:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  26°C pochmurno z przejaśnieniami

Nikt się nad nami nie litował

Stara fotografia, litował - zdjęcie, fotografia

Zaleszany to malutka wieś, położona niedaleko drogi Kleszczele – Bielsk Podlaski. Po II wojnie światowej, 29 stycznia 1946 r., Zaleszany przeżyły tragedię. Oddział dowodzony przez kapitana Romualda Rajsa „Burego” spalił budynki, zwierzęta, zabił ludzi, w tym malutkie dzieci. Tymczasem w odległej o 30 km Hajnówce, od trzech lat, w lutym, odbywa się marsz, którego uczestnicy niosą portrety „Burego” i krzyczą „Bury, Bury, nasz bohater!”

- Tu jest najbardziej tragiczna mogiła – powiedział Mariusz Niczyporuk na cmentarzu w Zaleszanach. - Zbiorowa mogiła moich przodków. Jest też noworodek, miał mieć na imię Adam. Obok jego matka, której tak zesmażył się brzuch, że kiedy po pożarze akcja porodowa się zaczęła, dziecko wypadło bokiem. Mój dziadek żył 87 lat. Wyobraźcie sobie jakie on miał życie. Zapraszałem organizatorów marszu, niech przyjadą tu, na mogiły i krzykną, że „Bury” to ich bohater.

Na szczęście żyją jeszcze świadkowie. 24 lutego 2018 r. w świetlicy wiejskiej w Zaleszanach odbyło się spotkanie z Klaudią Kałużyńską i Mikołajem Sacharczukiem, świadkami tragedii z 1946 r. Pomysłodawcą i organizatorem spotkania był Mariusz Niczyporuk, którego bliscy także zostali pozbawieni życia przez „Burego”.

- Przyjechali do nas o 4 rano. Wieś okrążyli – wspomina Mikołaj Sacharczuk ze wsi Zaleszany. - Przyjechali, zamówili śniadanie i poszli po słomę. Niczego nie przeczuwaliśmy. Pojedli, pospali, a o 12 ludzie dawali jeść bydłu. Oni mówili „ale będzie muczało”, nie wiedzieliśmy o co chodzi. Około 14 trzeba było zboże nosić. Sam zaniosłem zboże, bo u mnie ojca już nie było. Potem nas zegnali, a tu ludzi było dużo, około 200. Bo dom jeden, a dwie rodziny, dwaj bracia żonaci po pół chaty każdy.

- Sołtysa syn, Demianiuk, miał 16 lat, zastrzeli go – opowiada Mikołaj Sacharczuk. - Taki Zielinko przyjechał zobaczyć co się stało, że żadnego ucznia z naszej wioski nie ma w Sakach. Zielinkę zabili. Zabili to zabili, ależ głowy nie było, odpaliła się, nóg nie było do kolan. Poszli do Sacharczuka, to był mój stryjek. Przygnali furę, kazali owies kłaść, a stryjek mówi „jednego worka bierzcie”, bo było bardzo trudno, cepem młócili. Palnęli go, też się spalił. Jak podpalili, to ludzie uciekali, kto oknem, kto drzwiami. Przejście było bardzo wąskie, a paląca się słoma leciała i na głowę, i na plecy, paliło się ubranie. Inwentarz palił się. Krzyczał, ryczał. O Boże, mój Boże, jak on ryczał (pan Mikołaj ociera łzy). A jeszcze strzelali w dół i w górę. Uciekliśmy. Uciszyło się. Jak przyszliśmy rano, zobaczyliśmy te zgliszcza, te krowy popalone. U nas było ziemi dużo i mieliśmy dużo krów. Jak zacząłem wyciągać cielaki, to tylko sierść, buźki i kopytka.

- Gdy była 70 rocznica, jak nas palili, to byli u mnie tacy z Warszawy – dodaje Mikołaj Sacharczuk. - Mówię im „czemu nas Niemcy nie wyganiali? Tylko takie bandy?”. Polak Polaka zabił. Ale za co? Było u nas paru partyjnych, sześć sztuk było partyjnych. To my za nich będziemy odpowiadać? Inwentarz żywy żeby palić? Toż inwentarz nie był komunistyczny. Teraz oni porobili się bohaterami. Rodzina dostała odszkodowanie, a my co?

Mikołaj Sacharczuk wtedy, w 1946 r., miał 14 lat. Klaudia Kałużyńska miała 7 lat. Tragiczny obraz tamtego stycznia zawsze mają przed oczami, a gdy opowiadają, to płaczą.

– Rano przyjechali do nas żeleźniakami (wozy na żelaznych kołach), z karabinami. Fur było ze 20, może 30 – wspomina Klaudia Kałużyńska. - Po pierwszej po południu zaczęli wnosić słomę do każdej chaty, a do mojej chaty nie. Potem wszystkim kazali iść na zebranie, do chaty, tam, gdzie krzyże stoją. Chatę okrążyli. Powiedzieli „Demianiuk Piotr, syn sołtysa, wyjść”. Ten chłopak 16-letni Piotr, jak on płakał, jak całował w rękę żołnierza, mówił „nie pójdę”. I zaraz go zastrzelił, tam, gdzie te krzyże. I jeszcze z nim jednego człowieka z sąsiedniej wsi, z Suchowolców. Do wsi wpuszczali, bo to do krawca, to walanki (buty na mrozy z filcowanej wełny) ludzie robili, ale wypuszczać nikogo nie wypuścili. Miałam 7 lat, ale pamiętam, wszedł żołnierz, takim czymś zapalającym dał po suficie i już się pali. I już wieś się pali. Zaczęli wybijać okna. Mój brat Leon wyślizgnął się i pobiegł na podwórko, a my za nim.

- Babcia kazała iść do Saków, do Ziuty Jakubowskiej. Poszliśmy do tej Ziuty, taka była dobra kobieta, nas przyjęła – opowiada Klaudia Kałużyńska. - A kobietę przywieźli, rodzącą, Niczyporuków. Ona nie poszła na zebranie. Siedziała w sieni z trzema synkami, nakryta płachtą. I ona się popaliła. Pamiętam olejem ją człowiek smaruje, ona jęczy, dziecko wyleciało spalonym bokiem. Wszyscy zginęli, to w sumie pięcioro. Człowiek w Zaleszanach, Janek, był chory, miał 3-miesięczne i 3-letnie dzieciątko. Wziął na ręce to malutkie i wybiegał z pożaru i tej cholera żołnierz wziął pyknął to dzieciątko, i jego też zabił. Co to dzieciątko zrobiło? Zabił ich troje. Drugi, Grześ, wyszedł z chaty też z dwojgiem dziećmi i też zabili.

- Chcę zaznaczyć, że wśród tych żołnierzy byli też ludzie zboże (tzn. dobrzy) - stwierdza Klaudia Kałużyńska. - Bo jak wybiegliśmy z tej chaty, to oni dawali znak do góry i do dołu, w nas nie strzelali. Dawali znak dla „Burego”, bo „Bury” wyjechał pod górkę, do lasu i dał rozkaz, żeby nas wszystkich zabić.

- Na drugi dzień zeszli się wszyscy. Kto żyje? Kto nie żyje? Co zrobimy? Gdzie pójdziemy? – wspomina Klaudia Kałużyńska. - Nie ma ni domu, ni łomu ani ubrania. Ale w Sakach ludzie dobrzy. I katolicy, i prawosławni. I poszliśmy do katolickiej rodziny Sakowskich, przyjęli nas czworo sierot, tato piąty i dziadek z babcią. Żyliśmy tam prawie rok. Sikaliśmy bez przerwy, bo to takie życie było, nerwy rozstrojone, a ci ludzie cierpieli. Sakowscy już poumierali, ale przyjaźnimy się z dziećmi i wnukami.

Zabili, spalili, bo?

- Nie wiem dlaczego nas spalili. Mój tato nigdy do żadnej organizacji nie należał. Nigdy! Tato był porządny człowiek – stwierdza Klaudia Kałużyńska. - Mój brat 9 lat był sołtysem. Namawiali go, żeby do partii się zapisał, ale on nigdy się nie zapisał. Niedawno oglądałam telewizję i akurat pokazali Hajnówkę. Myślałam, że dostanę rozrywu (zawału) serca. Aż płakałam. Zasiedli i jeden pan mówi „trzeba „Burego” bohaterem zrobić”. Jakim bohaterem? Tylu poginęło. To nie bohater! To żaden bohater! To ludobójca. W naszej wsi 17 osób zginęło, a to dzieciątko, co w łonie, to jeszcze nie chrzczone. Na krzyżu jest napisane, wszystkiego wybił 79 osób. I w Wólce zabił, i w Zaniach, Szpakach, Krasnej Wsi. I furmanów 30, z naszej wsi też jednego furmana.

Spaleniem wsi, zabiciem mieszkańców, nie przejęła się żadna powojenna władza. Mimo, iż ludzie ci stracili wszystko, nie dostali nic.

- Nas nikt nawet nie przeprosił – mówi Klaudia Kałużyńska. - Dla nas żadnej rekompensaty nikt nie dał. Nikt nad nami się nie litował, czy mamy co jeść. Na szczęście w jamach były kartofle. Koleżanki ojciec miał nadpalone ręce i tak biedny żył. Dla nas żadnej rekompensaty nie dali, żadnej zapomogi, nas za nic miało państwo. O, taka robota. Teraz też nie ma żadnego dodatku. Nic.

Po spotkaniu w świetlicy, wszyscy uczestnicy poszli również na wiejski cmentarz, na groby zastrzelonych z woli „Burego”.

- Zachowała się fotografa. To chyba jedyna fotografia ofiar ze wsi Zaleszany. Wszystkie pamiątki rodzinne się popaliły – tłumaczył przy grobach Mariusz Niczyporuk. - Była bieda w tej wsi, 20 lat wojen, zaczynając od 1914 r. wyobraźcie sobie państwo jak dzisiaj ciężko jest rodzinom. Ludzie wspominali, że ojciec tego chłopaka po jego śmierci nigdy się nie uśmiechnął. Miał poczucie winy, że przez niego syn zginął. Ale czy można obwiniać kogoś innego, niż tego kto strzelał, kto podjął decyzję, że ma umrzeć 16-letni podrostek, dziecko?

Dawid Poleszuk, organizator hajnowskiego marszu, powiedział mi, że tenże chłopak miał poglądy lewicowe, bo któraś z pań później zeznała władzy, że on należał do PPR. Czy te kobiety mówiły obiektywną prawdę? Może one chciały się przypodobać następnej władzy, żeby otoczyła je opieką, żeby znowu nie zabili dziecka? To był człowiek, który miał 16 lat, on nie uczestniczył w żadnych działaniach zbrojnych, w żadnych formacjach militarnych, do nikogo nie strzelał. Czemu miało służyć to morderstwo? Co dzięki temu, że spalone szczątki tego człowieka leżą w mogile, poprawiło się w naszym kraju?

Krystyna Kościewicz, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot KK

Nikt się nad nami nie litował komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się