:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
Notatnik historyczny, Historia WOŚP Siemiatyczach pierwszy finał - zdjęcie, fotografia
Kurier Podlaski 20/01/2019 23:17

Początki Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy to już historia. Jak to wyglądało w Siemiatyczach, gdzie 3 stycznia 1993 roku również odbył się finał WOŚP? Wtedy nie nazywał się „pierwszy”, bo miała być to jednorazowa akcja.

    Zorganizowanie finału WOŚP w Siemiatyczach było oddolną inicjatywą grupy młodzieży, często wbrew dorosłym, którzy z niedowierzaniem patrzyli na nową i nieznaną wcześniej inicjatywę. Młodzi wolontariusze – organizatorzy, w wieku 16-18 lat, za których udziałem w tym przedsięwzięciu nie stały żadne władze, instytucje, szkoły itp., zebrali wówczas 40 mln zł (przed denominacją, czyli dzisiaj to ok. 4.000 zł, a uwzględniając inflację - ok. 8.000 zł). Dla porównania, w wojewódzkiej wówczas Łomży zebrano tylko 25 mln zł.

    Dla młodych warto przypomnieć, że nie było wtedy internetu, mediów społecznościowych, ba, nie było nawet telefonów komórkowych. O ile trudniej było cokolwiek załatwić, wyobraźcie sobie sami.

   Do tych niegrzecznych należała też wówczas Anna Kondraciuk (Jakimczuk), jedna ze spiritus movens pierwszego finału WOŚP w Siemiatyczach. Jak to dzisiaj wspomina?

    - Dlaczego postanowiłaś przed laty poruszyć w tak niekonwencjonalny sposób społeczeństwo Siemiatycz? Ile miałaś wtedy lat?

    - Gówniarą byłam, 18 lat. Orkiestra nam wyszła przy okazji. Nic nie działo się wtedy w mieście dla młodzieży, nie było żadnych koncertów. Robiliśmy to sami dla siebie. Organizowaliśmy przeglądy lokalnych zespołów rockowych, z Siemiatycz, Bielska, Hajnówki, Łosic, Sokołowa Podlaskiego, wtedy jeszcze w szkole podstawowej, w Jedynce. Dyrektorem był Stanisław Olędzki. To on nam zaufał, pozwolił zorganizować pierwszy koncert. Domowym sposobem, na domowym sprzęcie nagłaśniającym. Wyszło super, żadnych burd, pijanej młodzieży. Kilka takich przeglądów się odbyło. No i jakoś zbiegło się to z WOŚP-em, że dlaczego by nie zorganizować koncertu z celem charytatywnym. Wtedy akurat w Siemiatyczach była dziewczynka, która miała operację na otwartym sercu, a tamten finał był właśnie dla dzieciaków z chorymi sercami - akcja więc miała wydźwięk lokalny.

    - Kim byli ludzie z którymi podjęłaś się organizacji finału?

    - Moi ówcześni kumple. Mariusz Łupiński „Łupa”, był mój brat „Yogi” (Adam Jakimczuk) i „Kobra” młodszy brat „Łupy”. Było dwóch braci – „Wala” i „Młody Wala” (Wojtek i Maciek Walendziuk), „Andrusza” (Andrzej Buchowiec), „Beny” (Jacek Żembrowski), „Kaczak” (Mariusz Milewski), „Argo” (Artur Laszuk), „Mały” (Darek Litwinowicz), „Ryci” (nie pamiętam nazwiska – mam nadzieję, że mi wybaczy, jeśli to czyta). Była „Indianka”, dziś żona „Łupy” (Edyta Radzikowska), Marta Puch, „Wiercień” (Adam Wierciński, dziś mąż Marty), grupa młodych mieszkańców Sadów (m.in. „Kulfon”, „Whisky”). „Kisiel”, czyli Krzysiek Kowalczyk, „Kargul” (Wojtek Boguszewski), „Rożek”, którego nazwiska też nie pamiętam i Wojtek Matysek. Mieliśmy super paczkę. Może nie obrażą się za to co powiem, ale wtedy postrzegani jako "siemiatyccy chuligani" - takie komentarze słyszeliśmy. Nie wszyscy byli wzorowymi uczniami, stawianymi innym za przykład, nie wszyscy angażowali się w działalność społeczną pozytywnie odbieraną przez mieszkańców - harcerstwo czy jakieś inne. Często uczniowie z zawodówki - wtedy uważanej za coś gorszego. Niejednokrotnie już z jakimiś karami za występki, niektórzy notowani na policji. Jak umówiliśmy się na robienie dekoracji, dużego papierowego serca, jeden z moich ówczesnych kolegów nie dotarł, bo... trafił do aresztu do Hajnówki. Zespoły, które u nas wtedy grywały, też się nie podobały - jakieś szatany długowłose, ksiądz nas wyklął z ambony, bo nie dość, że w piątki koncerty robiliśmy, to jeszcze te nazwy – np. z Bielska grał u nas Rasputin, a z Sokołowa Jezus i 12 rozbójników. Potem na plakatach więc pisaliśmy, że zagra "JXIIR".

    - Co było wtedy dla was najtrudniejsze?

    - Na początku chyba właśnie to postrzeganie. Często słyszeliśmy, że nikt nie dam nam żadnych pieniędzy, że w ogóle chory pomysł - znaczy koncert charytatywny, bo dla siebie zbieramy. Druga rzecz - to chyba to, że nikomu ze starszych nic się nie chciało, każdy chciał nas zbyć. Trzecia - to były czasy bez telefonów komórkowych, bez facebooka, bez internetu w ogóle. Nikt z nas nie miał samochodu. Rodzicom też głowy nie zawracaliśmy. Na piechotę w mrozie zasuwaliśmy po wszystkich firmach w Siemiatyczach, by prosić o fanty na licytacje, czy pieniądze na organizację koncertu, by zapłacić zespołom. Nie było chyba firmy w mieście, której nie odwiedziliśmy. Nie było wówczas gotowych gadżetów WOŚP, żadnych fantów. Wszystko organizowaliśmy sami. Z zespołami też nie było łatwo, teraz znajdujesz oficjalną stronę w necie, wysyłasz maila czy nawet kontaktujesz się z zespołem poprzez profil na FB. Ja już wtedy studiowałam w Warszawie, miałam jakieś kontakty z poprzednich koncertów, łatwiej mi było dotrzeć nawet do siedziby Owsiaka. Ale to wszystko odbywało się "na piechotę", spotkaniami, jęczeniem o jak najmniejsze koszty. A ile zajęć przez to zawaliłam…

    - Z jaką reakcją władz miasta, kierownictwa SOK-u oraz mieszkańców spotkaliście się wtedy?

    - Jak mówiłam - starszym niekoniecznie się coś chciało robić. Ale ówczesny burmistrz, Andrzej Kochański, dał nam papier, że wspiera akcję, że prosi o przekazywanie datków. Skoro na papierze poparł nas burmistrz (być może wiedział od dyrektora Jedynki, że dajemy radę ogarnąć porządek), to nie mógł odmówić też ówczesny dyrektor SOK-u, a był nim Zenon Sielewonowski. I WOŚP odbył się już w SOK-u, w byłej synagodze. Nagłośnienie mieliśmy zapewnione. Z innych dorosłych, których pomoc pamiętam, warto wspomnieć nieżyjącego już Romka Maja - bardzo dużo nam pomógł. Kiedy poskarżyliśmy się, że jeden, też już nieżyjący, siemiatycki biznesmen zaczął nam tłumaczyć, jak trzeba zarabiać pieniądze (sugerując, że żebrzemy na własne potrzeby), Romek Maj przy nas zadzwonił do niego, nie przebierając w słowach wytłumaczył o jaką akcję chodzi, że to dla dzieci z chorym sercem. Dostaliśmy wtedy poważną kwotę od tego niechętnego. Andrzej Bobienko - woził nas granatowym maluchem do Warszawy, z kasą którą zebraliśmy, bo najpierw był pomysł, że tak po prostu pojadę pociągiem, jak do szkoły będę jechała. Do dziś pamiętam, jak nam się ręce trzęsły kiedy liczyliśmy pieniądze. Zebraliśmy tylko na samym koncercie (bo nie było zbierania do puszek, wejściówka była płatna, fanty i licytacje) 40 mln zł (przed denominacją, czyli dzisiaj to ok. 4.000 zł, realnie dzisiaj ok. 8.000 zł). Wojewódzka wówczas Łomża zebrała tylko 25 mln zł. No fakt, że wtedy na koncert przyszło dobrych kilkaset osób. Zabrakło nam serduszek. Nie zagrały żadne sławy. Grał siemiatycki Progress, na perkusji Sebastian Miłkowski (dziś strażak naszej PSP), na gitarze Lopez (Waldek Kłopotowski); też chyba w tym zespole (albo był to już inny zespół) grał "Cichy" (Cichocki - Marcin albo Grzesiek) i "Gajos" (Krzysiek Gajko). Był też Rasputin z Bielska Podlaskiego, Błękitny Nosorożec z Hajnówki, Loth Lorien z Białegostoku. To nie były czasy imprez masowych, firm ochroniarskich. Owszem, dogadani byliśmy z pogotowiem i policją, kręciły się patrole, potem dowiedzieliśmy się, że w środku też byli tajniacy. Ale sami moi kumple stali na bramkach, pod sceną, ganiali dookoła SOK-u, by sprawdzać porządek pod lokalem. Dla nas to była harówa, nie zabawa. Wiedzieliśmy, że to tylko od nas zależy, czy ktoś jeszcze kiedyś nam pozwoli zrobić jakiś koncert.

     - Czy brałaś później udział w organizacji kolejnych finałów?

    - Chyba w dwóch. Bardziej pamiętam koncerty później. Siemiatycze stały się znanym miastem na koncertowej mapie. Nawet nie wymienię wszystkich zespołów, które u nas zagrały, zespołów, które same dzwoniły dopytywały, kiedy mogłyby zagrać. Pamiętam tych, którzy nocowali u mnie w domu. Będzie Dobrze, Ahimsa, Kolaboranci, Farben Lehre, Daab, Ankh. Myślę, że wiele tych nazw nic nie mówi dzisiejszej młodzieży, ale zawsze mogą sobie wygooglować. O właśnie, ciekawostka - nasz burmistrz Piotr Siniakowicz pierwszą randkę ze swoją żoną miał właśnie na koncercie Ankh, a inna - Dżem miał grać w Siemianowicach, ludzie z okolicy czytając początek nazwy miejscowości założyli, że to Siemiatycze... i mieliśmy lekki najazd fanów. A propos noclegów - wiadomo jak to po koncercie, nie od razu idzie się spać. Pamiętam jak mój Tato, już grubo po północy, wszedł do nas do pokoju z tekstem "spać już Kolaboranci, bo ja rano do pracy idę" - dzięki Tato za cierpliwość! Też pamiętam, że u Jurka Korowickiego, w Barze Polonez, przygotowywaliśmy poczęstunek dla zespołu. Parówki - bo na nic innego nie było nas stać. I nikt nie narzekał. Potem, już, jak wróciłam do Siemiatycz, jeszcze robiłam WOŚP w 2011 r. z Tomkiem Walendowiczem, kiedy był SnowCross.

    - Jak patrzysz z perspektywy 27 lat na to, co dzisiaj jest z WOŚP-em i na młodzież organizującą kolejne finały?

     - Nie chcę wyjść na starą zrzędzącą jędzę, ale z drugiej strony, kiedy wiem, jak to wszystko wyglądało kiedyś, i jak to się organizowało w znacznie gorszych czasach, to trochę mi smutno. Że brak jest jakiejś takiej iskry, albo jednego kogoś z jajem. Żal też patrzeć, jak na wielkiej hali (kiedy WOŚP organizowany jest na hali przy Świętojańskiej) jest garstka ludzi. Żal, kiedy na parkiecie w SOK-u przed sceną ustawione są krzesełka i nikt się nie bawi. Gdzie te czasy pogo czy skakania w rytm ska? OK, dzisiejsza muzyka młodzieży niekoniecznie jest tą, którą my lubiliśmy. Nie znam się na rapie, hip-hopie. Ale też nie widzę tłumów bawiących się przy ich muzyce. W ogóle dzisiaj mam wrażenie, że gdyby nie zainteresowanie, w ostatniej chwili, garstki dorosłych, to nic by z tego nie było. Że młodym ludziom - pochłoniętym metinami, minecraftami, snapchatami, instagramami, fejsbukami i innymi pierdołami - się po prostu nie chce. Nawet przyjść na koncert zorganizowany przez młodzież, dla młodzieży. Ja wiem, że nie chodzi o współzawodnictwo - kto więcej zbierze, zorganizuje lepszy koncert itd. Ale brak im oryginalności, pomysłu, nawet takiego, jak miał Tomek Walendowicz, na zimowe zawody crossowe. Mam wrażenie jakiegoś takiego marazmu - zrobimy zbiórkę do puszek, jakiś koncert (montowany w ostatniej chwili), światełko do nieba.

       Ktoś powie - to sama zrób finał. Powtarzam to od kilku lat, że zrobię, ale zawsze przychodzi refleksja, że moje czasy już minęły, że przecież jest tyle młodzieży w Siemiatyczach, dajmy im się wykazać. I w sumie szacunek dla tych wszystkich, którzy w mrozie, śniegu i deszczu biegają po mieście z puszkami, często przeganiani z różnych miejsc. W tym roku jeszcze mając utrudnione zadanie z powodu niedzieli z zakazem handlu. Jakoś dali radę, bo i wynik ładny – 38.433,37 zł.

      Jerzy Nowicki, fot. arch. AK

Reklama

Historia WOŚP w Siemiatyczach - pierwszy finał 1993 komentarze opinie

  • Ha ha ha - niezalogowany 2019-01-21 21:49:21

    Tu jest tylko o samych Wsadziakach.

  • Kot - niezalogowany 2019-01-21 22:49:04

  • Kot - niezalogowany 2019-01-21 22:50:15

    ❤❤❤❤

  • gość 2019-01-22 00:41:34

    ciekawa uwaga o tej niedzieli handlowej. I tu paradoks: Owsiakowi nie po drodze z kościołem, a wolontariusze zbierają głównie pod kościołami, bo gdzie jest najwięcej ludzi....

  • Artkotsky - niezalogowany 2019-01-22 08:36:38

    Byłem widziałem. Był jeszcze nocleg w Kmicicu bodajże.

  • C.L - niezalogowany 2019-01-22 20:07:02

    Fajnie ze ktos przypomnial tamte czasy .Brawo Anka

Dodajesz jako: |


Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Specjalista ds sprzedaży i

Elhurt-Elmet Sp. z o.o. Białystok, firma o wieloletniej tradycji w handlu artykułami z branży elektrycznej i metalowej, lider na rynku, poszukuje..


Zobacz ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez kurierpodlaski.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Głos s.c. Jerzy Nowicki i Jacek S Wasilewski z siedzibą w Siemiatycze 17-300, Jana Pawła II

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"