:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?
  17°C pochmurno z przejaśnieniami

Mikołaj Korol o udziale w programie „Rolnik szuka żony”

Ludzie  - pasje i problemy, Mikołaj Korol udziale programie „Rolnik szuka żony” - zdjęcie, fotografia

Finałowy odcinek 4 edycji programu „Rolnik szuka żony” zgromadził przed telewizorami 4,5 mln widzów. O tym jak to jest poszukiwać miłości w towarzystwie kamer opowiada Mikołaj Korol, mieszkaniec Mielnika. Choć ostatnie wydanie wzbudziło sporo zamieszania, to chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że to właśnie perypetie Mikołaja Korola powodowały najwięcej emocji wśród widzów.

Finałowy odcinek 4 edycji programu „Rolnik szuka żony” zgromadził przed telewizorami 4,5 mln widzów. O tym jak to jest poszukiwać miłości w towarzystwie kamer opowiada Mikołaj Korol, mieszkaniec Mielnika. Choć ostatnie wydanie wzbudziło sporo zamieszania, to chyba nie będzie przesadą stwierdzenie, że to właśnie perypetie Mikołaja Korola powodowały najwięcej emocji wśród widzów.

- Długo namyślał się Pan zanim zgłosił się do programu?

- Rok. Z racji tego, że do Podkarpackiego Stowarzyszenia Winiarzy napłynęła wiadomość, że poszukują kandydata do 3 edycji programu z zawodem winiarza. Wysłano do mnie pytanie czy miałbym ochotę wziąć udział. W tamtej chwili nie byłem na to przygotowany, bo było zbyt wcześnie po śmierci mojej żony. Byłem przygnębiony i nie myślałem w tym czasie w ogóle o programie, ale informacja zwróciła na niego moją uwagę. Wcześniej go nie oglądałem, ale zacząłem trzecią edycję i na tym tle porównywałem siebie jako rolnika, który szukałby żony. Pomyślałem, że może zaryzykuję, bo w zasadzie też jestem w takiej sytuacji, że chciałbym mieć kogoś bliskiego. Rok temu na początku stycznia, nikomu nic nie mówiąc, zdecydowałem, że jednak wyślę swoje zgłoszenie. Po pewnym czasie zadzwonił telefon: - „Proszę pana, został pan zakwalifikowany do programu, dlatego pragniemy do pana przyjechać.” I tak się zaczęło. Przyjechali, zobaczyli, porozmawiali, zrobili kilka próbnych zdjęć. Takich kandydatów jak ja było chyba 30. Następnie musiałem dostać się do 10, a później drogą eliminacji znalazłem się w 5. Dalsze etapy programu były emitowane.

- W którym momencie stwierdził Pan, że może poinformować o pomyśle swoją rodzinę, znajomych?

- Dopiero, kiedy zakwalifikowałem się do właściwego etapu, czyli do 5. Powiedziałem: „Słuchajcie, będę w programie, zakwalifikowałem się.” Wśród dzieci najpierw zapanowała konsternacja, ale potem był wybuch radości.

- Telewizja szukała rolnika winiarza, czyli to nie jest tak, że każdy kto miałby ochotę może się zgłosić? Kandydaci są dobierani wg jakiegoś klucza?

- To nie jest tak. Telewizja lubi urozmaicenie. Chcieli żeby w trzeciej edycji pojawił się rolnik, który uprawia winorośle. W początkowej fazie rekrutacji chodzi o to, żeby zgłosili się rolnicy z jak najróżniejszych dziedzin w tej branży.

- Jaka była rzeczywistość kiedy wszedł Pan w świat mediów? Czy pańskie oczekiwania w związku z udziałem w programie potwierdziły się?

- Z jednej strony przeżyłem piękne chwile, choć program ma pewne niedoskonałości, bo nie ujmuje wszystkich sytuacji. Człowiek jest bardziej skomplikowany niż jego reguły. Wybór partnerki może nastąpić w różnoraki sposób, a tam jest pewien schemat. Co mnie bardzo urzekło, to to, że ludzie z telewizji przykładali bardzo dużą uwagę do tego, aby pokazać osobowość uczestnika. Wykorzystywali do tego naturalne sposoby poznania np. zaskoczenie, sprawdzenie jak człowiek zachowa się postawiony w trudniejszej sytuacji. To był pewien sprawdzian panowania nad sobą, wyrażenia tego, na czym człowiekowi zależy. Potem nie przejmowałem się już, że przyjedzie ekipa, bo miała swój plan tego, co zamierzała zrealizować. Postanowiłem, że będę po prostu sobą.

- Telewizja Pana nie usztywniła? Możemy powiedzieć, że Mikołaj Korol, którego widzieliśmy w programie, to ten sam człowiek, z którym na co dzień przebywa pańska rodzina?

- Na pewno nie usztywniła. Można powiedzieć, że telewizja przesadziła z moimi pewnymi wypowiedziami, nadinterpretowała je. To kwestia montażu.

- Co pan pomyślał, kiedy zobaczył siebie na ekranie?

- Po pierwsze, że telewizja kształtuje osobowość po swojemu, niekiedy dodając coś więcej. Dlatego trzeba bardzo uważać na to, co się mówi. Czasem wystarczy jedno słowo nieadekwatne do sytuacji, które zostanie w jakiś sposób zinterpretowane. Miałem takich kilka. Oczywiście można się potem poprawiać, ale łatka przylgnęła i poszło… Mając więcej doświadczenia można byłoby uniknąć pewnych rzeczy. Nie przejmuję się tym, bo ostatecznie osiągnąłem swój cel – znalazłem partnerkę. Otrzymałem wiele listów poza programem, szczególnie od fanek, co mnie bardzo zaskoczyło. Świadczy to chyba o tym, że byłem barwną postacią.

- W jakich sytuacjach zachowałby się Pan inaczej lub jakie słowa powiedziałby Pan inaczej, patrząc na swój udział w programie z perspektywy czasu?

- Niektóre rzeczy zostały wyolbrzymione. Np. ta, że potrzebuję jeszcze miłości i seksu. Biorąc udział w programie zdeklarowałem się, że jako człowiek aktywny nie lubię skapcaniałego życia. Chcę jeszcze coś przeżyć, również miłość.

- Złamał Pan pewne tabu…

-Bo mówiłem o miłości i seksie.

- A kiedy trafił Pan na równie odważne wyznania w jednym z listów, kamera uchwyciła reakcję: „Nie, nie, nie. Tej pani podziękujemy.” Wystraszył się Pan?

- Trzeba wiedzieć w jakich okolicznościach przebywa człowiek i czego potrzebuje większość kobiet. A one w większości nie potrzebują intensywnego seksu, tylko spokojnego życia. Uważam, że seks jest związany z naturą człowieka, ale nie mówimy tu o jakichś ekstremalnych doznaniach. Zwyczajny seks jest zwykle tabu i nie każdy o tym mówi. Jeśli list, o którym pani wspomniała był zbyt ekspansywny, powiedziałem nie. Chcę normalności. Pani to zauważyła, a większość ludzi nie.

- Sprawdzał Pan komentarze w sieci i to jak reaguje na Pana publiczność?

- Na początku tak, a później już nie. Wystarczyły mi słowa, telefony ludzi z najbliższego otoczenia. Mnóstwo maili o tym, że właściwie powiedziałem o pewnych rzeczach. Później posypało się bardzo dużo listów poza programem, w których kobiety pisały, że takiego mężczyzny potrzebują.

- Zaznaczmy, że nie mógł Pan się z nimi kontaktować, bo zasady programu tego zabraniają.

- Oczywiście, ale dało mi to poczucie, że nie popełniłem błędu mówiąc o tych rzeczach. Wiadomo, że z jednej strony telewizja wyolbrzymiła pewne rzeczy, a z drugiej strony fani czy hejterzy programu, ale nie reagowałem i nie boli mnie to.

- Część ludzi chwaliła pańską odwagę, że potrafił Pan nazwać rzeczy po imieniu, ale spora grupa nie oszczędzała krytyki. Jak odnajdywał się Pan w tej sytuacji?

- Nie czytałem dużo krytycznych komentarzy, ale współczuję ludziom, którzy wypowiadali się o tym negatywnie. Myślę, że sami mieli pod tym względem ubogie życie. Anomalie są raczej w ich podejściu do życia, nie w moim. Nie zmieniam swego podejścia, znalazłem partnerkę taką, jaką chciałem.

- Zapowiedź ze świątecznego odcinka o zaręczynach i ślubie to poważna perspektywa?

- Oczywiście, jesteśmy po zaręczynach. Dotrzymaliśmy słowa, dojrzeliśmy do takiej decyzji. Wypowiadając się o tym publicznie, chcieliśmy jednocześnie pokazać hejterom i innym ludziom, że moim celem było znalezienie miłości. Były takie głosy: „Aaa, nie wybrał tej, nie wybrał tamtej. Takie fajne kobiety. Czego on szuka?” Widocznie wtedy nie znalazłem tego, czego szukałem, ale los okazał się dla mnie łaskawy.

- Co myśli Pan o słowach, które mówiły o Panu uczestniczki programu?

- Myślę, że każdy ma prawo do swoich odczuć. Żadnej z tych pań nie uraziłem, niczego nie obiecywałem. Janeczka miała pretensję, że nie zakochałem się w niej na sam jej widok. Taki mechanizm nie działa, bo telewizja nie daje dobrych warunków do zbliżenia.

- Jak obecność ekipy telewizyjnej wpływa na kształtowanie relacji?

- Panie spędziły tutaj 5 dni. Nagrania trwały od rana do wieczora. Kiedy ekipa telewizyjna pojechała do hotelu, nie było już praktycznie możliwości dalszego obcowania z uczestniczkami. Trzymały się razem w grupie. Nie było możliwości spędzania czasu, żeby poznać się lepiej. Program pozwolił poznać trochę lepiej cechy charakteru, sposób zachowania, ale nie pozwalał na to, żeby rozwinęło się jakieś uczucie.

- Czuje się Pan sławny po programie?

- Nie. Owszem, trochę zmieniło mi się życie, bo gdzie się nie pojawię, to wielu chce ze mną porozmawiać, zrobić wspólne zdjęcie. Telewizja dała mi natomiast energię. Mogę z Panią rozmawiać, nie krępuję się. Znalazłem też swoją wybrankę, z którą już nie w sposób publiczny, planuję dalsze życie.

- Sprzedaż wina wzrosła?

- Nie ukrywam, że trochę wzrosła. Jest wielu fanów, którzy pytają, gdzie można je kupić. Ta sfera też się rozwija.

- Czy wziąłby Pan ponownie udział w programie, gdyby wiedział, że partnerkę pozna Pan poza nim?

- To dość złożone pytanie. Z jednej strony to piękna przygoda, a z drugiej na moim przykładzie pokazały się niedostatki programu, bo te najciekawsze kobiety zgłosiły się poza programem. Do programu wg mnie zgłosiły się odważne kobiety, ale takie, które chciały się wylansować. Moje trzy kandydatki również posiadały takie cechy. Nie liczyły się z tym, że będą musiały tu być i pracować równie ciężko, jak ja.

- Nie obawiał się Pan, że one przyszły tutaj nie ze względu na Pana, ale dla celów materialnych?

- Myślę, że mogło być takie spojrzenie na sprawę, że interesowało je wino, miłe spędzenie czasu, ale w podtekście: „Pracować w winnicy nie będę”.

- Z drugiej strony przywitał je Pan śniadaniem. Żaden z uczestników nie przywitał swoich gości tak, jak Pan.

- Czułem się wyróżniony i podekscytowany, że te kobiety do mnie przyjechały. Wizualnie prezentowały się bardzo dobrze. Sądziłem, że zapali się jakaś iskierka i znajdę wśród nich wybrankę.

- Jakie momenty najprzyjemniej Pan wspomina?

- Wszystkie, kiedy byliśmy razem były przyjemne: śniadanie, degustacja wina… Randki były miłe, pozwalały trochę bardziej się poznać. Można było wtedy poruszyć bardziej osobiste rzeczy, ale nie wszystkie kobiety odkrywały się. Zdaniem Renaty posunąłem się za daleko, a to był tylko taniec. Potem podczas spotkania finałowego w Kazimierzu powiedziała: „Przyjechałabym i chciałabym z tobą zatańczyć.” Trochę niekonsekwentnie.

- Przypomina mi się scena z Janeczką w basenie… Odważnie.

- To robi takie wrażenie, że było odważne. Było przyjemne, kiedy temperatura sięgała 35 stopni, każdy chciał wejść do basenu. A sam pocałunek nie był spontaniczny, był pod telewizję.

- Ile z tego, co widzieliśmy na ekranie było robione pod telewizję? Każda z tych pań miała wrażenie, że podoba się Panu.

- Telewizja chciała żeby tak się działo, żeby było zainteresowanie, żeby były cmoknięcia, bo to nie były pocałunki. A widzowie myśleli, że to już pocałunki miłosne, tego nie było. Do żadnej z pań nie zbliżyłem się na tyle, żeby mogły być zarzuty, że posunąłem się za daleko.

- Co powiedziałby Pan o ludziach, którzy z jednej strony nie byli zachwyceni tym, co widzą w programie, a z drugiej strony myśleli: „Ja też mógłbym, mogłabym wziąć udział w czymś takim”.

- Na pewno widzowie chcieliby wejść w skórę bohaterów, ale nie każdy ma coś do zaoferowania. Czasem takie reakcje wynikają z zazdrości. Dlatego doszukują się negatywnych cech, które nie wynikają z bohaterów, samego programu, ale z interpretacji tych ludzi. Wychodzę z założenia, że hejtowanie świadczy o braku kultury. Tacy ludzie sami się w czymś nie spełnili i chcą komuś dokuczyć.

- Utrzymuje Pan kontakt z pozostałymi uczestnikami?

- Tak. Polubiliśmy się wszyscy i cenię sobie te znajomości.

- Przewiduje Pan jeszcze jakieś spotkania z nimi?

- Ostatnio zapowiedzieli, że kiedy zrobi się ciepło wszyscy przyjadą do mnie w odwiedziny. Bardzo im się u mnie podobało.

Eleni Kryńska, Kurier Podlaski – Głos Siemiatycz, fot EK

Miejsce zdarzenia mapa Podlasie - Kurier Podlaski


Mikołaj Korol o udziale w programie „Rolnik szuka żony” komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się