. Okazało się, że już była z drugą babcią załadowana. Wagony miały prycze tylko parterowe. Ładowali po dwadzieścia kilka do trzydziestu osób do wagonu.

     Ze znajomych widzianych w transporcie była pani Emilia Lankau z Jasią i Heniem, rodziny aresztowanego przez sowietów burmistrza. Pani Łucja Łowicka z małymi dziećmi, pani Szyszkowa, akuszerka, w kolejarskiej czapce poruszał się jakby swobodnie p. Stanisław Igański, myśleliśmy pierwotnie, że należy do obsługi stacji, a okazało się, że jechał potem z nami do końca. Babcia i ciocia zapewne więcej osób znały. Byli jacyś Żydzi – Monczarowie chyba. W wagonie po naszej stronie była rodzina sołtysa z Ogrodnik, Matosiukowa z synem Wasylem i młodszymi córkami (…)”.

     III Wywózka

     Trzecią w kolejności była wywózka do północnych rejonów ZSRS przybywających tu od jesieni 1939r. uchodźców wojennych z terenów Rzeczypospolitej zajętych przez Niemcy. Po zajęciu terenów nadbużańskich przez Armię Czerwoną do Siemiatycz i okolic napływały przez nową granicę na Bugu rzesze Żydów spod okupacji niemieckiej w nadziei, że ich los będzie pod Sowietami bardziej łaskawy. Część się tu zatrzymała, inni wędrowali dalej na wschód. W pierwszych dwóch miesiącach udawało się to dzięki przychylnemu nastawieniu władz sowieckich. Trwało to do końca listopada, potem jednak rząd sowiecki zamknął granicę.  

     Decyzja o wysiedleniu tych "bieżeńców" (w ok. 85 proc. Żydów, 11 proc. – Polaków)  którym nie pozwolono na powrót do miejsc zamieszkania w ramach akcji wymiany ludności z III Rzeszą i którzy odmówili przyjęcia paszportów sowieckich, zapadła już 2 marca 1940 r. Początkowo akcję planowano do realizacji równocześnie z deportacją kwietniową.  Została jednak przesunięta z uwagi na trwającą jeszcze wymianę ludności z Niemcami.

     Akcję przeprowadzono w nocy z 29 na 30 czerwca 1940r. Aleksander Gurjanow, uznany rosyjski historyk związany ze stowarzyszeniem „Memoriał” w swoim opracowaniu pt.”Cztery deportacje 1940 - 1941” ( Karta nr 12/1994) stwierdził, że w transporcie z tego dnia z rejonu Siemiatycz i Bielska Podlaskiego NKWD wywiozła na wschód do stacji Plisieckaja w tajdze w obwodzie archangielskim nad morzem Białym 1085 osób. Zostali zaliczeni, podobnie jak w lutym, do kategorii specjalnych przesiedleńców.

    IV Wywózka

      Do kolejnej i ostatniej przed wybuchem wojny sowiecko – niemieckiej wywózki doszło na podstawie uchwały z 14 maja 1941 r. KC WKP(b) i RKL ZSRR o przeprowadzeniu "oczyszczenia" obszarów inkorporowanych przez ZSRR w latach 1939-1940. Wywózce na dwadzieścia lat podlegali „aktywni członkowie organizacji kontrrewolucyjnych i członkowie ich rodzin, byli żandarmi, strażnicy, kadra kierownicza policji, więziennictwa oraz szeregowi policjanci i strażnicy więzienni przy stwierdzeniu materiałów kompromitujących, byli wielcy obszarnicy, handlowcy (...), byli wielcy fabrykanci (...) i wysocy urzędnicy byłych rządów burżuazyjnych wraz z członkami rodzin, byli oficerowie, wobec których są materiały kompromitujące, członkowie rodzin uczestników organizacji kontrrewolucyjnych, skazanych na karę śmierci oraz ukrywających się i zakonspirowanych, osoby przybyłe w ramach repatriacji z Niemiec oraz osoby, które wyjeżdżały (...) do Niemiec przy stwierdzeniu materiałów kompromitujących, uchodźcy z byłej Polski, którzy odmówili przyjęcia obywatelstwa sowieckiego, elementy kryminalne nadal uprawiające przestępczy proceder oraz prostytutki zarejestrowane w policji, uprawiające dotychczasowy proceder”.

     Wielu dorosłych mężczyzn miało podlegać aresztowaniu, jednak ze względu na to, że nie przeprowadzano osobnej akcji aresztowań, mężczyźni dopiero na stacji byli oddzielani od swoich najbliższych i wysyłani osobnymi transportami do łagrów. 

     W rejonie Siemiatycz akcja NKWD odbyła się 20–21 czerwca, głównie ze stacji Siemiatycze, chociaż część osób z okolic Mielnika została załadowana do wagonów w Wysokim Litewskim. W drodze na wschód, w rejonie Wołkowyska, w którym transport znalazł się 22 czerwca, spadły nań pierwsze bomby niemieckie. Były ofiary. Wywiezione rodziny trafiły do obwodu omskiego i nowosybirskiego oraz do Kraju Ałtajskiego. Przypisano ich do kategorii zesłanych na osiedlenie.

     Na stacji kolejowej Siemiatycze mężczyźni w liczbie piętnastu, zgodnie z instrukcjami NKWD, zostali wywołani z wagonów, oddzieleni od reszty rodzin, które zostały powiezione na wschód, i zabrani do miasta do aresztu. Tam dołączono do nich jeszcze dwie osoby. Ich tragiczne losy kilkakrotnie opisywaliśmy na łamach „Głosu Siemiatycz” Następnego dnia pod eskortą poprowadzono ich na wschód, przez Nurzec i Milejczyce. W miejscowości Judzianka pod Hajnówką Sowieci postanowili pozbyć się więźniów i rozstrzelali ich. Byli to: Stefan Czyżewski (nauczyciel), Władysław Siekierko (rolnik), Aleksander Sielicki (robotnik), Teodor Mikitiuk (nauczyciel), Antoni Maćkowiak (rolnik), Michał Markiewicz (rolnik), Stanisław Ekielski (młynarz), Józef Tołwiński (rolnik), Antoni Lipiński, Mikołaj Zaręba (rolnik), Stanisław Kosiński (komendant Straży Pożarnej w Siemiatyczach), Jan Młodzianowski (kaflarz), Tadeusz Kurek (rolnik), Stanisław Krasowski (rolnik), Jaremko (piekarz pochodzenia żydowskiego). Spoczywają na siemiatyckim cmentarzu. Z masakry uratował się Wiktor Maćkowiak z Sytek, który zbiegł w Milejczycach w trakcie konwojowania, oraz Jan Krasowski z Krasewic, który ranny uciekł z miejsca mordu. Dzięki niemu znane są okoliczności tej zbrodni.

     Rodziny przebywające na Syberii czy w Kazachstanie przez długi czas nie wiedziały o zamordowaniu ich aresztowanych na siemiatyckiej stacji mężów czy synów.

    Wspomnienia

     Władysława Kosińska z Siemiatycz wywieziona z 3 letnim synem Michałem w ustnych wspomnieniach spisanych w 1984r.:

     „Na początku 1940 r. była paszportyzacja. Dostaliśmy paszporty z 31 paragrafem. Znaczyło to, że trzeba było wyjeżdżać na Wschód. Nie mieliśmy prawa przebywać w strefie przygranicznej. Granica była na Bugu. Trudno było nam gdzieś się zatrzymać. Ludzie na wsi bali się nas przyjąć. W końcu znalazł się taki, który nas przyjął pod swój dach, na kolonii Rogawka, Jan Szum. Mieszkaliśmy tam parę miesięcy. Ponieważ pan Szum był zamożnym rolnikiem, więc władze NKWD miały pretensje do niego, że nas przyjął do siebie. Musieliśmy się przenieść do innej kolonii, Sitniki gm. Czartajew.

     22 czerwca 1941 r., w nocy, enkawudziści otoczyli tę chałupinę, wpadło kilku uzbrojonych do mieszkania, kazali nam się pakować, bo wywiozą nas do innego rejonu. Mężowi memu związali ręce z tyłu, a mnie kazali spakować tłumoki i pokłaść na wóz. Ja z dzieckiem jechałam na wozie, a mąż mój szedł ze związanymi rękami pod bronią dwóch bolszewików, aż na dworzec kolejowy. Jak nas wieźli do stacji przez miasto, na wysokości ulicy Wesołej stały Żydówki. Prosiłam Żydówkę, aby powiedziała mojej siostrze Aleksandrze, że nas wywożą. Enkawudzista zrozumiał i powiedział „Ją też wywiozą, możesz nie mówić”.

     Tak dotarliśmy na Stację Siemiatycze. Siedzieliśmy na dworcu, aż pozwozili z wiosek wszystkich, kogo tam mieli wziąć. Było 9 wagonów, a na każdej stacji w kierunku Hajnówki też już czekały wagony, do których kazano nam się zbierać. Mąż mój stał razem z nami, ale jemu powiedziano: „A nie, wy nie pojedziecie!” i wszystkich mężczyzn oddzielono od nas. Wyskoczyłam, wlazłam pod wagon, żeby zobaczyć, gdzie ich prowadzą. Skierowali ich na boczną drogę. Tam czekały ciężarówki. Załadowali ich i powieźli z powrotem do Siemiatycz. A nas do wagonów! To były wagony po węglu. Widać było, że naprędce zrobili tylko półki do leżenia. Było nas w wagonie 23 osoby razem z rzeczami. Ubikacja, to był lejek zrobiony na środku podłogi wagonu. Okropnie było ciasno, bo każdy miał swoje toboły. Zatrzymaliśmy się aż w Wołkowysku. Było to w przeddzień wybuchu wojny. (...)

     Długo jechaliśmy z Wołkowyska bez postoju. Jak stanęliśmy, zobaczyłam maszynistę. Zapytałam go przez zakratowane okienko, czy nie wie, gdzie nas wiozą? Odpowiedział po polsku: „Daleko będziecie jechać. Nie wiem gdzie.” Zapytałam jeszcze, co to za detonacje były w Wołkowysku? On mówi:” Dwa wagony więźniów z Brześcia wysadzili w powietrze, mężczyzn. Oni ich wywozili, Niemiec drogę zagradzał, to oni granaty pod wagony pokładli i wysadzili. Wszyscy zginęli.” W Siemiatyczach wiedzieli o tym zdarzeniu. Myśleli, że to nas wysadzili. Szwagier jeździł specjalnie dowiadywać się, żeby się upewnić, ale okazało się, że sami mężczyźni zostali zabici. Po wyjeździe z Wołkowyska wagony otworzyli dopiero w Czelabińsku (…).”

     (Czas próby - Siemiatyckie wspomnienia z II wojny, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, 9.10.2009r)

     Kuzynka Władysławy Kosińskiej, Celina Kochańska (później Nowicka), wówczas 11-letnie dziecko, po latach, w dzienniku pod datą 6 kwietnia 1997r., zapisała m.in.:

     „Pamiętam w domu wielką rozpacz moich rodziców, dzieci również miały w tym swój udział. Przez długie miesiące nikt nie wiedział, co się z nimi stało. Wiadomo tylko było, że odjechali pociągiem w nieznanym kierunku. Moja mama wszystkie zapasy żywności jakie miała odwiozła na stację, głównie słoninę. Ciocia miała  kosztowności, przy pożegnaniu z mężem oddała mu je, a dalej należy się domyślać, że odebrali oprawcy. Nasza rodzina (Kochańskich  - przyp. MAN) była wyznaczona do transportu na nieludzką ziemię w dwa dni później. Na szczęście wybuchła wojna sowiecko – niemiecka”.

     Józef Saciuk z Niemirowa w rozmowie z Cezarym Klimaszewskim:

    - To było 20 czerwca 1941 r. Pamiętam tę datę przez całe życie. Sowieci część mieszkańców Niemirowa wywieźli już wcześniej, część zostawili, ale tych też szykowali do wywózki. Zabrali prawie całą rodzinę. Mnie, brata, siostrę i ojca, bo matka już nie żyła. Sowieci przyszli do nas w nocy, z 19 na 20 czerwca. Spałem wtedy z bratem w stodole. Otoczyli dom i stodołę. Początkowo nie chcieliśmy wyjść, ale oni stali i kazali wychodzić. Musieliśmy wyjść. Zabrali nas do domu. Siostrze powiedzieli, że ma 15 minut na spakowanie rzeczy. Pod domem stała furmanka. To była fura Jana Romańczuka z Niemirowa. Sowieci kazali mu nas wieść, nie miał wyjścia. Pamiętam, że wśród Sowietów był jeden enkawudzista z Nowosiółek, tych koło Wołczyna, i jakiś sekretarz. Zaczęli nas spisywać, to znaczy robili spis wszystkiego, co mamy. Jak mówiliśmy, że mamy dwie krowy, to pisali, że jedną, jak, że jednego konia, to pisali, że konia nie mamy. Czego nie wzięliśmy, sobie pozabierali. Pamiętam, że wtedy akurat chleba w domu nie było, a to najbardziej wtedy chcieliśmy zabrać. Siostra zdążyła wziąć trochę odzieży i jakiegoś jedzenia. Powieźli nas do Wołczyna. Tam było już więcej fur z Polakami. Stamtąd konwój pojechał do Wysokiego Litewskiego, do pociągu. Tam kazali pakować się do bydlęcych wagonów. (…)”  („Pięć lat na zsyłce”, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz 18.04.2008r,)

      Zesłańcy – ilu ich było?

     Nie istnieją precyzyjne dane ogólne dotyczące liczby wywiezionych wtedy osób - z powodu ogromnej skali zsyłek, warunków zawieruchy wojennej, potem okresu komunizmu, kiedy nie można było o nich otwarcie mówić ani pisać, ograniczonego dostępu do archiwów, zwłaszcza NKWD i kwestii ich kompletności, oraz nieubłaganie upływającego czasu oddalającego od tamtych wydarzeń i ich świadków. Np. dopiero niedawno historycy i prokuratorzy białostockiego IPN otrzymali dostęp do archiwów państwowych Kazachstanu. Dość powiedzieć, że ogólna szacunkowa liczba wywiezionych, w zależności od źródeł, waha się. Najbardziej prawdopodobna to 330–400 tys. (są jednak tacy, którzy bronią tezy, że było ich 1 mln i więcej). Jedno więc można powiedzieć na pewno, że były to setki tysięcy.

      Na naszym terenie tym bardziej na uznanie zasługują podejmowane od lat w miarę skromnych możliwości wysiłki dokumentacyjne Związku Sybiraków, któremu przewodniczy dzisiaj Leszek Różański oraz księdza Józefa Grzeszczuka, proboszcza parafii Św. Apostołów Piotra i Pawła w Siemiatyczach Stacji , który niestrudzenie opracowuje i ustawicznie uzupełnia listę represjonowanych parafian tutejszych parafii w okresie okupacji sowieckiej, w tym wywiezionych na wschód. Lista ta została udostępniona redakcji „Kuriera” na potrzeby tego artykułu.   

     Jej zrozumiałym ograniczeniem jest fakt, że znajdujące się na niej dane, z racji powiązania z parafiami kościoła katolickiego, zasadniczo nie obejmują innych osób, choćby ewentualnych ofiar ze społeczności prawosławnej czy żydowskiej. Trudno również ocenić, na ile jest kompletna. Prawdopodobnie jednak obejmuje sporą część ofiar i stanowi w ten sposób niewątpliwie ogromny krok naprzód w trudnym procesie dokumentowania tego dramatycznego okresu naszej historii.

      Przytaczamy tu dane z kilku parafii: z parafii siemiatyckiej znajduje na niej 135 osób, w tym 13 objętych wywózką lutową 1940r., 27 - kwietniową 1940r. oraz 95 wywiezionych w czerwcu 1941; z parafii drohiczyńskiej to łącznie 134 osoby (odpowiednio 57 i 77 osób); z parafii dziadkowickiej – 47 osób, w tym 7 objętych wywózką lutową 1940r. oraz 40 - w czerwcu 1941r.; z parafii miłkowickiej – 51 osób ( 3 osoby w kwietniu 1940r. i 48 w czerwcu 1941r.); z parafii kłopotowskiej  – 11 (1 osoba w kwietniu 1940r. i 10 w czerwcu 1941r.); z parafii ostrożańskiej – 6 osób (wszystkie w czerwcu 1941r.); z parafii śledzianowskiej – 11 osób (9 osób w kwietniu 1940r. i 2 osoby w czerwcu 1941r.). O części osób brak jest danych dotyczących okresu wywózki (47) Łącznie, z  wymienionych parafii na liście wywiezionych figurują 442 osoby, wśród których ogromną większość stanowiły kobiety i dzieci. W innych źródłach można znaleźć informację, że z Drohiczyna wywieziono w sumie 26 rodzin, około 100 osób. (www.drohiczyn.info, Marek Krasowski)

     W niektórych publikacjach pojawia się ogólna liczba ponad 4 tys. osób wywiezionych z naszych terenów, dotyczy ona jednak, jak się wydaje, wszystkich wywózek, również tych późniejszych, „za drugiego Sowieta”. Do bardziej dokładnych danych być może zbliży nas toczące się od kilku lat i zakrojone na szeroką skalę śledztwo w sprawie sowieckich wywózek prowadzone przez prokuraturę białostockiego Oddziału IPN. 

     Syberia, Kazachstan i co dalej?

     Nie piszemy tym razem bardziej szczegółowo o dalszych losach wywiezionych, ich życiu na Syberii czy w Kazachstanie, morderczym klimacie i katorżniczej pracy, o dzieciach w domach dziecka i o tych, którzy nie wrócili, pozostając na zawsze na „nieludzkiej ziemi” – nie znamy ich liczby. Pewnie nie ma już też śladu po ich dalekich grobach. Dawno zarosła je syberyjska tajga albo step.

     Ogromna większość wywiezionych (oraz aresztowanych i po „wyrokach” przebywających w łagrach) – tych, którzy przeżyli - wróciła do „nowej” Polski ze Związku Sowieckiego w latach 1946 - 1947.

     Tu znowu fragment wspomnień Władysławy Kosińskiej:

     „12 lutego 1946 r. wyjechaliśmy do Ojczyzny. Przyjechaliśmy 6 marca. Przywieźli nas do Lublina. Tam na peronie czekaliśmy dwa dni. Było bardzo zimno. Czekaliśmy na wolne wagony, aby jechać do swoich rodzin i domów. Usilnie namawiano nas, aby jechać na Ziemie Odzyskane. W niedzielę poszliśmy do kościoła. Dużo nas było, około sto osób. W kościele ludzie tamtejsi odsuwali się od nas. Było nam bardzo przykro, że byliśmy brudni, obdarci i wynędzniali. Płakaliśmy. Tak zakończyła się nasza tułaczka i nędza.

     Na dworcu (w Siemiatyczach – przyp. MAN) czekały na nas rodziny i zabrały nas do siebie. Siostra i szwagier nakarmili i ubrali w czystą bieliznę i ubranie. Byliśmy u nich parę miesięcy, zanim dostałam pracę i zwolniono nam mieszkanie w naszym domu. W parę tygodni po powrocie pojechałam do Bielska do zarządu powiatowego, gdzie pracował mój mąż przed wojną. Prosiłam o jakąś pomoc, abym mogła podleczyć syna, który po malarii zapadł na płuca. Kazali mi napisać podanie, napisałam, przeczytali i nie przyjęli. Kazali napisać, że męża mego zamordowali Niemcy, a o Syberii nie wspominać. Podarłam to podanie i wyszłam bez słowa”.

      Ze wspomnień Celiny Kochańskiej (później Nowickiej) o tych samych wydarzeniach, pod datą 6 kwietnia 1997r.:

      „Mój ojciec jeździł po ciocię Władzię na dworzec furmanką - innej lokomocji nie było. Weszła w drzwi w wojskowym szynelu, rozdeptanych wojskowych butach w chustce na głowie, zawszona, z chłopcem podlotkiem nie lepiej ubranym, Michałem. Po przybyciu do nas Michał schował się do łóżka, z którego nie chciał wyjść. Bał się nowego otoczenia, nowych twarzy, wszystko było inaczej niż dotychczas. W domu cioci mieszkali lokatorzy i zanim nie opuścili domu, ciocia mieszkała u nas, zanim nie otrząsnęła się z tego wszystkiego, odpoczęła, znalazła pracę i środki do życia. Pracę dostać nie było łatwo, była pomazana Syberią, a w mentalności ówczesnych władz i nie tylko władz - słyszało się takie zdanie, że wiedzieli za co wywozili, była wrogiem władzy ludowej”.

     Po tzw. amnestii na podstawie paktu Sikorski – Majski z 30 lipca 1941r. wielu mężczyzn zdolnych do służby wojskowej opuściło łagry lub miejsca deportacji i przyłączyło się do tworzących się na południu Rosji Polskich Sił Zbrojnych w ZSRS zwanych potocznie Armią Andersa. Po wyjściu tej armii z ZSRS znaleźli się na Bliskim Wschodzie, a następnie wielu z nich w składzie II Korpusu brało udział w kampanii włoskiej wojsk alianckich, w tym wielkiej bitwie o klasztor Monte Cassino. Jedni po wojnie wrócili do domu, podczas gdy część – nie widząc perspektywy życia w zsowietyzowanej Polsce - pozostała na Zachodzie: w Anglii, USA, Argentynie, itd. Innym – którzy nie zdążyli lub nie byli w stanie dołączyć do armii Andersa - perspektywę (chociaż niedobrowolną) opuszczenia łagrów albo miejsc zesłania znaleźli niedługo potem w formowanych przez Sowietów jednostkach tzw. Armii Berlinga. I tą drogą wrócili, jeśli przeżyli, do Polski.

Siemiatycze 1945, Powrót z zesłania pana Żero, autor zdjęcia nieznany

 

     Warto również wspomnieć, o wywiezionych z Kresów Rzeczpospolitej, którzy po tzw. repatriacji po wojnie, szukając miejsca do życia w nowych granicach Polski, znaleźli swoje miejsce do życia w Siemiatyczach, Drohiczynie i innych okolicznych miejscowościach.

     Każda kolejna rocznica sowieckich wywózek to dobra okazja na łamach „Kuriera”, aby przypomnieć tamte wydarzenia, które mocno odcisnęły się na rodzinnych losach ludzi i historii ziemi siemiatyckiej.

     Marek Antoni Nowicki, współpraca Eleni Kryńska

Reklama

Wywózki sowieckie 1940 - 1941. "Notatnik historyczny" komentarze opinie

Dodajesz jako: |


Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Muzyka na imprezy

Przeboje współczesne; piosenki biesiadna; przeboje lat 60. i 70 Poprawiny, chrzciny, imieniny, choinki, bale i inne. Roman Kondraciuk - tel 693..


Zobacz ogłoszenie

Poszukiwany Pracownik na Fermę

Poszukiwany Pan do pomocy na fermie drobiu. Obowiązki głównie polegają na zajmowaniu się kurnikami, produkcji paszy "wszystko raczej działa na..


Zobacz ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez kurierpodlaski.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Głos s.c. Jerzy Nowicki i Jacek S Wasilewski z siedzibą w Siemiatycze 17-300, Jana Pawła II

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"