:-( Wygląda na to że masz Adblocka. Utrzymujemy się z reklam żeby móc dostarczyć Ci wiadomości z Twojego regionu za które nie musisz płacić, czy mógłbyś rozważyć jego wyłączenie?

„Banany”, „chałki” i nylonowa trwała - Wspomnienia fryzjerki z PRL

Ludzie  - pasje i problemy, „Banany” „chałki” nylonowa trwała Wspomnienia fryzjerki - zdjęcie, fotografia
06/02/2019 18:40

W Siemiatyczach mamy dziś ponad 40 salonów fryzjerskich i śmiało można powiedzieć, że obok sklepów z używaną odzieżą są to najczęściej spotykane przedsiębiorstwa w mieście.

 Nie zawsze tak było. Kiedyś salonów fryzjerskich w Siemiatyczach nie było wcale. Były za to zakłady. Jak się okazuje, to ważne rozróżnienie. Moja rozmówczyni, Krystyna Podolińska, która w czasach minionych była jedną z najpopularniejszych fryzjerek w mieście, uśmiecha się zawsze, kiedy pytam o „salon”, a nie o „zakład”.

Będę fryzjerką!

 Zakłady fryzjerskie dzieliło się na pierwszą i drugą kategorię. W zakładzie pierwszej kategorii musiała być szatnia, ubikacja, bieżąca woda. Po prostu wyższy standard. Kiedy zaczynałam pracę, wodę trzeba było przynieść ze studni, nagrzać ją na kuchence elektrycznej i w ten sposób myło się klientce głowę. Nie do pomyślenia było, żeby zakład męsko-damski funkcjonował w jednym pomieszczeniu – tłumaczy pani Krystyna.

 Wolała zostać fryzjerką, niż kontynuować naukę szkolną. Kiedy zdała do dziesiątej klasy, oznajmiła domownikom, że nie zamierza dalej się uczyć, a żona jej chrzestnego pomogła przekonać rodziców pani Krystyny, aby ta zajęła się fryzjerstwem. Rodzice byli zaskoczeni, ale czas wkrótce pokaże, nie tylko im, że rzucenie szkoły było bardzo dobrą decyzją.

Krystyna Podolińska zaczyna pobierać nauki fryzjerskie pod koniec lat 50. ubiegłego wieku, a pracę rozpoczyna z początkiem lat 60. W Siemiatyczach funkcjonuje już wtedy kilka zakładów, a pierwszym z nich jest zakład państwa Puchowskich, znajdujący się naprzeciwko poczty, tam też m.in. pracuje Podolińska. Wówczas w mieście znajdują się jeszcze zakłady małżeństwa Stosiaków, Kazimierza Buśki i Konrada Mazurkiewicza.

Na czerwonym dywanie

Choć zdecydowaną większość życia pani Krystyna przepracuje w Siemiatyczach, przedtem los rzuci ją jeszcze do Drohiczyna, Ciechanowca czy Bielska Podlaskiego. A towarzyszyć jej będzie niezmiennie śp. Barbara Sawicka, wieloletnia koleżanka oraz wspólniczka.

 - Miałyśmy zakład na rynku, ale rozebrali nam lokal. Poszłyśmy do Zbigniewa Radomskiego, który był w tym czasie naczelnikiem, z prośbą o przydzielenie innego lokalu. Naczelnik wzruszył ramionami: „Dziewczyny, w niczym wam nie pomogę. Idźcie do komitetu. – Panie naczelniku, jesteśmy niepartyjne. - To nie przeszkadza, idźcie – opowiada Krystyna Podolińska i kontynuuje. - I poszłyśmy do komitetu partii, na ten czerwony dywan. Był tam jakiś sekretarz rolny, zapytał:

- A czego życzą sobie obywatelki?

- Chcemy pracy.

- A kto prowadzi tu taką działalność?

- PSS.

 - Sekretarz chwycił za telefon, zadzwonił do prezesa PSS, Franciszka Wierożymskiego i mówi: - Mam tu dwie ładne dziewczyny, które potrzebują pracy.

Tak zaczęłyśmy pracować w PSS-ie – opowiada emerytowana fryzjerka.

Praca w „Praktycznej Pani” jest owocnym okresem dla fryzjerek. Jeżdżą na pokazy oraz szkolenia, ale po zmianie na stanowisku prezesa PSS, wypowiadają umowy o pracę. Z początkiem lat 80. przenoszą się więc na ul. Drohiczyńską, a ich zakład fryzjerski przeżywa prawdziwe oblężenie, zwłaszcza w okresie karnawału.

- Było bardzo dużo klientek. Na przykład bufetowe i kelnerki miały talony z PSS na usługi fryzjerskie, więc czasem zaczynało się pracę o 5 rano, a kończyło o 8 wieczorem. Przy takiej okazji jak bal sylwestrowy, każda kobieta musiała być u fryzjera. Bo nie było dostępnych lokówek, suszarek, pianek do włosów – opowiada Podolińska.

Tapir lepszy od warkocza

Nie mogło być dwóch takich samych sukienek ani fryzur. Każda z pań chciała czuć się wyjątkowo i to nie zmieniło się od lat. Zmieniają się za to fryzjerskie trendy. Kiedy Krystyna Podolińska zaczyna terminowanie w jednym z zakładów, modne jest obcinanie włosów lub też ich doplatanie.

Dlatego, kiedy 20-latka wkracza do zakładu z długim warkoczem, jest to niekoniecznie dobrze widziane zarówno przez jej szefową, jak i klientki. Warkocz zostaje zatem ścięty i sprzedany, a jego nabywczyni jest zadowolona, bo wie, czyje włosy będzie nosiła. Od późnych lat 50. do jeszcze 70., kiedy to Podolińska zdaje egzamin mistrzowski, modne są tzw. wyciskane fale. W późniejszym okresie pojawiają się też m.in. „banany”, czyli gładkie koki zawijane na bok, plecione warkocze – „chałki”. W pewnym momencie pojawiają się też tupeciki, które panie nakładają na własne włosy. Popularność zdobywa „afro” czy „małpka” oraz „włoszka” – luźna, pokręcona fryzura. Inspirację klientki czerpią najczęściej z prasy lub telewizji.

Piękno wymaga cierpienia

- Kobiety szanowały swoje fryzury, niektóre w jednym uczesaniu chodziły tydzień. W takim przypadku przychodziły do zakładu na przeczesanie fryzury. Na nowo tapir, na nowo wsuwki i lakier, a na noc chustka na głowę. Tak utrzymywało się fryzurę przez kilka dni. Dziś młodzież prostuje włosy, a wtedy na podobnej zasadzie funkcjonowało ich tapirowanie, to było jak hełm na głowie – wyjaśnia emerytowana fryzjerka.

Na miano nieśmiertelnej zasługuje ondulacja. Najpierw „na gorąco” (parowa i kompresowa), potem „na zimno”. Współcześnie chyba żadna z pań nie zdecydowałaby się na tę gorącą opcję, groziło to nawet poparzeniem.

 - Parowa polegała na założeniu specjalnych klamer i wałków. Łączyło się je gumkami i puszczało się parę wodną. Po takiej trwałej klientka przychodziła na zabieg po roku i dalej kręciły się jej włosy. W tamtych czasach wszystko było nylonowe: paski, rajstopy, trwała oczywiście też! Włosy nakręcało się na wałki, nakładało nylonowy czepek, używało specjalnych płynów i to była tzw. trwała na zimno – tłumaczy Krystyna Podolińska.

Piwna reklamacja

Profesjonalne suszarki do włosów pojawiają się dopiero w latach 80. Główny ekwipunek fryzjerki w PRL stanowią zatem wałki, szpilki i siatki. Po lepsze kosmetyki jeździ się do Warszawy, średnio raz na miesiąc. Na co dzień fryzury klientek usztywnia się siemieniem lnianym i piwem. Włosy nabierają przez to szarzyzny, ale jak to mówią, na bezrybiu i rak ryba.

 - Miałyśmy zakład obok dzisiejszej jadłodajni Chrołowskiego /przypis red. - dawna Jubilatka/, wtedy w tamtejszym lokalu sprzedawano piwo, zimą również piwo grzane z cukrem – opowiada fryzjerka. - Wysłałam jedną z uczennic po piwo do kręcenia włosów, bo nasze już się kończyło. Uczennicę zapytano, czy to do zakładu, przytaknęła. Dano więc jej piwo niedopite, ale… z cukrem. Klientka siedziała pół godziny, a włosy nie chciały wyschnąć. Musiałyśmy szybko umyć jej głowę i wszystko powtórzyć – wspomina Podolińska.

Inne reklamacje? Owszem, zdarzają się, ale nie ma ich wiele. Zresztą, jak mówi pani Krystyna, nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi.

Pęd do wiedzy

Od ok. 10 lat Krystyna Podolińska nie prowadzi już działalności. Jednak wciąż żywo interesuje się najnowszymi nowinkami kosmetycznymi i trendami. W czasie swojej aktywności zawodowej wyszkoliła ok. 20 fryzjerek, a swój zawód kwituje słowami: - Kiedy rodzice przychodzili z uczennicami i mówili: „Nie chce się uczyć, niech będzie fryzjerką”, to bardzo się dziwiłam, bo to nie jest prosty zawód.

 Za naszym pośrednictwem pani Krystyna pozdrawia wszystkie swoje stałe klientki

Eleni Kryńska, fot ze zbiorów prywatnych

 

 

Reklama

„Banany”, „chałki” i nylonowa trwała - Wspomnienia fryzjerki z PRL komentarze opinie

Dodajesz jako: |
Reklama

Ogłoszenia PREMIUM

Chcesz coś sprzedać lub kupić, oferujesz usługi, szukasz pracownika lub pracy?

Dodaj swoje drobne ogłoszenie w naszym serwisie. Zapraszamy!

Dodaj ogłoszenie
Reklama


 Reklama


25 maja 2018 roku weszło w życie Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z 27 kwietnia 2016 roku tzw. RODO. Nowe prawo nakłada na nas obowiązek uzyskania Twojej zgody na przetwarzanie przez nas danych osobowych w plikach cookies

Oświadczam, iż zapoznałem sie z Polityką prywatności i zgadzam się na zapisywanie i przechowywanie w mojej przeglądarce internetowej tzw. plików cookies oraz na przetwarzanie zaszyfrowanych w nich danych osobowych pozostawianych w czasie korzystania z innych stron internetowych, serwisów oraz parametrów zapisywanych w plikach cookies w celach marketingowych, w tym na profilowanie i w celach analitycznych przez kurierpodlaski.pl, oraz ZAUFANYCH PARTNERÓW.

Administratorzy danych / Podmioty którym powierzenie przetwarzania powierzono

Głos s.c. Jerzy Nowicki i Jacek S Wasilewski z siedzibą w Siemiatycze 17-300, Jana Pawła II

Cele przetwarzania danych

1.marketing, w tym profilowanie i cele analityczne
2.świadczenie usług drogą elektroniczną
3.dopasowanie treści stron internetowych do preferencji i zainteresowań
4.wykrywanie botów i nadużyć w usługach
5.pomiary statystyczne i udoskonalenie usług (cele analityczne)


Podstawy prawne przetwarzania danych


1.marketing, w tym profilowanie oraz cele analityczne – zgoda
2.świadczenie usług drogą elektroniczną - niezbędność danych do świadczenia usługi
3.pozostałe cele - uzasadniony interes administratora danych


Odbiorcy danych

Podmioty przetwarzające dane na zlecenie administratora danych, w tym podmioty ZAUFANI PARTNERZY, agencje marketingowe oraz podmioty uprawnione do uzyskania danych na podstawie obowiązującego prawa.

Prawa osoby, której dane dotyczą

Prawo żądania sprostowania, usunięcia lub ograniczenia przetwarzania danych; prawo wycofania zgody na przetwarzanie danych osobowych. Inne prawa osoby, której dane dotyczą.

Informacje dodatkowe

Więcej o zasadach przetwarzania danych w "Polityce prywatności"