:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Ludzie  - pasje i problemy, randkowano pół wieku Nurcu Stacji - zdjęcie, fotografia
Kurier Podlaski 25/02/2019 23:11
Jerzy Nowicki

Walentynki po dawnemu, czyli… Jak randkowano pół wieku temu w Nurcu-Stacji

 Gdzie szło się na randkę pół wieku temu? Tylko na wiejską zabawę.

Współcześnie nikogo już chyba nie dziwi fakt, że życie coraz bardziej przenosi się do sieci. Zwłaszcza w sferze poznawania ludzi, nawiązywania znajomości czy tzw. randkowania. Jak pokazują różnego rodzaju badania, liczba internetowych randek, w różnych formach, z roku na rok wzrasta. Polacy nie zostają w tyle. Szacuje się, że ok. 3,5 mln „nadwiślańczyków” (jak pisał kiedyś Prus) zawiera znajomości w sieci. Randkowanie przy wykorzystaniu portali randkowych czy aplikacji mobilnych współcześnie stało się normą. Chyba już nawet nie potrafimy sobie wyobrazić kontaktów towarzyskich bez Facebooka, Snapchata czy dla wielu wciąż kontrowersyjnego Tindera. Nie istnieje życie bez komórek, smsów, Messengera. Ale kiedyś istniało. 50 lat temu nie było telefonów, nie było sieci, a ludzie się poznawali, łączyli w pary, zakładali rodziny. I właśnie m.in. o tym, jak ponad pół wieku temu wyglądały randki rozmawiamy z 72-letnią Niną Timoszuk, mieszkanką Nurca, emerytowaną nauczycielką, dziś udzielającą się w zespole śpiewaczym „Niezabudki”.

       - Jak poznała pani swojego męża?

       - Pracowałam w szkole w Werpolu (gm. Nurzec-Stacja). Mąż jest właśnie z Werpola. Dziś już pewnie niewielu pamięta, że szkoły były porozrzucane po wsiach. Szkoła była i w Werpolu, i w Wilanowie, i w Klukowiczach. Jak to nauczycielce, potrzebna mi była dekoracja z listewek i potrzebowałam kogoś, kto by je do odpowiednich rozmiarów przyciął. Znalazłam je u gospodarza, u którego wtedy w Werpolu mieszkałam. Szkoła była wtedy w 4 miejscach. Budynek szkolny, gdzie były tylko dwie łączone klasy, miał jedno pomieszczenie lekcyjne i kancelarię kierownika, bo wtedy to jeszcze nawet nie dyrektora. Lekcje odbywały się jeszcze w trzech wynajętych pomieszczeniach, w prywatnych domach. Jedno z nich było właśnie w domu należącym do rodziców mojego męża. I tam lekcje miała moja koleżanka, uczyła tzw. prac ręcznych. Powiedziała: „przyjdź, to coś wymyślimy; chłopcy, 6 klasa, to może ci przypiłują”. I poszłam do niej, po swoich skończonych lekcjach. Ona rozmawia z uczniami, który tam podejmie się zrobić te listewki. Taki jeden wyższy - Jerzy, miał to zrobić, ale z sąsiedniego pomieszczenia wyjrzał jakiś facet i mówi, że on to zrobi. To był Piotr, mój przyszły mąż. Po skończonych lekcjach idziemy z koleżanką do domu (obie mieszkałyśmy u jednego gospodarza), a ona mnie pyta, czy podobał mi się ten facet. „No niemądra jakaś” – odpowiedziałam. „Jakiś taki…” – i rzuciłam tu odpowiednie określenie wyrażające moją niechęć, dodając, że przecież ja nie przyjechałam tu wybierać chłopców. A ona wtedy powiedziała: „a zobaczysz, że jeszcze będzie twój”. Za jakiś czas Piotr przyniósł mi te listewki, trochę posiedział. Widać było, że ja jemu od razu wpadłam w oko, ale on mnie nie. I tak się to ciągnęło. Piotr wtedy już pracował w Białymstoku, ale do domu przyjeżdżał na niedziele czy święta. I zawsze przychodził do mnie.

 

       - Zatem w pani przypadku to zawód i miejsce pracy postawiły męża na drodze. Gdzie wtedy dziewczyna mogła poznać chłopaka?

        - Gdzieś w okolicach Bożego Narodzenia na zabawie w Wilanowie poznałam jednego chłopaka. Dawidziuk się nazywał. Grał na tej zabawie na akordeonie. I on mi się bardzo spodobał. Nawet powiedziałam tej koleżance, żeby mnie z nim zapoznała, bo to jakiś tam jej kuzyn był. Tylko że zaraz na wiosnę on poszedł do wojska i wtedy już mój przyszły mąż bardziej mnie obtupywał, miał taką okazje.

       - Co to znaczy obtupywał?

- Przychodził co tydzień, choć ja czasem w oczy mu mówiłam, że nie chcę. Pracowałam w Werpolu tylko rok, później służbowo przeniesiono mnie do Wilanowa (gm. Mielnik). On do Wilanowa nadal przyjeżdżał, chociaż na wsi było wielu urodziwych chłopców, takich niczego sobie.

- Jak wyglądała randka pół wieku temu?

- Na wsiach, a w Wilanowie tym bardziej, w niedziele były zabawy. Szło się na zabawę, trwała prawie do rana. A już potem to odprowadził do domu, trochę tam porandkowaliśmy. Jakieś całusy też były. No i co, rano musiał dobiec do swojego domu. Do Werpola było 3 km. Ojciec go odwoził do pociągu, taki był wtedy nazywany Lubelak, w poniedziałek rano. Tak, żeby na 7.15 już mógł być w Białymstoku w pracy.

       Zatem wiejska zabawa była okazją do poznania kogoś, a jednocześnie najczęstszą formą randki. Moja rozmówczyni wspomina z niemałym sentymentem zabawy w Wilanowie. Ale również te w Nurcu.  

       - Pracując w Niemirowie (gm. Mielnik) - tam zaczynałam pracę nauczycielki, chodziłam z chłopakiem z Rogacz, który pracował w Warszawie. Z nim z kolei spotykałam się w Barze Leśnym w Nurcu na potańcówkach. Nazywali to patelnią. Na świeżym powietrzy ułożone dechy, ogrodzone, porobione takie specjalne wejścia. Przeważnie straż organizowała te potańcówki, więc stał w tej bramce jakiś strażak i może ktoś jeszcze z GS-u. Płaciło się 2 zł za 3 tańce.

       Randki w domu? Bywały, ale za to pani Nina dostawała burę od mamy.

- I jak pracował w Warszawie, to nie było jak od razu wrócić. Więc trochę porandkowaliśmy gdzieś w domu, przy rodzicach, oczywiście w oddzielnym pokoju. Ale mama burę straszną mi robiła: „jak to tak, noc święta, światło zgaszone, co wy tam robicie”. Potowarzyszyłam mu tam z godzinę, ale oczywiście potem szłam do siebie. O nim tak poważnie myślałam, bo mi się chciało do miasta. Nie wyszło, to on mnie zdradził.

- Czy zdarzało się, żeby to dziewczyna wychodziła z inicjatywą nawiązania kontaktu?

- Raczej się nie zdarzało, żeby to panna wychodziła z inicjatywą. Niech by i najbardziej się podobał, ale nie wypadało wyjść do chłopaka pierwszej. Na zabawie czkało się, aż któryś koło mnie zatańczy. Dziewczyny do tańca prosiły tylko wtedy, kiedy był biały walczyk, a i to niejedna, taka bardziej tradycyjna, wstydziła się.

- A jak wyglądał kontakt z kimś, kto na co dzień przebywa 100 km dalej, a telefony nie istnieją?

- Na co dzień nie było kontaktu. Tylko jak przychodziła niedziela i to nie każda, więc zdarzało się, że będąc tzw. parą nie widzieliśmy się i dwa tygodnie, czasem trzy. Jak np. wiedział, że przez dwa tygodnie nie przyjedzie do domu rodzinnego, to przysłał widokówkę, na niej skreślił kilka słów: „wybacz, nie mogę przyjechać”. Telefonów nie było. We wsi był jeden w szkole, drugi może u sołtysa i wszystko. Ten, co pracował w Warszawie, to czasami pisał listy, jak przez dłuższy czas nie mógł przyjechać. Pisał, że tęskni, że mu smutno i źle, że się nie spotkamy.

- Jak można było wtedy zaimponować dziewczynie?

- Chłopak musiał być przystojny, w miarę kulturalny. Patrzyłam też żeby nie pił za dużo. Musiał mieć trochę obycie i dobrze tańczyć. Mąż, wtedy jeszcze nawet nie myślałam o tym, że nim będzie, z Białegostoku zawsze mi coś przywoził. W tym czasie zmarł mi tata. I ta moja koleżanka namawiała mnie, żebym zaczęła palić papierosy. Mówiła, że będzie mi lżej. I ja tak z 1,5 roku paliłam. To właśnie wtedy mi paczkę papierosów przywiózł (a on był niepalący). Jego bratowa jeździła do Węgier, to jakąś sukienkę mi podarował. Prezentami chciał przyciągnąć. Może więc i trochę na tę materialną stronę spojrzałam. Bo chyba byłam trudna do rozkochania. Wesoła to byłam zawsze i do dziś mi zostało. I zapowiedzieć, i zaśpiewać - to każdy o mnie by powiedział. Ale w miłości to ja byłam taka zimna krew.

       - Kiedy oficjalnie poznała pani rodziców swojego przyszłego męża?

- Właściwe znałam ich już wtedy, jak pracowałam w Werpolu. Zresztą po półroczu zostały mi też przydzielone jakieś zajęcia właśnie u nich w domu. A też i na zabawie ta koleżanka mi pokazywała – „o, tam siedzi ojciec Piotra, a to jego matka”. Bo musi pani wiedzieć, że wtedy na zabawę to wszyscy chodzili, chyba tylko kot i pies w domu zostawał. Nie tylko kawaler i panna, ale też małżeństwa, zwłaszcza młode. A i starsze kobiety, usiądą pod ścianą, poplotkują, każdego obgadają.

       -  A jak się umawialiście na te zabawy?

- Nie umawialiśmy się. Ja lubiłam te niedziele zabawy, chodziłam prawie na każdą, więc on zwyczajnie do mnie przychodził do domu i szliśmy razem.

- Jak pani mąż się oświadczał?

- A nie było jakichś specjalnych oświadczyn, pierścionka, przy rodzicach itp. Za mąż wychodziłam rozsądnie bardzo, mając 25 lat. Kilka razy pytał, czy my się w końcu pobierzemy, a ja to często obracałam w żart. Aż w końcu się zgodziłam. Czy ja z takiej wielkiej miłości wyszłam za mąż? Nie wiem, nie powiedziałabym. Polubiliśmy się bardzo, a i jego rodzina była niczego sobie. A kiedy wyszłam za mąż, to ten akordeonista z Wilanowa nie mógł sobie darować. Jeszcze przed moim ślubem, ale kiedy już się do niego szykowaliśmy, na jednej zabawie w Wilanowie, on poprosił mnie do tańca, bo był do grania na zmianę drugi akordeonista. I wtedy z takim smutkiem i żałością pytał, czy naprawdę nie ma już u mnie szans. Nawet mi go szkoda wtedy było.

  - A tak w temacie naszej rozmowy, ale nieco z innej strony. Co pani myśli o Walentynkach?

- To niezbyt dawny wymysł, może ze 20 lat trwający. To święto obrosło strasznie w komercję. Ciepła za dużo nie daje, gdyż te wszelkie gadżety związane z nim nie zastępują prawdziwej, długoletniej miłości. Niezrozumiałym jest fakt, że w jednej chwili ludzie mówią sobie „kocham cię”, a za chwilę startują do siebie z pięściami. Jeśli miłość jest ślepa, to przecież istnieje jeszcze coś innego – wzajemne lubienie się, przywiązanie, tęsknota i dążenie do dobrego celu. Gdzieś kiedyś przeczytałam o tym, że wnuczek pytał babcię jak wytrzymała z dziadkiem 50 lat. Babcia powiedziała: „Urodziliśmy się w czasach, kiedy jak coś się zepsuło, to się to naprawiało, a nie wyrzucało do kosza”. A my chyba rzeczywiście żyjemy dziś w czasach jednorazówek, kiedy nie opłaca się naprawiać zepsutych rzeczy, tylko zastępujemy je nowymi. Bywa, że tak samo dzieje się z miłością.

Ewa Magdalena Iwaniak, fot. emi

Reklama

Jak randkowano pół wieku temu w Nurcu-Stacji komentarze opinie

Dodajesz jako: |


Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Wynajmę lokal 40m2, centrum

Centralnie zlokalizowany lokal do wynajęcia na biuro lub usługi, np. sklep. Pow. 40m2. Centrum Siemiatycz, parter w ciągu handlowym, przy dworcu PKS..


Glazurnik usługi

Oferuję usługi glazurnicze, dbam o szczegóły, pomogę dobrać odpowiednie materiały, doradzę. Profesjonalnie i kompleksowo: -glazura, terakota,..


Muzyka na imprezy

Przeboje współczesne; piosenki biesiadna; przeboje lat 60. i 70 Poprawiny, chrzciny, imieniny, choinki, bale i inne. Roman Kondraciuk - tel 693..


Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez kurierpodlaski.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Głos s.c. Jerzy Nowicki i Jacek S Wasilewski z siedzibą w Siemiatycze 17-300, Jana Pawła II

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"